Rynek finansowy: Polityk? Owszem, ale jedynie z doświadczeniem, choćby w warzywniaku!

BANK 2016/02

Z Andrzejem Sadowskim, prezydentem Centrum im. Adama Smitha, rozmawiali Stanisław Brzeg-Wieluński i Karol Jerzy Mórawski.

Z Andrzejem Sadowskim, prezydentem Centrum im. Adama Smitha, rozmawiali Stanisław Brzeg-Wieluński i Karol Jerzy Mórawski.

Jak przekonać naszych rodaków, żeby byli narodem bardziej gospodarnym i oszczędnym niż do tej pory?

- Polacy są najbardziej przedsiębiorczym społeczeństwem na kontynencie europejskim. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości i potwierdzają to różnego rodzaju badania. Polak w Europie stał się synonimem odpowiedzialnej, ciężkiej pracy, bardzo wysokich kompetencji oraz niezwykłej przedsiębiorczości. Nam się po prostu chce pracować. Przedsiębiorczość naszych obywateli przybrała taką skalę, że stała się realnym zagrożeniem dla konkurencji z krajów starej Unii. Nie może nam ona sprostać i dlatego chce ochrony politycznej ze strony swoich rządów. Rząd Niemiec, wyznaczając tzw. wynagrodzenie minimalne za godzinę pracy nawet dla przejeżdżających przez terytorium tego państwa polskich ciężarówek, chce zablokować administracyjnie nasz biznes transportowy, który zajął pierwsze miejsce w Europie. Również rząd Francji w ten sposób chce powstrzymać polską konkurencję. Nie ulega wątpliwości, że owe działania mają jeden cel: za wszelką cenę zablokować konkurencję ze strony polskich spedytorów, z którymi przy użyciu standardowych strategii biznesowych firmy ze starej Unii nie są w stanie skutecznie rywalizować. Polaków nie trzeba uczyć gospodarności, bo mają ją w DNA, ale należy jej nauczyć polityków, których zdecydowana większość nigdy nie pracowała na swoim.

A co z oszczędzaniem?

- Polaków zachęcić do większej oszczędności można skutecznie w jeden sposób. Trzeba przestać okłamywać co do jakości przyszłej emerytury. Rządzący, z którejkolwiek opcji politycznej by się nie wywodzili, próbują wmawiać Polakom, że pieniądze zabierane nam w postaci haraczu, jakim jest ZUS, są gromadzone na naszą przyszłą emeryturę. A przecież te pieniądze są natychmiast wypłacane na bieżące zobowiązania emerytalne. Emerytury dla obecnie pracujących będą ewentualnie wypłacane z tego, co odda pokolenie, którego jeszcze nie ma na świecie. Zaprzestanie fałszywej edukacji i promowania nieprawdy o systemie tzw. ubezpieczeń społecznych sprawi, że obywatele będą w większym stopniu dbać o swą przyszłość, zaczną gromadzić oszczędności na starość również we własnym zakresie, bo przestaną wierzyć w fikcję emerytury rzekomo pochodzącej z tego, co im się dziś zabiera.

Problemem jest również wszechogarniający konsumpcjonizm. Jak przekonać Polaków, by zamiast kolejnego modnego gadżetu na kredyt wybrali życie skromniejsze, bez nadmiernego zadłużenia?

- Tu znowu warto rozprawić się z pewnym mitem. Polacy są najmniej zadłużonym narodem, jeśli chodzi o Unię Europejską. Powszechne jest w społeczeństwach krajów starej Unii rolowanie zadłużenia jednej karty zobowiązaniami z kolejnej. W niektórych krajach ciągle jeszcze można żyć z bogactwa kumulowanego przez pokolenia. Jednak dziś ludzie nierzadko nie mają nawet siły, żeby odtwarzać to bogactwo i jest ono po prostu przejadane oraz roztrwaniane. We Francji dekady temu skrócono czas pracy. Dziś doskonale widać, jak po tym kraj ten zaczął oddalać się gospodarczo od Niemiec - a przecież jeszcze nie tak dawno Francja i Niemcy były na zbliżonym poziomie rozwoju. Polacy są tradycyjnie gospodarni, zaradni i zapobiegliwi. Przeszliśmy dość bolesną lekcję pod koniec lat 90. ubiegłego wieku, kiedy faktycznie zachłysnęliśmy się większą dostępnością kredytów konsumpcyjnych. Nastąpiła dekoniunktura, ludzie tracili pracę, a zobowiązania trzeba było spłacać. Przywołam określenie użyte przez Mieczysława Wilczka, że Polacy "skaleczyli się kredytami", stali się bardziej odpowiedzialni, roztropni po tamtej pierwszej lekcji. Otrzeźwiająco i wychowawczo na biorących kredyt działają informacje o spektakularnych bankructwach celebrytów, nierzadko żyjących na pokaz i ponad stan. W Polsce nie widać takiej skali zadłużenia, z jaką mamy do czynienia w innych krajach europejskich. Poza tym - co widać choćby na podstawie udostępnianych danych o rynku kredytowym - polscy przedsiębiorcy w dużej mierze nie korzystają z finansowania bankowego. Opieramy się na własnych możliwościach i nie prowadzimy życia ponad miarę.

Niski poziom kredytowania sektora MŚP to - niestety - również efekt niskiej aktywności banków w tym segmencie rynku. Co sprawia, że banki nie szukają zarobku tam, gdzie wydaje się on oczywisty?

- W Polsce, podobnie zresztą jak w wielu innych krajach - ale akurat nad Wisłą jest to szczególnie widoczne i ma istotne konsekwencje dla dostępności finansowania MŚP - banki mają do wyboru: albo kupić rządowe papiery jedną decyzją, bez ponoszenia większego ryzyka, albo wdawać się w analizę setek tysięcy biznesplanów małych firm. Cały ten system udzielania kredytów był i ciągle jeszcze jest przeregulowany. Z punktu widzenia tych plwszystkich wytycznych i rekomendacji najlepszym kredytobiorcą dla banku jest zazwyczaj firma... posiadająca własne wolne środki finansowe jako zabezpieczenie kredytu. W takiej sytuacji bardziej racjonalnym działaniem ze strony zarządów banków okazuje się - paradoksalnie - skupowanie papierów dłużnych rządu. Również sami mikroprzedsiębiorcy po pewnym czasie przekonali się, że bank jest ostatnim adresem, pod który należy udawać się po jakąkolwiek pożyczkę. To przekonanie w jeszcze większym stopniu odnosi się do funduszy unijnych, gdyż są to pieniądze niezwykle niebezpieczne, generujące ryzyka, których nie ma przy zwykłym kredycie bankowym. Po kilku latach może się okazać, że należy zwrócić finansowanie całej inwestycji z powodu braku jednej parafki lub pieczątki na dokumencie. Absurdalność wymagań w odniesieniu do rozliczenia tzw. środków unijnych w Polsce - nawet w stosunku do tego, czego chce sama Unia Europejska - sprawia, że te pieniądze są traktowane jako rzecz będąca coraz częściej źródłem zagrożenia dla przedsiębiorstwa, a nie szansą jego rozwoju. Takie sytuacje są konsekwencją dodatkowych regulacji na szczeblu krajowym. Nikt nam ich nie narzucał, jest to twórczość polskiego rządu i jego urzędników.

Mówiąc o sektorze bankowym, nie sposób nie nawiązać do podatku bankowego. Czy model opodatkowania branżowego - oczywiście nie jako dodatkowe obciążenie, ale jedyny instrument podatkowy - mógłby być lepszym wyjściem niż podatki PIT lub CIT?

- Od początku istnienia naszego instytutu powtarzamy za klasykiem ekonomii Jeanem-Baptiste Sayem, że nie ma dobrych podatków są tylko mniej złe. Do tych najgorszych, a konkretnie bezsensownych i szkodliwych, należy podatek CIT. Według propozycji zmiany systemu podatkowego centrum, przygotowanej i przedstawianej w 2003 r. przez Krzysztofa Dzierżawskiego, w miejsce CIT pojawił się m.in. podatek od aktywów na poziomie rzędu 0,2 proc. Cały czas, jako Centrum im. Adama Smitha, powtarzamy, że system podatkowy w Polsce trzeba zmienić, a nie do starych, złych podatków, dokładać kolejne nowe. Poza tym pamiętać trzeba o jednym: każda firma - czy jest to bank, sklep z warzywami, obuwiem, czy jakiekolwiek inne przedsiębiorstwo - jest tylko agentem transferowym podatku od obywatela do rządu. Podatek jest kosztem wliczanym w każdy produkt i usługę oferowaną na terenie danego kraju. Dlatego podatki są przenoszone na konsumenta - tam, gdzie jest większa konkurencja w różnych obszarach, tam marże firm są niższe, w konsekwencji konsument ma lepszą sytuację. Ale tam, gdzie konkurencja jest ograniczona, a rynki są praktycznie zmonopolizowane, to, co nakłada rząd, jest niemal w 100 proc. pobierane od konsumenta.

Problemem polskich przedsiębiorców są nie tylko podatki. Właściwie w każdym aspekcie funkcjonowania firmy zderzają się z nieprzyjaznymi i niejednoznacznymi przepisami. Skąd taki zalew prawa nieprzyjaznego biznesowi?

- Od lat w Polsce mamy do czynienia z sytuacją, w której każda sfera życia jest poddana drobiazgowej regulacji rodzącej uznaniowość urzędów i korupcję. Kilka lat temu jeden z sądów odwrócił zasadę będącą fundamentem ustawy o działalności gospodarczej, tzw. ustawy Wilczka, że to, co nie jest zabronione, jest dozwolone. W sentencji sądu okazało się odwrotnie: co nie jest wyraźnie dozwolone, jest zakazane. Systemy, które są oparte na zasadach - tak jak kiedyś prawo rzymskie, a później kodeks napoleoński, do tej pory w śladowych fragmentach stosowany w Polsce - pozwalają w sposób otwarty kształtować stosunki gospodarcze i cywilne, a w przypadku sporu sądy rozstrzygają czy naruszono prawa którejś ze stron. Niestety, w Polsce sądy już od ponad dwóch dekad prowadzą strajk włoski, zmuszając polskie firmy i obywateli do ponoszenia kosztów niesprawności całego systemu. Politycy zamiast zmienić niedziałający wymiar sprawiedliwości, zaczęli - pod pozorem ochrony interesów najsłabszych uczestników obrotu gospodarczego - szczegółowo ingerować i regulować nasze relacje. Doprowadziło to do pogorszenia sytuacji na rynku najmniejszych i tym samym najsłabszych, zwłaszcza wobec administracji. Gdyby jakaś część rządzących choć przez chwilę prowadziła zwykły warzywniak, to z pewnością nie proponowałaby i nie przyjmowałaby z taką nieznośną lekkością bytu tych wszystkich przepisów, które sprawiają, że polski, zwłaszcza mały, przedsiębiorca prawie dwa miesiące w roku zamiast spędzać z rodziną i na pracy, musi wysługiwać się różnym urzędom.

 

Udostpnij artyku: