Robin Hood w banku spółdzielczym

Bez krawata / Gospodarka

Zima w górach
Fot. Pixabay.com

O włoskim bankowcu, który miał miękkie serce, zabierał bogatym i dawał biednym, z Rzymu pisze Marek Lehnert

#GilbertoBaschiera - Robin Hood z Dolomitów: Zawsze uważałem, że poza obroną interesów ciułaczy, naszym zadaniem jest nieść pomoc potrzebującym #Włochy

Włoski Robin Hood AD 2018 nazywa się Gilberto Baschiera. Ma 50 lat i mieszka na północnym wschodzie kraju, dokładnie w Regionie Friuli, w Dolomitach. Tam, w górskich ostępach, był do niedawna dyrektorem filii lokalnego banku spółdzielczego.

Pracę tę stracił „na pniu”, jak pisze prasa. Gdy wyszło na jaw, że zachowywał się dokładnie, jak bohater średniowiecznych angielskich podań ludowych, który odbierał bogatym, by dać biednym. Swój proceder były dyrektor zaczął uprawiać w 2009 roku, gdy bank sumienniej niż dotąd analizował zdolność kredytową swoich klientów.

Niesprawiedliwe badanie zdolności kredytowej klientów?

Osoby, których konto było szczupłe, odchodziły więc od okienka z pustymi rękami. Pan Baschiera zastanawiał się, jak mógłby pomoc tym ludziom – a znał wszystkich osobiście, byli sąsiadami na górskim bezludziu – był bowiem przekonany, że „klientom należy zawsze pomagać, nawet, gdy jest to dla banku ryzykowne”. W tym celu zaczął samowolnie pobierać niewielkie sumy z kont osób zamożniejszych. W ciągu siedmiu lat przywłaszczył sobie w ten sposób okrągły milion euro.

„Byłem święcie przekonany, że zdołam zwrócić te pieniądze”, zapewniał przed sądem. Bijąc się w piersi dodał, że jak się okazało był jednak w błędzie.

Sąd w Udine skazał go na dwa lata w zawieszeniu. Łagodny wyrok były dyrektor zawdzięcza współpracy z wymiarem sprawiedliwości, a przede wszystkim temu, że – jak wykazało dochodzenie – nie przywłaszczył sobie z tego miliona ani centa.

Liczby ważniejsze od człowieka?

Tego, co zrobił, nie żałuje, ale dziś już bardziej by się zastanawiał nad tym, czy rola współczesnego Robin Hooda jest dla niego. Tym bardziej, że jak dodał nikt z dawnych beneficjentów nie okazał mu krzty współczucia czy solidarności, nie ma też mowy o jakiejkolwiek wdzięczności.

Ze swej strony dzięki dochodzeniu i procesowi przekonał się, że wielu „potrzebujących” wyprowadziło go nawet w pole, prosząc o pieniądze na realizację planów, które służyły jedynie wywołaniu współczucia łatwowiernego dyrektora.

Nie wyrzeka się jednak przekonań, jakie mu przyświecały: „Zawsze uważałem, że poza obroną interesów ciułaczy, naszym zadaniem jest nieść pomoc potrzebującym”, powiedział jednej z gazet. Nie potrafił pogodzić się z faktem, że kryzys zmienił pewne kryteria i coraz trudniej było o kredyt. W rezultacie liczby zaczęły być ważniejsze od człowieka, oświadczył wychodząc z sądu.

Po czym ze smutkiem w głosie wyznał: „Cena, jaką przyszło mi zapłacić, okazała się jednak zbyt wysoka. Gdy zastanawiam się, czy postąpiłbym tak ponownie, dochodzę do wniosku, że jednak nie”. Trudno być Robin Hoodem w XXI wieku, na północy Włoch, i w Dolomitach.

 

Udostępnij artykuł: