Proweniencja jest nieuleczalna

Bez krawata

złota moneta z wizerunkiem Augusta III Sasa
August II Mocny, dukat

…szczęśliwie jednak, okazów z proweniencją w najpoważniejszej postaci jest jak na lekarstwo. O czym mowa, jeśli rzekome schorzenie dotyka rynku numizmatów? Proweniencja zbyt długo pozostawała lekceważona, zwłaszcza że za branżowym słowem kryje się pochodzenie obiektu ze zbiorów konkretnego kolekcjonera. Jak wskazuje ekspert Damian Marciniak, samo udokumentowanie, że przykładowa próbna moneta II RP należała kiedyś do Henryka Karolkiewicza potrafi podnosić o 50-100 proc. jej wartość na rynku. Czy to jedyna wskazówka, jak zarobić na pochodzeniu z tzw. dobrego domu? Czas na garść pytań do numizmatyka.

#DamianMarciniak: W obecnych czasach rozpoznawanie monet z konkretnych kolekcji nie jest tak trudne, dlatego że dysponujemy dokumentacją fotograficzną #Numizmatyka #Alternatywne.pl

Szukaj znaków w polu

Weronika A. Kosmala: Środowisko szepcze obecnie, że w przyszłym roku stołeczne Muzeum Narodowe otworzy ekspozycję z podarowanym mu cennym zbiorem hrabiego Kazimierza Sobańskiego. Czy jeśli monety z równie uznanych kolekcji trafiają na rynek, można je jakoś rozpoznać?

Damian Marciniak: Hrabia Sobański był akurat jednym z nielicznych wielkich kolekcjonerów, którzy w żaden sposób nie cechowali nabytych numizmatów. Swoje własnościowe stemple w polu monet nabijali m.in. Potocki – umieszczając herb Pilawa – czy Emeryk Hutten-Czapski, którego puncę wielkości łebka szpilki możemy obserwować chociażby na talarze Augusta III Sasa, który trafi na aukcję 9 lutego. Wyraźnie nieprzypadkowy znak przedstawia herb Leliwa w formie gwiazdki wewnątrz półksiężyca – ten sam, który przewija się na eksponatach krakowskiego muzeum ze zbiorami kolekcjonera.

Stanisław August Incognito  

A zdarza się, że na monecie wyraźnie widać jakiś własnościowy znak, ale nie wiadomo, do którego z dawnych kolekcjonerów mógł należeć?

Punce rzeczywiście potrafią kryć tajemnice, szczególnie taką, która pojawia się od czasu do czasu na egzemplarzach wyjątkowej urody, dużych i rzadkich, jak chociażby wystawiony ostatnio w Nowym Jorku medal Zygmunta Starego masy 10 dukatów. Zbiór sygnowany tym znakiem musiał być znamienity, bo punca widywana jest na monetach najwyższej klasy, jednocześnie na tych samych okazach nabite są bardzo często znaki własnościowe np. Potockiego, co wskazuje, że zbiór musiał pamiętać dawniejsze czasy. Tajemnicza sygnatura zadziwia również położeniem – cecha nigdy nie jest wybita w polu monety, tylko na obrzeżu i starannie na godzinie 12. Krążące opowieści sugerują, że tak oznaczał zbiory Stanisław August Poniatowski, ale na razie wciąż pozostaje to zagadką.

Zawsze przyjmuj kopertę

Czy kiedy jednak oznaczenia brak, eksperci mają jakieś szanse na przypisanie monety XIX-wiecznemu kolekcjonerowi, czy cała opowieść przepada?

W obecnych czasach rozpoznawanie monet z konkretnych kolekcji nie jest tak trudne, dlatego że dysponujemy dokumentacją fotograficzną. Z wcześniejszych epok zachowały się natomiast tablice z reprodukcjami, a po cechach charakterystycznych da się już rozpoznać dane eksponaty. Cenniejsze monety kolekcjonerów międzywojennych odwzorowywane były na takich tablicach również na okoliczność aukcji, dlatego badacze mają materiał porównawczy, choć warto zaznaczyć, że największą wartość ma zwykle odręczna dokumentacja. Pożółkłe już kopertki, w których dawni zbieracze przechowywali okazy, stanowią najcenniejsze uzupełnienie, zwłaszcza kiedy umieszczone na nich zapiski kolekcjonerów wnoszą coś do ogólnego stanu wiedzy.

Król August i spółka

A: Na nadchodzącej aukcji kulminacyjnym momentem będzie prawdopodobnie licytacja tzw. Kolekcji Trzech Augustów. Czy przynależność do zbioru okaże się istotna, nawet jeśli nazwa jest umowna?

Nie jest aż tak umowna, dlatego że wyróżniona kolekcja trzech ostatnich królów opiera się na zbiorach uznanego kolekcjonera, chcącego zachować anonimowość – być może trochę na wzór niektórych monet, których nie opiszemy, sięgając po same oczywistości. Próg 100 tys. zł przebije prawdopodobnie rzadki toruński dukat z 1702 r. [na zdj.], którego cena wywoławcza to 40 tys. zł, a okoliczności wprowadzenia do obiegu rzeczywiście wymagają wyjaśnienia. Chociaż na monecie widzimy Augusta II Mocnego, za czasów króla monety nie zostały wybite, a stemple odczekały swoje, niszczejąc w miejskim archiwum. Najpewniej dukaty ożyły w obiegu dopiero za panowania jego syna, jednak do obecnych czasów na kolekcjonerskim rynku zachował się po tej emisji bardzo nikły ślad. Przez niecałe dwie dekady na krajowych aukcjach zarejestrowano zaledwie dwa notowania.

A jeśli inwestor ma jeszcze jakieś pytania?

Powinien przyjść na poprzedzające aukcję wykłady, które specjaliści wygłaszać będą w stołecznym Marriocie 8 lutego od 16.00. Sesja tych prelekcji po raz kolejny ma tytuł „W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz”, a – kogo jak kogo – ale inwestorów raczej nie trzeba zapewniać o wartości, jaką ma na rynku informacja zdobyta zawczasu.

Weronika A. Kosmala

alternatywne.pl

 

Udostępnij artykuł: