Rynek finansowy: Czy w Polsce banki powinny płacić podatek bankowy?

BANK 2015/11

Polemika do artykułu prof. Eugeniusza Gatnara, członka zarządu NBP

Polemika do artykułu prof. Eugeniusza Gatnara, członka zarządu NBP

Dr Marek Radzikowski
adiunkt SGH, doradca zarządu ZBP, frankowicz

Prof. Eugeniusz Gatnar, członek zarządu NBP, w swoim artykule z 19 października w "Gazecie Bankowej" wskazał, że podatek bankowy "waha się od 0,06 proc. w Niemczech przez 0,25 proc. we Francji, aż do 0,53 proc. na Węgrzech". Oczywiście jako znakomity statystyk E. Gatnar doskonale wie, że zero to też liczba i nieco bardziej precyzyjnie można by stwierdzić, iż podatek ten waha się od 0,00 do 0,53 proc. Tak, w wielu krajach (w Unii Europejskiej w czternastu) go po prostu nie ma. Generalnie sądzę jednak, że powinniśmy być ostrożni w sugestiach, że jeśli jakieś obciążenie występuje w innych krajach, to warto je wprowadzić także u nas. Kiedy pracowałem w administracji publicznej, bardzo często urzędnicy przychodzili z gotowymi propozycjami nowych obciążeń i zadowoleni z siebie argumentowali, że takowe istnieją przecież w innych krajach euro14pejskich (tu najczęściej padało słowo: "Francja"). Zwykle wystarczyło jedno niewinne z pozoru pytanie, aby zniweczyć taki misternie przygotowany zamach na kieszeń podatnika. Brzmiało ono: "Dlaczego Polska powinna robić tak jak ugniatająca się pod ciężarem podatków oraz regulacji Francja i dlaczego właściwie nie mielibyśmy zrobić dokładnie odwrotnie?".

To jakże proste pytanie otwierało niektórym oczy na istotę całego problemu. Niektórym.

Prawdą jest, że podatek bankowy został wprowadzony w pewnych krajach, i to nie tylko zachodniej Europy, ale była to zwykle reakcja władz na ogromne koszty, jakie podatnicy musieli ponieść na ratowanie banków. W Polsce nic takiego nie miało miejsca. Na szczęście podatnik nie musiał płacić na banki ani grosza, choć te muszą ponieść miliardowe koszty ratowania SKOK-ów. Tymczasem E. Gatnar wyraźnie postuluje opodatkowanie banków i nieopodatkowywanie SKOK-ów. Ot, sprawiedliwość.

Według E. Gatnara "sektor bankowy w Polsce jest niezwykle dochodowy". Na potwierdzenie tej tezy wskazuje on, że "w roku 2014 banki działające w Polsce osiągnęły najwyższy w historii zysk w wysokości przeszło 16 mld zł." Operowanie liczbami w ujęciu nominalnym i bezwzględnym może i robi wrażenie, ale zupełnie nie nadaje się do merytorycznej dyskusji, w której powinno się brać pod uwagę liczby w ujęciu względnym, jak np. wskaźniki rentowności. Co prawda E. Gatnar przytacza także dane o przeciętnej rentowności (ROE) banków w Polsce, która "w I kwartale 2015 r. wyniosła ok. 12 proc. a w rekordowym roku 2007 aż 22 proc.", ale rok 2007 to, posługując się młodzieżowym językiem, już "zamierzchła przeszłość". Jeśli zaś chodzi o dane za I kwartał 2015 r., to chyba wszystkim analitykom wiadomo, że w tym czasie miały miejsce zjawiska nadzwyczajne (jak zaksięgowanie sprzedaży kilku spółek ubezpieczeniowych i leasingowych oraz sprzedaż obligacji), które dały bankom jednorazowe zyski i podbiły im ROE. Nowsze, dostępne już od dawna, dane potwierdzają, że rentowność banków od dłuższego czasu spada - w sierpniu ich ROE wyniosło 10,3 proc. Cytując klasyka, można zapytać, czy to dużo, czy mało?

Otóż na tle innych krajów unijnych wcale nie wypadamy tak dobrze - według najnowszych (za 2014 r.) danych Europejskiego Banku Centralnego rentowność banków w Polsce wyniosła 9,4 proc., ale wyższe ROE zanotowały banki w Czechach (11,4 proc.), na Łotwie (10,3 proc.), w Estonii (9,7 proc.), a nawet w Szwecji (11,8 proc.), a porównywalne na Słowacji (9,2 proc.) i w Finlandii (9,1 proc.). Prawdą jest, że nasz wynik jest lepszy niż dla całej Unii Europejskiej (5,8 proc.), ale to dlatego, że średnią dla Unii ciągną w dół takie kraje jak Węgry (-21,9), Portugalia (-17,2 proc.), Rumunia (-15,2 proc.) i Grecja (-10,6 proc.). Czy naprawdę chcemy się na nich wzorować? Lepsze wyniki polskiej bankowości w porównaniu do niektórych krajów unijnych wynikają w dużej mierze z tego, że w czasie kryzysu zanotowaliśmy wyższy wzrost gospodarczy i dlatego, że wciąż jesteśmy krajem rozwijającym się, w którym stopy zwrotu z inwestycji po prostu są wyższe niż w krajach rozwiniętych, bo i ryzyko jest wyższe.

Na marginesie: uważam jednak, że argument, iż można coś dodatkowo opodatkować tylko dlatego, że "jest niezwykle dochodowe", a bez głębszej refleksji na temat skutków takiego opodatkowania, jest po prostu mało odpowiedzialny. Poważna dyskusja powinna oczywiście brać pod uwagę skutki ekonomiczne takiego podatku. Wprawdzie E. Gatnar twierdzi, że w przypadku Polski ważnym argumentem na rzecz podatku bankowego jest to, by "banki w większym stopniu uczestniczyły w programach wspomagających rozwój gospodarki", jednak w ogóle nie wyjaśnia, dlaczego wydawanie pieniędzy z tego podatku przez instytucje państwowe miałoby być bardziej prowzrostowe niż udzielanie kredytów przez banki. Banki przecież specjalizują się w ocenie projektów inwestycyjnych i z natury rzeczy udzielają kredytów na takie przedsięwzięcia, które rokują najlepiej (czytaj najbardziej przyczyniają się do rozwoju gospodarczego). Jest przy tym przytłaczająca literatura naukowa wykazująca, że działalność bankowa wpływa korzystnie na rozwój gospodarczy, choć nie jest to zależność liniowa, to znaczy zbyt przerośnięty sektor bankowy może doprowadzić do załamania gospodarczego. Nasz przerośnięty nie jest.

bank.2015.11.wykres.015.400xDrugim powodem, dla którego należy według E. Gatnara opodatkować banki są rzekomo "najwyższe w Europie prowizje i opłaty". Na dowód tej tezy E. Gatnar przytacza jednak dane, które niczego takiego nie dowodzą, bo wcale nie dotyczą międzynarodowego porównania wysokości prowizji i opłat, a struktury dochodów banków. Faktem jest, że wysokości opłat bankowych od początku roku wzrosły, ale finansiści są zgodni, że przyczyną było tu zwiększenie obciążeń banków m.in. poprzez ustawową obniżkę opłaty interchange i koszty ratowania SKOK-ów. Niestety, tak jak wszystkie przedsiębiorstwa, banki mogą wziąć na swoje barki tylko część kosztów, część zaś przerzucają na klientów (choć nie brak wśród ekonomistów opinii, że w dłuższym okresie wszystkie koszty w końcu w taki czy inny sposób ponoszą konsumenci). Na przykład na Węgrzech w ciągu dwóch lat po wprowadzeniu podatku bankowego ceny bankowych opłat i prowizji wzrosły o ponad połowę. W tym świetle krytykowanie rzekomo wysokich cen usług bankowych w Polsce i nawoływanie do dodatkowego opodatkowania banków jest jak lamentowanie na pożar, kiedy jednocześnie gasi się go benzyną. Ostatnim argumentem E. Gatnara za tym, aby banki płaciły dodatkowy podatek jest to, że oferowały swoim klientom "toksyczne produkty", na przykład takie jak kredyty walutowe. Właściwie jest to dość poważny zarzut wobec Prawa i Sprawiedliwości, bowiem w 2006 r., gdy partia ta była u władzy, wydała specjalny komunikat o tym, że "z niepokojem przyjmuje zalecenia Komisji Nadzoru Bankowego tzw. Rekomendację S, wprowadzające ograniczenia w dostępności do kredytów walutowych" oraz, że "nie podziela argumentacji Komisji Nadzoru Bankowego dotyczącej rzekomego zagrożenia dla systemu bankowego".

Na koniec pewna refleksja. Nie tak dawno obchodziliśmy 25-lecie transformacji. Była to dobra okazja do różnych ocen i podsumowań. Przebijało z nich to, że my Polacy mamy naprawdę wiele sukcesów, z których możemy być dziś dumni i którymi możemy się chwalić na całym świecie. Jednym z takich niezaprzeczalnych sukcesów jest zdrowy pieniądz oraz stabilny, nowoczesny i konkurencyjny system bankowy. Starajmy się tego nie zepsuć...


 

Artykuł wyraża osobiste poglądy autora, a nie instytucji, z którymi jest związany.

 

Udostępnij artykuł: