Ręce precz od Warszawy I!

Blogi / Karol Jerzy Mórawski / Tylko u nas

Ile czasu potrzeba na zbudowanie radia od podstaw? Wystarczy... pół godziny, nawet jak się nie ma wprawy. Wiem, co mówię - przeszło 30 lat temu zdarzyło mi się zmontować takowe ustrojstwo, podczas zajęć z elektroniki w niezapomnianym Pałacu Młodzieży. Odbiornik wprawdzie w niczym nie przypominał ani tego, co dziś znajdziemy w supermarkecie w dziale "Sprzęt audio", ani też eleganckiej, wiekowej superheterodyny na siedmiu lampach.

Ile czasu potrzeba na zbudowanie radia od podstaw? Wystarczy... pół godziny, nawet jak się nie ma wprawy. Wiem, co mówię - przeszło 30 lat temu zdarzyło mi się zmontować takowe ustrojstwo, podczas zajęć z elektroniki w niezapomnianym Pałacu Młodzieży. Odbiornik wprawdzie w niczym nie przypominał ani tego, co dziś znajdziemy w supermarkecie w dziale "Sprzęt audio", ani też eleganckiej, wiekowej superheterodyny na siedmiu lampach.

Umieszczona na niedużej deseczce tekturowa rolka od... papieru toaletowego z nawiniętym cieniutkim drucikiem, obok zielona dioda i przypominający nieco krajarkę do jajek kondensator umożliwiający wyszukanie stacji, do tego stara słuchawka z przedpotopowego telefonu. Ledwo słyszalny dźwięk również nie miał zbyt wiele wspólnego ze standardem Hi-Fi... A jednak ten odbiornik miał jedną przewagę nad każdym ze współczesnych amplitunerów: działał - DOSŁOWNIE - bez żadnego zasilania z zewnątrz! Kilka metrów kabla wyrzucone na dach, drugie tyle przyczepione do wbitej w ziemię łopaty - i można  cały dzień słuchać Programu 1 Polskiego Radia, na przekór blackoutom, klęskom żywiołowym i innym atakom terrorystycznym.

Osobliwy ten wynalazek przypomniałem sobie ostatnio, kiedy z głośników naszych radyj i radyjek wciąż bombardują nas komunikaty o cyfryzacji tej - chyba ostatniej już - ostoi klasycznej, analogowej elektroniki w naszym domu. Sami autorzy tych "reklam społecznych" wyraźnie chcą z tego powodu wzbudzić wśród radiosłuchaczy swoiste kompleksy: "Cyfrowa książka ma już ponad 10 lat, cyfrowa fotografia ponad 35, a cyfrowa muzyka ponad 20. A ile lat ma radio?" - alarmują spikerzy płci obojga, niedwuznacznie sugerując, że zakup nowego odbiornika za co najmniej kilkadziesiąt złotych powinien stać się dla Kowalskiego absolutnym priorytetem. A potem będzie już tylko z górki: nieporównanie wyższa jakość odbioru, koniec z zakłóceniami, najeżone kanałami radiowe multipleksy... Jednym słowem, każdy znajdzie coś dla siebie. Zaraz, zaraz - czy aby na pewno KAŻDY?

Tak się bowiem składa, że szturmującej nasze domy, biura i auta cyfryzacji radia towarzyszyć ma sukcesywne wyłączanie wszystkich rozgłośni, działających w technice tradycyjnej. Podobny manewr przeprowadzono jakieś trzy lata temu z telewizją - i jakoś nikt specjalnie o to kopii ie kruszył. A jednak - co uszło w przypadku telewizji, w odniesieniu do jej "starszej siostry" okazać się może niewybaczalnym błędem. Dlaczego? Ano - wróćmy do początku, czyli prymitywnego radia z czterech elementów ("odbiornika detektorowego", jak by to nazwali fachowcy). Możliwość odbioru bez żadnych źródeł zasilania, a także daleki zasięg nadajnika sprawia, że program  nadawany na nieco dziś zapomnianych falach długich czy średnich jest wprost wymarzony dla celów zarządzania kryzysowego. Nawet całkowicie odcięty od cywilizacji powodzianin jest w stanie przy pomocy mniej lub bardziej złożonego "radyjka" złapać długofalową stację, zamienioną w razie potrzeby na centrum komunikacji z obszarami dotkniętymi nieszczęściem. Tymczasem w przypadku nadawania cyfrowego czy nawet poczciwego UKF potrzebny jest jeszcze przekaźnik - z reguły posadowiony w rejonie objętym klęską żywiołową, a zatem... nieczynny. Nie wspomnę  o tym, że stacji DAB+ czy jakiejkolwiek innej cyfrowej nawet sam Słodowy nie złapie przy pomocy odbiornika niewymagającego stałego dopływu prądu. Komórka w takiej sytuacji również nie pomoże, a tradycyjną, nie-internetową telefonię wycięliśmy chyba do nogi w ostatniej dekadzie... Czy zatem w dobie cyfrowej radiofonii mieszkańcy terenów zalewowych (a owszem, mamy takowych w naszym pięknym kraju sporo...) powinni obligatoryjnie wyposażyć się w tam-tamy?

Sztandarowa polska rozgłośnia powinna zostać jeszcze z innego powodu. Pomimo, że "cyfrowa książka ma już ponad 10 lat, cyfrowa fotografia ponad 35, a cyfrowa muzyka ponad 20", to wciąż korzystać możemy z klasycznych technologii, które okres świetności przeżywały wiele lat temu - a mimo to posiadają rzesze zagorzałych zwolenników. Dobry gramofon kosztuje dziś kilka, a nawet kilkanaście tysięcy - i znajdują się tacy, którzy daleki od perfekcji szum starej płyty przedkładają nad doskonalszy pod wieloma względami dźwięk zapisany w postaci komputerowego pliku. Fotograficy korzystający ze światłoczułej kliszy uchodzą w artystycznym światku za niekwestionowaną elitę. Największą atrakcją warszawskiej Nocy Muzeów jest przejażdżka poczciwym Jelczem "ogórkiem", pomimo iż standard podróżowania tym pojazdem nie zbliża się nawet do komfortu, jaki zapewnia współczesny Solaris czy MAN. Mamy pociągi retro, dawne tramwaje, a nawet latarnie gazowe zachowane na kilku warszawskich ulicach - dlaczego zatem, u licha, nie można pozostawić jednej, tradycyjnej stacji radiowej? Tylko proszę nie mówić, że to są błahostki. W konstytucji każdego cywilizowanego kraju jest miejsce na ochronę zabytków, kultury materialnej, dziedzictwa przeszłości - czy jak tam to nazwiemy. Nie widzę najmniejszego powodu, żeby na falach eteru ta zasada miała nie obowiązywać. Mówi się dziś tyle o zrównoważonym rozwoju - tymczasem to właśnie w tej doktrynie dziedzictwo kulturowe też ma swoje poczesne miejsce i niezbywalne prawa.

Ktoś oczywiście powie: są ważniejsze pozycje w budżecie. Ponoć roczny koszt utrzymania nadajnika w Solcu Kujawskim to, lekką ręką, jakieś 5 milionów złotych - które bez wątpienia przyda się na inne przedsięwzięcia niż utrzymanie rozgłośni dla grupki zapaleńców. Taki argument można by wziąć pod uwagę - gdyby nie fakt, że wielokrotnie większe kwoty rodzime media publiczne przeznaczają na inicjatywy stokroć bardziej dyskusyjne. W tym samym czasie, kiedy roztaczane są światoburcze wizje "jedynie słusznej" radiofonii cyfrowej, w publicznej telewizji leci właśnie - kolejny już - reality show. Zaiste, trudno wskazać, jaki element misji mediów publicznych realizuje program którego żenująca treść doskonale uzupełnia się z identycznym poziomem jego użytkowników - a mimo to nikt nie kwestionuje emisji w porze największej oglądalności kolejnego "mózgotrzepa". Tym samym decydentom wybitnie przeszkadza natomiast 5 milionów złotych - przeznaczone na zachowanie dla przyszłych pokoleń wyjątkowej pamiątki przeszłości...

 

Udostępnij artykuł: