Prąd drożeje jak diabli

Blogi / Jan Cipiur

Z cenami jest jak z koniem, co go każdy widzi, mamy je na rachunkach na łypnięcie okiem. Dlatego faktów czerpanych z faktur tylko garstka.

Jan Cipiur
Jan Cipiur Fot. Autor

Z cenami jest jak z koniem, co go każdy widzi, mamy je na rachunkach na łypnięcie okiem. Dlatego faktów czerpanych z faktur tylko garstka.

Rachuneo.pl twierdzi, że cena energii elektrycznej dla polskiego gospodarstwa domowego to obecnie średnio 74 groszy za 1 kWh. W 2019 r. opłata wynosiła przeciętnie 61 groszy, a więc przez dwa lata podrożało o 20 proc. z małym hakiem.

Różni ludzie obiecywali wprawdzie, że nic tak złego się nie stanie, ale mało kto im chyba wierzył, więc już mniejsza o to.

Nie mamy ani jednej „atomówki”, choć to jedyne bezpieczne i pewne źródło prądu, gdy nie wieje i nie świeci

Główna przyczyna drożyzny jest wiadoma. W słusznej trosce o środowisko świat przestraszył się na dobre palenia węglem tudzież ropą, próbuje coś z tym zrobić, to kosztuje, więc ceny muszą rosnąć.

U nas dochodzi coś co po angielsku zwą prokrastynacją, a po naszemu zwlekaniem do ostatniej chwili. Dlatego kłaniamy się ciągle w pas górnikom węgla, od dawna nie wiadomo z jakiej racji.

Dlatego też nie mamy ani jednej „atomówki”, choć to jedyne bezpieczne i pewne źródło prądu, gdy nie wieje i nie świeci, i gdy baterie są niby lepsze, ale nadal nazbyt liche.

OZE nie jest jeszcze rozwiązaniem

W jednostkowej skali efekty są widoczne, ale w wymiarze globalnym OZE w ich obecnym kształcie nie są jeszcze rozwiązaniem. Powodem jest rozjazd trendów - krzywa po której wznosi się apetyt na energię kilku miliardów ludzi z Południa globu pnie się ostrzej w górę niż rozmiary i wydajność wiatraków i paneli.

Bardzo dziurawa jest infrastruktura przesyłowa wielkich napięć i długodystansowa. Tymczasem, prądu nie da się przenieść w wiadrze, podczas gdy węgiel do lokalnej elektrowni dowieźć można nawet wozem konnym.

W Polsce OZE odgrywają dość jeszcze marną rolę, ale wyszły już jednocześnie z czarnej dziury po węglu. Moc fotowoltaiczna zainstalowana w Polsce to ok. 5,4 GW, nominalna moc turbin na wiatr wynosi prawie 7 GW. Moc całego systemu przekroczyła w tym roku granicę 50 GW.

Wymuszone zawieszenia produkcji prądu z OZE

Jednak, podobnie zresztą jak np. w Niemczech, także w Polsce zaczynają się w związku z OZE kłopoty (sic) bogactwa. Już tego lata zamykano dostęp do sieci krajowej wielu mikro-dostawcom prądu z paneli słonecznych.

Z kolei w Wielkanoc, z powodu pogody sprzyjającej OZE, także farmom wiatrowym ograniczono dostęp do ogólnopolskiej sieci, z obawy o jej przeciążenie i tzw. blackout.

Business Insider podaje, że w Niemczech koszty wymuszonego zatrzymywania produkcji energii elektrycznej ze źródeł fotowoltaicznych, wiatrowych i tzw. kogeneracyjnych wynieść miały w 2020 r. 710 mln euro.

Z każdym rokiem będzie gorzej, bo rozbudowa i gruntowna modernizacja sieci to przedsięwzięcie niezwykle kosztowne i na długie lata. Koszt relatywnie krótkiej linii 400 KV z Gdańska do Słupska, stawianej m.in. z myślą o wyprowadzaniu mocy z OZE na Bałtyku do krajowego systemu energetycznego, której budowa trwała 7 lat, to ponad 1 mld zł.

Taka linia to ułamek polskich potrzeb, a gdzie linie bardzo wysokich napięć, czyli 1000 kV i jeszcze więcej?

Po lecie zapasy gazu w USA są cienkie, ale w Europie jeszcze cieńsze

Wobec niedomagań OZE, na zasadzie mniejszego zła, alternatywą dla ciężkich paliw kopalnych ma być nieco przyjaźniejszy dla środowiska gaz ziemny. Może być z nim jednak długofalowy kłopot kosztowy, bowiem jego globalna podaż nie jest dostatecznie elastyczna, popyt rośnie, więc gaz drożeje.

Poszybowały ceny gazu w Ameryce, która ma go przecież w bród. 1 mln BTU (brytyjskie jednostki cieplne) kosztuje tam teraz w kontraktach futures ponad 5 dolarów, najwięcej od zimy 2014 r. Tego lata w Ameryce było gorąco jak w piecu chlebowym – elektrownie gazowe pracowały na pełen gwizdek, żeby było zasilanie dla klimatyzatorów.

Po lecie zapasy gazu w USA są cienkie, ale w Europie jeszcze cieńsze. Dochodzi ogromniejący popyt ze strony Azji. No i jest jeszcze Rosja z jej grami i gierkami tym surowcem łatwopalnym.

Gazprom jest kiedyś Deutsche Fussballnationalmannschaft, za piłką biegali wszyscy, a wygrywali tylko Niemcy

W ostatniej sprawie zawsze wiemy znacznie mniej niż wiedzieć trzeba, wystarczyć muszą spekulacje. Gorący kartofel to rosyjsko-niemieckie gazociągi Nordstream pod Bałtykiem (49 proc. akcji Nordstream AG mają firmy niemieckie oraz jedna z Holandii i też jedna z Francji).

Choć Rosjanie zaprzeczają, to odbiorcy z Europy Zachodniej twierdzą, że dostawali tego lata mniej gazu, niż go zamówili w Rosji. Naturalne są więc spekulacje, że w grze o podmorskie rury Gazprom pokazywał jakie asy ma w rękawie.

Pojawiają się też opinie, że wobec niepewnej strategicznej postawy Unii w stosunku do gazu, Gazprom nie odnawia swoich mocy wydobywczych w tempie adekwatnym do potencjalnego popytu w przyszłości.

W krótkiej zaś perspektywie rosyjski dostawca woli wypełniać przed zimą rosyjskie magazyny kosztem zagranicznych, bowiem mniejsze zapasy u odbiorców nienawykłych do niewygód to gwarancja wysokich, wręcz wygórowanych cen, w obecnym i późniejszym eksporcie.

Gazprom jest więc teraz jak kiedyś Deutsche Fussballnationalmannschaft, za piłką biegali wszyscy, a wygrywali tylko Niemcy.

Potrzebny atom i linie przesyłowe

Ceny prądu szaleją więc nie tylko w Polsce płacącej rachunek za wieloletnie samozadowolenie z rzekomego bezpieczeństwa energetycznego zapewnianego przez węgiel. Miało go wystarczyć na dwieście lat, a może i jeszcze dłużej, jak zapewniał rezydent jednego z pałaców warszawskich.

We wrześniu w Wielkiej Brytanii, a tam wiatr potrafi „urwać głowę”, więc wiatraków zatrzęsienie, ceny prądu wzrosły dwukrotnie i były siedmiokrotnie wyższe (285 funtów za 1 MWh) niż w tym samym miesiącu rok temu. To ponad 20-letni rekord cenowy. Skąd się wziął, u licha?

Najpierw wyższe ceny gazu sprawiły, że wzrósł popyt na energię z węgla. „Brudne” elektrownie musiały kupić zezwolenia na emisję gazów cieplarnianych i dymów, które od początku 2021 r. podrożały niemal dwukrotnie i kosztują teraz ok. 60 €/t. W

ysoki koszt zezwoleń wywołał powrót do gazu, który miał w ten sposób świetny powód, żeby jeszcze zdrożeć. W muzyce nazywają takie „wkoło Macieju” rondem, w którym mamy refren, po nim kuplet i znowu refren.

W rozsądnym czasie nic nie wskazuje na ilościowy i jakościowy przełom w magazynowaniu energii elektrycznej i na wdrożenie niewynalezionych jeszcze nowych OZE, ale w Europie wyrok wydany na węgiel nie podda się już żadnej apelacji. Gaz ziemny to natomiast dość niebezpieczny półśrodek.

Dlatego tak istotna jest w naszych warunkach budowa elektrowni jądrowych, które wypełniałyby lukę po węglu i spełniały też rolę bufora i bezpiecznika.

Druga potrzeba do wielka modernizacja linii przesyłowych i budowa strategicznych linii bardzo wysokich napięć, m.in. po to żeby w razie niespodziewanych deficytów można było energię importować bez przeszkód logistycznych.

Jan Cipiur
Jan Cipiur, dziennikarz i redaktor z ponad 40-letnim stażem. Zaczynał w PAP, gdzie po 1989 r. stworzył pierwszą redakcję ekonomiczną. Twórca serwisów dla biznesu w agencji BOSS. Obecnie publikuje m.in. w Obserwatorze Finansowym.

Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: