Prawdziwych Słodowych już nie ma

Karol Jerzy Mórawski / Tylko u nas

Rosną w miastach domy z czerwoniutkiej cegły, domy wznosi murarz, bo w tej pracy biegły. Elektryk układa kable, hydraulik podłącza wannę, umywalkę i WC, glazurnik, dekarz i posadzkarz też mają pełne ręce roboty... a co robi pan domu? Otwiera portfel i płaci kolejnym wykonawcom - bez nich bowiem nie jest w stanie przykręcić nawet najprostszego gniazdka do ściany. Kiedy już wymarzony dom stanie się faktem, nic się nie zmienia. Cieknący zaworek od WC? Wbicie gwoździa pod nowy zegar? Trzeba zawołać fachowca - taką odpowiedź usłyszymy coraz częściej. W tempie ekspresowym rośnie nam pokolenie technicznych analfabetów.

Jeszcze dwie dekady temu byłoby to nie do pomyślenia. Niemałe zasługi w tej dziedzinie miał… realny socjalizm, ze swymi chronicznymi brakami wszystkiego, co akurat było w domu potrzebne. Z tej to prostej przyczyny wiertarki z Cieszyna wraz z kompletem przystawek stanowiły mroczny obiekt pożądania, a szczęśliwiec, który trafił owo złote jajko, rozpoczynał niechybnie prawdziwą rewolucję w swoim domu – ku rozpaczy sąsiadów. Mając taki sprzęt i dostęp do równie deficytowych desek (jak można było je uzyskać, znakomicie pokazuje film „Nie ma róży bez ognia”), niejeden ówczesny Kowalski potrafił w kilka tygodni umeblować spółdzielcze własnościowe M-4. Dziś mamy meble do samodzielnego montażu, w zestawie znajdziemy wszelkie potrzebne narzędzia i oczywiście instrukcję składania „nie tylko dla orłów” – a i tak spora część klientów wykupuje usługę montażu. Nie do rzadkości należą przypadki, gdy klient dopłaca drugie tyle za montaż…. taboretu, składającego się dosłownie z czterech elementów. O tempora, o mores!

Nie tylko deficyt rynkowy mobilizował ówczesną brzydką część społeczeństwa do aktywności w dziedzinie – jak byśmy to dziś modnie określili – „do-it-yourself”. Zaradność, również w dziedzinie majsterkowania, była uważana za równie integralną cechę faceta jak siła, honor czy odwaga. Zaczynało się bardzo wcześnie – od drewnianych klocków, skręcanych z blaszek i śrubek miniaturowych maszyn budowlanych, samolotów do sklejania (obowiązkowy program zajęć praktyczno-technicznych w pierwszych klasach podstawówki) czy zestawów typu „Mały chemik”, „Mały astronom” i wielu innych. Ówczesnemu Kaziowi, Stasiowi czy Rysiowi do głowy by nie przyszło, aby otrzymane na komunię Wigry 3 oddać na przegląd przedsezonowy do serwisu – raz, że takowych serwisów z reguły nie było, dwa – że darczyńca i ojciec w jednej osobie przenigdy by nie zgodził się na taką profanację i rozrzutność zarazem.  Pozostawało samemu opanować sztukę regulacji hamulca, łańcucha, wymiany łożysk… Potem była legendarna czerwona motorynka – stworzenie to psuło się na tyle często, by w trybie intensywnym przyspieszonym (czytaj: podczas jednego sezonu motocyklowego) zaliczyć cale pensum dydaktyczne przedmiotu „Obsługa i naprawa pojazdów jednośladowych”.  Nie wolno zapominać również o armii; szeregowy Kowalski musiał mieć w małym palcu zarówno sztukę rozkładania kałasza jak też dziesiątki innych umiejętności, przydatnych nie tylko na froncie ale i w domowym zaciszu.

A dzisiaj? Miejsce poczciwych ZPT zajął przedmiot „Technika”, gdzie z prawdziwą techniką uczeń ma kontakt w najlepszym razie na co dziesiątych zajęciach, do woja od dłuższego czasu nie biorą, a w domu… spuśćmy na to zasłonę milczenia. „Od bohatera do menedżera” – tak oceniła ewolucję postaw współczesnych facetów jedna z firm specjalizujących się w sektorze assistance. Zaiste, bohaterstwo staniało – nie potrzeba rozmarynu, konika cisawego tudzież innych, dziś trudno dostępnych utensyliów. Wystarczy umieć wyborować dziurę w ścianie – i już można składać papiery choćby i do GROM-u! Najgorsze w tym wszystkim, że wspomniana opinia precyzyjnie oddaje kierunek rozwoju współczesnego faceta, w porównaniu z którym przeciętny Kowalski wychowany na programach Adama Słodowego jawi się jako twardziel, a sam autor tychże audycji – który w swym życiu zbudował samodzielnie nawet auto – staje się nieomal antycznym herosem.

Do grona instytucji aktywnie walczących o wychowanie pokolenia technicznych analfabetów aspiruje również przemysł. Kiedyś każde z urządzeń można było – przynajmniej w podstawowym zakresie – naprawić bądź wyregulować w domowych pieleszach. Dziś tak się nie da – i to nie tylko z powodu rosnącego zaawansowania technicznego sprzętu; producenci stają na głównie, by nawet najbanalniejszą regulację dało się przeprowadzić wyłącznie w ASO. Szczególne wyróżnienie należy się tu koncernom motoryzacyjnym; o ile jeszcze opancerzenie silnika plastikiem uniemożliwiającym jakąkolwiek interwencję użytkownika można potraktować jako farsę, to już podobne odcięcie dostępu do żarówek w reflektorach budzić może wyłącznie przerażenie.

Zaprawdę, trudno od przedstawiciela gatunku mającego w nazwie „sapiens” wymagać, by za wymianę drobiazgu wartego kilkanaście złotych płacił tych złotych kilkaset – plus jeszcze dodatkowy bakczysz za holowanie. Efekty widać: wśród aut z poważnymi brakami w oświetleniu dominują te, w których konstruktor zadbał o wyniki finansowe korporacji w zakresie usługi „Wymiana żarówek oświetlenia zewnętrznego”. Stróże porządku, których uposażenie również nie pozwala na takie fanaberie jak dofinansowywanie ASO, podchodzą do sprawy ze zrozumieniem – choć jeszcze kilkanaście lat temu policjant nie pozwoliłby odjechać Polonezem czy Favoritką bez uprzedniej wymiany żarówki. I tak się wszystko kręci – do czasu, kiedy na ciemnej drodze ktoś nie podejmie manewru wyprzedzania, święcie przekonany, że przecież uda się bez problemu wyminąć „ten skuterek”, jadący blisko pobocza z przeciwka…

Analfabeci techniczni – to również klient docelowy dla tych rzemieślników i usługodawców, których kwalifikacje fachowe oraz poziom etyki zawodowej odzwierciedla niezapomniany Prokop – bohater filmu „Dom”. Ileż to razy ten sam wyrób, z podobnymi objawami wraca do ASO po raz kolejny – i kolejny raz trzeba bulić, bo „serwisant wykrył właśnie kolejną usterkę”. Niestety, w dużej części takie sytuacje stanowią klasyczne wciskanie kitu, usterka jest dokładnie ta sama – z tym, że niewyedukowane technicznie klient „kupi” wszystko niczym „ciemny lud” u jednego z posłów, zapłaci drugi, trzeci raz za to samo – i jeszcze jest szczęśliwy, że trafił na takiego fachowca. Niczym pewna pani profesor, która przed wieloma laty zachwalała mojemu Ojcu jednego z warszawskich mechaników samochodowych:

Pan sobie wyobrazi, co za solidny fachowiec. Mam ten samochód od pięciu lat, i nikt mi wcześniej nie powiedział, że co 5 tysięcy kilometrów trzeba wyregulować zawory! – rozpływała się w komplementach szacowna persona jeżdżąca… Trabantem (wyjaśnienie dla młodszego pokolenia – pojazd ten, jak zresztą i inne bestie napędzane silnikami dwusuwowymi, nie wymagał regulacji zaworów, gdyż takowych… w ogóle nie posiadał.)

Co pozostaje zrobić, zanim wymiana worka w odkurzaczu stanie się czynnością przekraczającą możliwości przeciętnego faceta? Wziąć sprawy w swoje ręce – jak mawiał były prezydent, skądinąd technicznie wykształcony człowiek. Pokażmy młodemu pokoleniu, jak używa się śrubokręt (nie, nie ten elektryczny, tylko zwyczajny), młotek, hebel. Usiądźmy razem z synem (a może i córką – wszak mamy równouprawnienie) do weekendowego przeglądu roweru, a za pieniądze zaoszczędzone na serwisie kupmy dzieciakowi zestaw jego pierwszych narzędzi. Zamiast kolejnego Transformersa pomyślmy raczej o samolocie do sklejania – cena podobna, a o ile więcej frajdy z budowy! Róbmy sami proste naprawy w domu, w rodzaju choćby wymiany wężyka do WC, a młode pokolenie niech kibicuje i uczy się, że można. A nade wszystko – ograniczmy monopol „jedynie słusznego” smartfona i tableta w życiu naszych milusińskich, a czas ten wypełnijmy  edukacją techniczną. Wprawdzie filmowy Bob Budowniczy zawsze da radę – jednak ani on, ani jego ekipa nie przybędą z pomocą, gdy w wigilijny wieczór wybije zlew.

 

Udostępnij artykuł: