Przedsiębiorcy postulują moratorium podatkowe na najbliższe dwa lata

Firma / Komentarze ekspertów

Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan
Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan. Źródło: FB/KL

O działaniach Rady Przedsiębiorczości, obawach i oczekiwaniach przedsiębiorców, o spowolnieniu prac Rady Dialogu Społecznego oraz pomysłach na przezwyciężenie kryzysu rozmawiamy z Maciejem Wituckim prezydentem Konfederacji Lewiatan.

#MaciejWitucki: Dla przedsiębiorców, bez względu na to, czy rządzi ta, czy inna partia ważna jest #Stabilność i #Przewidywalność #COVID19 #Kryzys #Gospodarka @LewiatanTweets

Robert Lidke: Dlaczego reaktywowano Radę Przedsiębiorczości? Konfederacja Lewiatan przedowdniczyła Radzie przez pierwsze trzy miesiące po wznowieniu  jej działania.

Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan: Radę Przedsiębiorczosci reaktywowano kilka razy. Zawsze wtedy, kiedy świat stawał się dla przedsiębiorców trudny.

Najpierw był to rok 2003, po tzw. bańce cyfrowej. Potem w okresie lat 2006‒2007, za czasów rządów PiS i ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro, kiedy narastała fala aresztowań przedsiębiorców. Kolejny renesans Rady nastąpił w roku 2020, kiedy pojawiła się pandemia i kiedy przedsiębiorcy mają kłopot z prowadzeniem dialogu z rządzącymi.

Oczywiście, odbywa wiele spotkań z ministrami, przedstawicielami rządu – jest ich nawet więcej niż kiedyś, ale istotne decyzje są podejmowane nagle, bez naszego udziału. Są uchwalane tzw. tarcze, które mają nam pomagać, ale zawierają w sobie nieoczekiwane „niespodzianki”. 

Przedsiębiorcy w tej sytuacji doszli do wniosku, że im większa repezentatywność, tym ich głos jest lepiej słyszalny, ma większe znaczenie.

Może Pan podać przykład, kiedy połączone działania przedsiębiorców dały dobre rezultaty?

‒ Takim przykładem jest powstrzymanie zniesienia ograniczeń w płaceniu składek na ZUS.  Była to kwestia progu 30-krotności prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce, po którego przekroczeniu nie odprowadza się składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe.

Myślę, że nie byłoby odrodzenia Rady Przedsiębiorczości w tym roku, gdyby nie nasze wspólne działania pod koniec 2019 roku, które powstrzymały te zapędy rządzących. Wtedy ze sprzeciwem wystąpiło 65 organizacji przedsiębiorców. To wydarzenie pokazało, że wspólne działanie w krytycznych sytuacjach daje dobre rezultaty.

Ale trzeba zaznaczyć, że Rada Przedsiębiorczości to nie jest federacja, to jest luźny ruch, w ramach którego przedstawiciele organizacji przedsiębiorców spotykają się ze sobą i w krytycznych momentach, na zasadach jednomyślności ‒ podkreślam, wyłącznie jednomyślności ‒ podejmują wspólne działania, deklaracje czy apele.

W każdym kwartale prace Rady koordynuje jedna z organizacji przedsiębiorców.

Naszym kolejnym skutecznym krokiem było wystąpienie do przewodniczącej Komisji Unii Europejskiej Ursuli von der Leyen o akceptację rządowej Tarczy Finansowej z Polskiego Funduszu Rozwoju dla Dużych Firm. I Komisja Europejska bardzo szybko zaakceptowała rządowy program.

Również sukcesem zakończyły się nasze zabiegi o zmianę niektórych propozycji w projekcie ustawy broniącej polskie firmy przed przejęciami przez zagranicznych inwestorów z określonych rejonów świata, np. z Chin.

Te wspólne działania są uzasadnione także z tego powodu, że politycy próbują dzielić środowiska gospodarcze. Np. Rada Dialogu Społecznego jest w tej chwili zamrożona przez jeden związek zawodowy i jedną organizację pracodawców. Chodzi o kwestie lustracyjne. O tych sprawach mówi się od roku, ale nie ma żadnej ustawy lustracyjnej, która przecięłaby sprawę i umożliwiłaby normalną, dalszą sprawną pracę Rady. Ta sytuacja jest najwyraźniej na rękę niektórym politykom.

RDS jest ważna, bo tam spotykają się reprezentanci organizacji przedsiębiorców, związków zawodowych, rządu.  Ja uczestniczę w pracach RDS od roku i widzę duży potencjał w tej instytucji. Dlatego paraliżowanie jej prac jest bardzo szkodliwe.

W Radzie przedsiębiorcy mogą otwarcie dyskutować z przedstawicielami związków zawodowych i często osiągają porozumienie. Choć w kwestii płacy minimalnej na 2021 rok tego porozumienia nie będzie, ponieważ jest organizacja pracodawców, która uznaje, że propozycja rządowa, 2800 złotych, jest najlepsza.

Natomiast pozostali przedsiębiorcy mówią – uwaga kryzys, uwaga spadające PKB.

Obiektywnie rzecz biorąc, gdyby patrzeć na średnią płacę w powiązaniu z PKB, to w 2021 roku powinna być ona na poziomie z roku 2019, bo być może PKB w roku przyszłym będzie właśnie na poziomie roku ubiegłego.

Ale taki ruch jest niemożliwy?

‒ Byłby logiczny. Ale realnie oceniając sytuację uważamy, że płaca minimalna powinna być utrzymana na obecnym poziomie.

W mojej ocenie najbezpieczniejsze jest powiązanie płacy minimalnej ze średnią płacą krajową. W takiej sytuacji pozostaje mało przestrzeni do manipulowania tą wartością. Dzisiaj niestety, wskutek sparaliżowania RDS ‒ o wysokości płacy minimalnej decydują politycy.

I mamy taki paradoks: z jednej strony szereg rozsądnych działań podtrzymujących przedsiębiorstwa, różne tarcze, osłony itd. Natomiast z drugiej strony: pojawia się nagle decyzja o podwyższeniu płacy minimalnej bez względu na to, jakie to może mieć skutki. A to może spowodować zwolnienia pracowników, szczególnie w mniejszych firmach. Pracę może stracić nawet milion osób.

Oczekiwanie, aby płaca minimalna stanowiła 50 procent średniej krajowej już się spełniło. Płaca w wysokości 2800 złotych jest już powyżej tego poziomu. Jednak w Polsce Wschodniej to już będzie 60 procent powyżej średniej płacy. To jest bardzo niebezpieczne dla firm działających w tych regionach kraju.

Wiem, że prezes Jarosław Kaczyński mówił dwa lata temu, przy okazji propozycji podniesienia składek na ZUS, że „Jeśli ktoś nie jest w stanie prowadzić działalności gospodarczej w takich warunkach, to znaczy, że się do niej po prostu nie nadaje” – ale my się z takim sposobem myślenia nie zgadzamy.

A co dalej? Pandemia się nie kończy, jest spowolnienie gospodarcze – co w tej sytuacji postulują przedsiębiorcy, żeby przejść przez ten okres w miarę suchą stopą?

‒ Dla firm zawsze najważniejsze są przewidywalność i zaufanie. Wydawać by się mogło, że powinienem powiedzieć ‒ pomoc państwa. Jednak mamy świadomość, że większość środków została już rozdysponowana. I trudno liczyć na więcej.

Dla przedsiębiorców, bez względu na to, czy rządzi ta, czy inna partia ważna jest stabilność i przewidywalność. Jeśli przez 4 miesiące trwania pandemii rząd broni miejsc pracy, a w piątym miesiącu decyduje się na podwyższenie płacy minimalnej, co tworzy ryzyko likwidacji setek tysięcy miejsc pracy, to takie sytuacje mogą zastanawiać przedsiębiorców.

To co jest teraz ważne, to deklaracja dotycząca systemu podatkowego, że nie będzie podwyżek podatków w okresie nie kilku najbliższych miesięcy, ale że będzie np. moratorium podatkowe na najbliższe dwa lata.

Przedsiębiorcy znają się na rachunkowości. Widzą, że państwo wydało setki miliardów złotych na walkę z pandemią, i dobrze, że je wydało. Ale też każdy zdaje sobie sprawę z tego, że gdzieś pieniądze trzeba zarobić. Jeśli gospodarka „przysiądzie”, jeśli kryzys będzie się dalej rozwijał, to rząd na pewno będzie szukał dodatkowych źródeł przychodów.

Rząd ma szczęście, że pojawia się unijny Fundusz Odbudowy. Są to bardzo duże pieniądze. Można szacować, że z Funduszu Odbudowy powinno nam przypaść ok. 27 mld euro, czyli 100 mld złotych.

Pytanie jak będą wydane, czy zostaną skierowane na budowy typu Centralny Port Komunikacyjny lub przekop Mierzei Wiślanej, czy też wydamy te środki na działające w Polsce firmy z pomysłami na rozwój.

W ten sposób moglibyśmy z minimalnymi stratami przejść przez kryzys. Powinna powstać spójna koncepcja wykorzystania tych nadzwyczajnych środków, ale w dialogu, także z udziałem środowisk przedsiębiorców.

Mamy o czym rozmawiać, bo oprócz Funduszu Odbudowy jest także nowy fundusz unijny na kolejną perspektywę, jest program Zielonej Transformacji.

Podsumowując: chodzi nam o stabilność prawa, o wyznaczenie celów rozwojowych Polski, które pozwoliłyby jak najbardziej efektywnie wykorzystać unijne i krajowe zasoby, a także o koncepcję kierowania bardziej selektywnie pomocy państwa do firm (bo środki powoli będą się wyczerpywać), np. do tych w tzw. czerwonych strefach.

A kwestia Zielonego Ładu, i w tym ‒ Funduszu Sprawiedliwej Transformacji?

‒ Na tę kwestię najpierw spojrzę z poziomu całej Unii Europejskiej. To są szanse i zagrożenia. Chodzi o to, abyśmy w ramach Zielonego Ładu nie narzucili sobie takich regulacji, które zbytnio zaszkodzą gospodarce.

Przykładem są przepisy dotyczące branży motoryzacyjnej. W efekcie ich przyjęcia na rynku europejskim te wymogi spełnia tylko jeden, japoński producent samochodów hybrydowych.

W Zielonym Ładzie są obszary, gdzie możemy „przegrzać”, ale jednocześnie jest to gigantyczna szansa dla przemysłu europejskiego, w tym i polskiego.  Cyfrowych gigantów już nie stworzymy, marzenia o europejskim Facebooku czy Googlu są nierealne.

Ale Europa i Polska mają szanse rozwojowe np. w obszarze nowoczesnej energetyki. Inteligentne sieci, magazynowanie energii, technologia wodorowa ‒ to są kierunki, gdzie jest jeszcze przestrzeń dla firm europejskich.

Polska ma liderów produkujących ładowarki do samochodów elektrycznych, mamy rozwiniętą elektroenergetykę, systemy zarządzania sieciami, systemy inteligentnych domów – to są obszary, gdzie polski biznes może się świetnie rozwijać. Uważam, że polskie firmy mogą mieć więcej wartości dodanej w elektronice, niż np. w produkcji skrzydeł do wiatraków. 

Z unijnym Zielonym Ładem jest też związany biznes budowlany. Nie tylko chodzi o termomodernizacje, ale także o produkcję ciepła. Polska ma tutaj unikalną szansę, ponieważ posiada sieć ciepłowniczą, którą dostarcza się ogrzewanie do setek tysięcy mieszkań.

Może to brzmi mniej ambitnie, niż polski samochód elektryczny, ale może być bardziej efektywne.

Co widać po drugiej stronie? Jak rządzący reagują na postulaty środowisk gospodarczych?

‒ Po pierwsze ważne jest, że w ogóle toczą się rozmowy. Negatywne jest to, że rząd zakleszcza się między rozumieniem przedsiębiorców, a imperatywem programu politycznego, umownie mówiąc „czempionizmu narodowego”.

Czyli: z jednej strony rozumiemy Was, ale z drugiej strony mamy zasób firm państwowych lub kontrolowanych przez państwo. Ponieważ Polska nie ma kapitału, to kapitał państwowy powinienem być wiodący.

Według mnie największe niebezpieczeństwo polega na tym, że ogromne przepływy pieniężne są skierowane na gigantyczne programy, realizowane pod szyldem Orlenu czy PGE.

Nie mówimy, że państwo nie jest potrzebne w gospodarce. W niektórych branżach może powinno być obecne, ale kluczem do rozwoju i kluczem do tworzenia miejsc pracy dla Polaków są prywatne firmy.

Ale stopa inwestycji zapowiedziana w Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju Mateusza Morawieckiego miała wynosić już w tym roku 25 proc. w relacji do PKB, a wynosi 18,2 proc. Z tym, że inwestycje prywatne spadły do 13 proc. PKB, jest to najniższy wynik od czasu rozpoczęcia transformacji Polski.

‒ Trudno się dziwić, że tak jest, jeśli prywatnych przedsiębiorców straszono różnymi dolegliwymi przepisami, kilku w efektowny sposób posadzono w areszcie, pozostałych straszono zmianą zniesienia limitu 30-krotności składek na ZUS, podwyżkami płacy minimalnej do 4 tysięcy złotych.

Jeśli normalny człowiek, który ma firmę słyszy, że przedsiębiorstwa, które sobie nie poradzą ze zmianami przepisów wprowadzanymi przez  państwo nie powinny funkcjonować, a rozwój gospodarki ma się opierać na państwowym kapitale, to taki przedsiębiorca nie czuje się bezpieczny.

A jak wspomniałem – bezpieczeństwo i stabilny system prawny to klucz do sukcesu – nie tylko dla przedsiębiorców.

Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: