Pięć lat temu zginął Remigiusz Kaszubski

Polecamy

Mija właśnie piąta rocznica śmierci śp. prof. dr. hab. Remigiusza Kaszubskiego. Zginął, wraz z żoną i jednym z trzech synów, 24 lutego 2012 r., nomen omen w piątek właśnie…

Odszedł nagle, zapewne nie zrealizowawszy wszystkich planów. Choć i tak zrobił tyle, że obdarzyć tym można by było wielu. I w chwili gdy Atropos – czyli Nieodwracalna, ta z Mojr, która przecina nić ludzkiego życia – zatrzasnęła nożyce, mógł – za Sandorem Maraiem (właściwie Sándorem Károlym Henrikiem Grosschmid de Mára – węgierskim prozaikiem, poetą i publicystą) powtórzyć: Z ostatnim tchnieniem podziękuję losowi, że byłem człowiekiem i iskra rozumu świeciła także w mojej mrocznej duszy. Widziałem ziemię, niebo, pory roku. Poznałem miłość, ułamki prawdy, żądze i rozczarowania. Żyłem na ziemi i powoli nabierałem wewnętrznej pogody. Pewnego dnia umrę; i to także jest cudownie zwyczajne i proste! Czy mogło zdarzyć się ze mną coś innego, lepszego, doskonalszego? Nie mogło. Przeżyłem coś największego i najwspanialszego, los człowieka. Nie mogło mi się przydarzyć nic innego i nic lepszego.

A nam, którzyśmy Go znali, ale nie do końca umieli z tej znajomości czerpać, pozostaje jedynie powtarzać za ks. Janem Twardowskim:

Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą

zostaną po nich buty i telefon głuchy

tylko to, co nieważne jak krowa się wlecze

najważniejsze tak prędkie, że nagle się staje

potem cisza normalna więc całkiem nieznośna…

Pewnie nie zawsze, gdy jeszcze był, umieliśmy pochwalić to, co robił, pogadać szczerze, coś wspólnie zrobić. Myśleliśmy, że przecież jeszcze zdążymy…

Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna

zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście

– powiadał ks. Twardowski.

Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka? Czy nie pędzi on dni jak najemnik? – czytamy w Księdze Hioba (7,1). Czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei (7, 6). Nieprawda. Nie do końca bez nadziei. Bo choć:

tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu

jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon

żeby widzieć naprawdę, zamykają oczy

chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć

– to przecież pozostają. W każdym wspomnieniu i w tym, co pozostawili. I wcale nie mają za złe tego, że wspomnienia te zacierają się, że co roku coś z nich przepada na zawsze.

Życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć – napisał Eric-Emmanuel Schmitt (francuski pisarz, dramaturg i filozof).

Śp. Prof. Remigiusz Kaszubski bez wątpienia na nie zasłużył.

(aila)

Udostępnij artykuł: