Równi i równiejsi

Andrzej Lazarowicz

Czasy kiedy poeci kłaniali się rosyjskiej rewolucji czapką do ziemi szczęśliwie minęły. Między Bogiem zresztą a prawdą wcale nie jestem taki pewien, czy owa rewolucja czapkowania oczekiwała. Wszak, przynajmniej w założeniach, ludzie mieli po niej być równi.

Tak jak w dojrzałych demokracjach. Ale widać wciąż one jeszcze w przedszkolu, albo w zerówce zaledwie, bo ciągle są i ci równi, i ci równiejsi. I jakoś tak dziwnie tym równiejszym bardzo podoba się, gdy ci równi równo im czapkują – a niechby i czapką do ziemi.

Gdy dokładniej rozejrzymy się wkoło przyznamy rację Valeriu Butulescu (rumuńskiemu poecie, dramatopisarzowi, aforyście i politykowi), który stwierdził: Niektórzy sądzą, że Słońce zachodzi tylko po to, by nie przeszkadzać im podczas snu. A – to dodam od siebie – gdy już wstanie, to tylko po to, by inni mogli ich podziwiać i aż do zachodu mądrości ich wysłuchiwać. Bo oni jakoś dziwnie tak zawsze i we wszystkim rację mają. – Daj drugiemu dojść do głosu – przecież wiesz, co chcesz powiedzieć, a nie wiesz co powie ten drugi, więc to powinno być dla ciebie ciekawsze – rzekła onegdaj Magdalena Samozwaniec (polska pisarka satyryczna).

Ale jak mogli jej posłuchać, skoro nawet nie pamiętają, że kiedyś kogoś tam słuchać musieli. Zresztą gdyby posłuchali, to mogłoby się okazać, że to co mówią równi wcale takie głupie nie jest. I nie daj Boże mówią mądrzej i sensowniej niż ci równiejsi. A ich pomysły na życie i pracę są o wiele ciekawsze. To dopiero by się działo, gdyby okazało się, że mają prawo od tych równiejszych czegoś wymagać. A przecież równiejsi do tego nie przywykli. To oni zwykle wymagają. Cóż, powiedział swego czasu Nikos Kazantzakis (grecki pisarz, poeta, dramaturg i myśliciel): Szlachetny człowiek wymaga od siebie, prostak od innych.

Udostępnij artykuł: