Podróż do Sopotu

Blogi / Wojciech Fułek

Marzenie Górskiej-Karpińskiej zawdzięczamy już monografię najsłynniejszego sopockiego hotelu. „Grand Hotel” to owoc wieloletnich poszukiwań oraz pasji autorki. Zaowocowała ona już dwiema kolejnymi edycjami najbardziej kompleksowej i niezwykle starannej rekonstrukcji dziejów tego legendarnego już miejsca. Jeśli dziś ktoś chce pisać o historii tego hotelu, nie może pominąć tego opracowania.

Kolejna pozycja tej autorki to literacka fikcja, związana z rodzinną  wizytą w powojennym Sopocie lat 40-tych,  przemieszana z realnymi informacjami i historycznymi odniesieniami.  To albumik dość skromny objętościowo (114 stron), ale za to niezwykle bogato ilustrowany – starymi pocztówkami, zdjęciami, archiwalnymi reklamami, reprodukcjami obrazów i grafikami. Niektóre zupełnie unikalne, których nie odnajdziecie w innych książkach, poświęconych sopockiemu kurortowi.  To pierwszy powód, dla którego wszyscy sopoccy pasjonaci powinni to wydawnictwo obowiązkowo posiadać w swoim księgozbiorze. Kolejny  – to  sporo ciekawych informacji, związanych z historią i topografią Sopotu. Czasami nawet prostującymi błędne, utrwalone przez lata przekonania. Np. o podziale na Sopot Dolny i Górny. Bowiem sporo niezorientowanych osób do dziś sądzi, że linię tego podziału wytycza dzisiejsza Aleja Niepodległości. Jak słusznie pisze autorka „ przedwojenna ulica Morska, po wojnie Marszałka Rokossowskiego (dziś Bohaterów Monte Cassino) podzieliła Sopot na północny i południowy. Jest to oczywiście podział nieformalny. Ten funkcjonujący od najdawniejszych lat, to podział miasta na Sopot Górny i Dolny, którego granicę wyznacza skarpa, zwana sopocką, wzdłuż ulic Sobieskiego i Winieckiego. Wysokość skarpy jest zróżnicowana i wynosi od siedmiu do dwudziestu pięciu metrów”.

Podróż małej Tosi i jej mamy do stosunkowo mało zniszczonego powojennego Sopotu (w przeciwieństwie do sąsiedniego Gdańska, nie mówiąc o Warszawie, skąd nasze bohaterki przybyły)  to jednocześnie doskonały  pretekst do przywołania wielu mniej znanych faktów, np. przypomnienia kilku firm prywatnych, produkujących tu pocztówki – „Feniks”, „Sztuka” czy „Argus”.  Takie wspomnienie z czasów, kiedy główne ulice nosiły tu nazwy Generalissimusa Józefa Stalina, marszałka  Konstantego Rokossowskiego czy Prezydenta Bolesława Bieruta,   starannie opatrzone ilustracjami (prasowe reklamy, reprodukcje pocztówek) to wręcz bezcenna kopalnia wiedzy dla wszystkich, których interesuje historia Sopotu. Smakowite – nomen omen- jest również  wspomnienie gastronomiczne, dotyczące przedwojennej kuchni rodem z Warszawy,  cenionej w  Weltbadzie. Podobnie jak serwowanych w popularnej wtedy kawiarni „Elite”  cukierniczych przysmaków, firmowanych przez uznane warszawskie marki: „Blikle”, „Semadeni” czy „Szwajcarska”.

Odwiedzamy z naszymi bohaterkami wszystkie najważniejsze dla powojennego Sopotu miejsca, czasami przenosząc się  do lat 30-tych, aby opowieściom   nadać historycznej głębi i przywołać atmosferę  światowego kurortu. Choćby z tego powodu, że zielony Sopot, rozciągnięty pomiędzy lasami a plażą,  cudem ocalały z wojennej pożogi, był dla wielu nie tylko bezpieczną przystanią po wojennych przejściach ale i nieco dziwnym miejscem, w którym czas niemal się zatrzymał, a w w wielu mieszkaniach ocalały nie tylko szyby, ale i kompletne, najczęściej bogate wyposażenie kuchni,łazienek, sypialni i pokoi, opuszczonych przez poprzednich gospodarzy. W moim rodzinnym domu przy ul. Kazimierza  Pułaskiego (dawniej: Bismarckstrase) „odziedziczyliśmy” nie tylko meble, pościel, nawet lodówkę, ale i fortepian, obrazy czy bogaty księgozbiór. Dla przybyszy z Warszawy, którzy utracili w czasie wojny niemal wszystko, było to zapewne czymś zdumiewającym. I takie zderzenia  starego świata z nowym porządkiem przypomina  też  w tej książce autorka.

Bohaterki zawdzięczają jej też wycieczkę  do Gdyni i Gdańska, a my – m.in. skrótową wersję tragedii  statku MS  „Wilhelm Gustloff”z tysiącami cywilnych niemieckich  uciekinierów z Gdańska, Sopotu i Gdyni. Statek został  storpedowany kilka godzin  po wypłynięciu z  portu w Gotenhafen (niemiecka nazwa Gdyni) przez radziecki okręt podwodny 30 stycznia  1945 roku. „Gustloff” zatonął w ciągu godziny, stając się już na zawsze  największym morskim grobem, bowiem w lodowatej wodzie zginęło wtedy ponad 6 tysięcy osób.

Interesujące są też krótkie wtrącenia/opowieści autorki  o Orłowie, Kolibkach, Operze Leśnej i  sopockich świątyniach. Dlatego namawiam na tę podróż do Sopotu sprzed lat nie  nie tylko pasjonatów czy badaczy najnowszej   historii, ale przede wszystkim tych, którzy – podobnie jak Marzenna Górska-Karpińska zostali kiedyś zarażeni nieuleczalnym wirusem  miłości do tego miasta. Ja się do nich również  zaliczam, zatem moja sopocka półka już się wzbogaciła o tę pozycję.

Wojciech Fułek

Udostępnij artykuł: