Poszkodowani naiwni inwestorzy na szarym niemieckim rynku kapitałowym

Finanse osobiste

Brama Brandenburska, Berlin Fot. Pixabay

Ktoś może z niedowierzaniem zapytać: szary rynek kapitałowy w Niemczech, i to oficjalnie, a nie jako szara czyli nielegalna strefa? A jednak. Istnieje on, ma swą oficjalną, no może półoficjalną, nazwę „grauer Kapitalmarkt” (lub „Finanzmarkt”)

#Włodzimierz Korzycki: Inwestycje na szarym rynku kapitałowym w Niemczech przynoszą 20-30 miliardów strat euro rocznie #Niemcy #UOKiK

Tysiące drobnych, ale i nie takich drobnych ciułaczy szuka korzystnego ulokowania swych oszczędności w nadziei na sute profity. Najlepiej, żeby to było i wysokie oprocentowanie, i wysokie bezpieczeństwo. I choć to rzadko idzie w parze, wielu posiadaczy nadwyżki kapitałowej wierzy w swą szczęśliwą gwiazdę i wchodzi w ten biznes (czy jak mówił Zbigniew Buczkowski w serialu „Dom”, „wchodzę w ten wagon”). Urząd Ochrony Konsumenta (Verbraucherzentrale) w Hesji opublikował właśnie ekspertyzę o motywach wdawania się tylu ludzi w ryzykowne lokaty swych oszczędności.

Naiwni inwestorzy

Zwykli śmiertelnicy, urzędnicy, nauczyciele, renciści, a nawet gospodynie domowe inwestują w rozmaite udziały, pożyczki podporządkowane (Nachrangdarlehen), imienne papiery dłużne (Na̱mensschuldverschreibung ), w prawo do udziału w zysku przedsiębiorstwa bez prawa do głosowania (Genussrecht), ale także bezpośrednio w firmy budujące lub kupujące statki (Schiffsfonds) czy kontenery, a także w metale szlachetne, drewno, zwierzęta.

Często ulegają namowom elokwentnych pośredników finansowych, ale też bazują na opiniach osób bliskich czy zaprzyjaźnionych i wtedy podejmują ryzyko ze ślepym zaufaniem – jak zauważył Wolf Brandes, szef zespołu badającego w ramach heskiego Urzędu Ochrony Konsumenta szary rynek kapitałowy w Niemczech.

Ten istniejący od lat rynek został w 2015 roku ustawowo uregulowany. Oferenci muszą przedkładać w Federalnym Urzędzie Nadzoru Finansowego (BaFin) prospekty o proponowanych papierach dłużnych czy udziałach. Ale ich działalność nie wymaga zgody BaFin-u, inaczej niż w przypadku banków czy ubezpieczycieli. Nie wolno im prowadzić na rynku agresywnej reklamy. Oferty pojawiają się więc często w drobnych ogłoszeniach prasy ponadregionalnej.

 

Państwo nie kontroluje

BaFin zarazem wskazuje na swej stronie internetowej, że w przypadku firm szarej strefy nie ma państwowej kontroli solidności oferentów, jakości produktu i modelu działalności gospodarczej, nie ma kontroli bilansów czy zabezpieczenia depozytu.

Jeszcze niedawno głośno było o wielkich wpadkach. Najbardziej spektakularna w ostatnich latach była plajta firmy z branży energii wiatrowej Prokon. Zebrała ona na swe funkcjonowanie 1,4 mld euro od 70.000 inwestorów, którzy wykupili wspomniane wyżej prawo do udziału w zysku bez prawa głosu. Ludzie ci utracili około połowy swych wkładów.

Zamiast renty, pensja prezesa

Pecha miało ostatnio 100.000 ciułaczy, którzy zawierzyli funduszowi oferującemu prywatną rentę Securente. Po jakimś czasie nadzieje okazały się mrzonką: miliard euro wpłacanych składek poszedł na płace dla członków zarządu, na tantiemy członków rady nadzorczej, na samochody i bankiety.

Z kolei w przypadku funduszu powierniczego S&K, lokującego pieniądze w nieruchomości, straty 11.000 drobnych inwestorów wyniosły 240 mln euro. Tu chodziło o oszustwo i już zapadły wyroki skazujące. W połowie września 50.000 innych inwestorów dowiedziało się, że firma wynajmująca kontenery, P&R z Grünwaldu, w którą zainwestowali 3,5 mld euro, została uznana przez sąd za niewypłacalną i wszczęto postępowanie upadłościowe. Utracą, jak się szacuje, połowę wkładów.

Eksperci z heskiego Urzędu Ochrony Konsumenta ustalili, że ludzie szczególnie chętnie powierzają swoje pieniądze wątpliwym oferentom w określonych sytuacjach życiowych. Są to np. pierwsza stała praca, otrzymanie spadku, rozwód, śmierć małżonka, ciężka choroba. Wtedy „najwyraźniej wielka jest gotowość lub potrzeba zawierania nowych transakcji, aby odnaleźć się w nowych warunkach” – skonkludowali w swej ekspertyzie badacze z Hesji.

Inwestycje na szarym rynku kapitałowym mogą oczywiście przynosić wysokie zyski. Często czy to na skutek niesolidności oferenta, czy też świadomego oszustwa przynoszą jednak straty. Szacuje się je w Niemczech na 20-30 miliardów euro rocznie.

Jeśli chce się podjąć wyższe ryzyko, czyli wejść w „ryzykowniejszy wagon”, warto przyjrzeć się osobie czy firmie, która mami super-zyskami. Bo nie można liczyć na wielką wygraną, a zarazem spać spokojnie.

Udostępnij artykuł: