Rynek finansowy: Nie należy tracić wiary w Unię

BANK 2014/05

Z Martinem Schulzem, przewodniczącym Parlamentu Europejskiego i kandydatem socjalistów na przewodniczącego Komisji Europejskiej, rozmawia Andrzej Geber.

Z Martinem Schulzem, przewodniczącym Parlamentu Europejskiego i kandydatem socjalistów na przewodniczącego Komisji Europejskiej, rozmawia Andrzej Geber.

Unia Europejska zmaga się nie tylko z kryzysem gospodarczym, ale także z kryzysem zaufania. Politycznemu wzmacnianiu Unii towarzyszy rosnący eurosceptycyzm. Czy uważa pan, że obecne wybory do Parlamentu Europejskiego to gra o wysoką stawkę? A może przecenia się ich znaczenie?

– Europa nadal pozostaje w kryzysie – zarówno gospodarczym, jak i politycznym. Miliony Europejczyków zostały pozbawione pracy i zepchnięte w sferę ubóstwa. Doszło nawet do bankructwa niektórych rządów. W tym samym czasie, gdy bezrobocie wśród młodzieży osiągnęło bezprecedensowy dotychczas poziom, dziesiątki miliardów euro z pieniędzy podatników zostały wydane na ratowanie banków. Dopóki przepaść między bogatymi a biednymi będzie rosnąć – zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i narodowym – kryzys będzie zatruwał wzajemne relacje między państwami, grupami społecznymi i pojedynczymi obywatelami. Zrodzi ksenofobię i nietolerancję, podważy wiarę w demokratyczną politykę oraz zaangażowanie w integrację europejską. Będzie pożywką dla demagogów i populistów.

Dlatego wybory europejskie będą miały, moim zdaniem, bardzo duże znaczenie. Zdecydują bowiem o tym, czy uda się obronić wspólny unikalny europejski projekt, zachować nasz model społeczny i opartą na solidarności współpracę międzynarodową. Zdecydują też czy zdołamy ochronić takie wartości, jak wolność, sprawiedliwość i uczciwość. A także czy zdołamy Europę z powrotem postawić na nogi, aby była taka, jaką sobie obiecywaliśmy. Tegoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego są inne od wszystkich dotychczasowych głosowań w całej historii Unii. Nigdy wcześniej stawka nie była tak wysoka. Nigdy przyszłość wspólnego europejskiego projektu nie była tak niepewna i krucha. Ale także nigdy wyborcy europejscy nie mieli tak dużego na to wpływu. Jesteśmy rzeczywiście na rozdrożu. Pozwoli pan, że wyjaśnię, dlaczego. Otóż po raz pierwszy europejscy wyborcy sami zdecydują o tym, kto zasiądzie w najwyższych władzach. Głosując na konserwatystów, socjalistów lub liberałów, będą mogli wybrać swojego kandydata, który stanie na czele Komisji Europejskiej. W sposób bezpośredni wypowiedzą się, jakiej oczekują polityki i wskażą osobę, która przez kolejne pięć lat będzie kierowała jej pracą. Zamiast politycznych targów za zamkniętymi drzwiami, będziemy mieli procedurę przejrzystą i zrozumiałą dla obywateli. Te wybory są dla europejskiej demokracji milowym krokiem.

Czy nie obawia się pan, że mogą zwyciężyć tendencje nacjonalistyczne i populistyczne? Jak przekonać miliony osób, które nie są beneficjentami obecnego systemu? Obywatele czują, że nie mają żadnego wpływu na podejmowane w Brukseli decyzje. Bezrobocie stało się prawdziwą plagą.

– Oczywiście, jestem głęboko zaniepokojony wzrostem nacjonalizmu i populizmu. To bardzo niefortunne, że populiści i partie antyunijne, antyeuropejskie próbują zbić kapitał polityczny na nieszczęściu ludzi, proponując im rozbudzające nadzieje, proste, choć nierealistyczne, rozwiązania. Powielają utrwalone stereotypy i ksenofobię, odwołując się do najciemniejszych stron ludzkiego umysłu. Ale polityczny establishment także nie jest bez winy. Podczas kryzysu finansowego wydaliśmy setki miliardów euro na wsparcie banków. W tym samym czasie w wielu europejskich krajach bezrobocie wśród młodzieży przekraczało 50 proc. Ile wydaliśmy, aby zmienić tę dramatyczną sytuację? Zaledwie ułamek kwot przeznaczonych na ratowanie instytucji finansowych. Europa potrzebuje zmian. Musimy uczynić wszystko, aby ludzie zaczęli ponownie w nią wierzyć. Pomimo wielu zagrożeń, nie sądzę, by eurosceptycy otrzymali wystarczające wsparcie obywateli, które pozwoliłoby im zniweczyć europejski projekt. Niemniej jednak ich rosnąca popularność powinna być ostrzeżeniem, sygnałem alarmowym.

Sądzi pan, że kampania, w której bierze udział stosunkowo mała grupa europejskich polityków będzie miała znaczący wpływ na wyniki głosowań?

– Mała grupa? Nie zgadzam się. Dziesiątki tysięcy ludzi na całym kontynencie uczestniczą w wyborach i ubiegają się o 751 miejsc w Parlamencie Europejskim. Wszyscy kandydaci intensywnie pracują w swoich okręgach w europejskich miastach, miasteczkach i wsiach. Nie jest to zatem żaden elitarny projekt. Moim zdaniem jest rzeczą zupełnie normalną, że w każdej demokracji partie polityczne kreują swoich liderów i proponują kandydatów na najwyższe stanowiska. To właśnie oni są wizerunkiem największych ugrupowań. Jest to bardzo ważna kwestia, bowiem od tego, kto zostanie wybrany, zależeć będzie przyszły europarlament. Czy będzie miał konserwatywne, socjalistyczne, liberalne czy populistyczne oblicze.

Przez dwa i pół roku stał pan na czele Parlamentu Europejskiego. W tym czasie podjętych zostało wiele istotnych decyzji. Co pana zdaniem należy uznać za sukces, a co było porażką?

Artykuł jest płatny. Aby uzyskać dostęp można:

  • zalogować się na swoje konto, jeśli wcześniej dokonano zakupu (w tym prenumeraty),
  • wykupić dostęp do pojedynczego artykułu: SMS, cena 5 zł netto (6,15 zł brutto) - kup artykuł
  • wykupić dostęp do całego wydania pisma, w którym jest ten artykuł: SMS, cena 19 zł netto (23,37 zł brutto) - kup całe wydanie,
  • zaprenumerować pismo, aby uzyskać dostęp do wydań bieżących i wszystkich archiwalnych: wejdź na aleBank.pl/sklep.

Uwaga:

  • zalogowanym użytkownikom, podczas wpisywania kodu, zakup zostanie przypisany i zapamiętany do wykorzystania w przyszłości,
  • wpisanie kodu bez zalogowania spowoduje przyznanie uprawnień dostępu do artykułu/wydania na 24 godziny (lub krócej w przypadku wyczyszczenia plików Cookies).

Komunikat dla uczestników Programu Wiedza online:

  • bezpłatny dostęp do artykułu wymaga zalogowania się na konto typu BANKOWIEC, STUDENT lub NAUCZYCIEL AKADEMICKI

Udostępnij artykuł: