Rynek finansowy: Pomimo rosnących dochodów Polska pozostaje krajem o niskim poziomie cen

BANK 2018/04

Czy dochód i ceny w Polsce rosną szybciej niż w Europie? Teoria ekonomii wskazuje, że powinny. Z danych wynika jednak, że doganiamy średnią unijną pod względem dochodów, ale nie cen. Jaka jest przyczyna tego zjawiska i jakie wnioski z niego wypływają?

image

Adam Glapiński
prof. dr hab. nauk ekonomicznych, prezes Narodowego Banku Polskiego

Teoria ekonomii podpowiada, że zarówno dochód, jak i ceny w Polsce powinny rosnąć szybciej niż w bogatszych krajach Unii Europejskiej.

Idea integracji europejskiej w wymiarze społeczno-ekonomicznym zakłada wyrównywanie się warunków życia i pracy mieszkańców Europy. Taki cel został sformułowany w Traktacie o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Postulat ten oznacza w istocie zarówno konwergencję realną, jak i nominalną. Pierwsze zjawisko rozumiane jest jako zbliżenie się poziomu dochodu mieszkańców poprzez szybsze tempo wzrostu PKB w państwach słabiej rozwiniętych. Drugie z kolei dotyczy zbliżania się poziomów cen w poszczególnych krajach.

Konwergencja realna i nominalna są ze sobą silnie powiązane. Teoretycznie rzecz ujmując, osiągnięcie przez kraj słabiej rozwinięty wyższej produktywności oraz dochodu pociąga za sobą wzrost cen. Jest to związane w dużej mierze z tzw. efektem Balassy-Samuelsona, który polega na tym, że wzrost produktywności w sektorze dóbr podlegających wymianie międzynarodowej pozwala na wzrost płac w tym sektorze i jednocześnie dzięki mobilności siły roboczej pociąga za sobą wzrost płac w całej gospodarce. W wyniku tego wzrastają ceny dóbr i usług w sektorach, w których produktywność rośnie wolniej niż płace, stopniowo doganiając poziom cen w krajach o wyższym dochodzie. Dotyczy to przede wszystkim usług i produkcji dóbr, które nie podlegają wymianie międzynarodowej.

Dodatkowo, sam fakt integracji gospodarczej, który w znacznej mierze polega na znoszeniu barier handlowych, powoduje wyrównywanie się poziomów cen. Czy tak się rzeczywiście dzieje w przypadku Polski? Otóż – nie całkiem. Przynajmniej jak na razie.

Dane wskazują na szybką konwergencję realną…

Konwergencję – zarówno realną jak i nominalną – możemy ocenić na podstawie zróżnicowania poziomów dochodu i cen w ramach grupy krajów. Unia Europejska jako całość podlegała silnej konwergencji realnej pod koniec lat 90. XX wieku, w obecnym stuleciu jej tempo spowolniło, a od czasu kryzysu gospodarczego z lat 2008–2009 niemal zupełnie ustało. Kraje, które dołączały do wspólnoty w ostatnich dwóch dekadach już w okresie przedakcesyjnym szybko skracały dystans dzielący je od Unii. Z czasem jednak ten efekt się osłabił i dalsze etapy integracji nie powodowały już takiego przyspieszenia.

Bardzo podobna tendencja widoczna jest w przypadku konwergencji poziomu cen w poszczególnych krajach Unii – ceny w latach 90. były silnie zróżnicowane, a kraje szybko zbliżały się do siebie pod względem poziomów cen. Taka tendencja była bardzo wyraźna w trakcie powstawania strefy euro i w mniejszym stopniu utrzymywała się aż do wybuchu globalnego kryzysu finansowego. W trakcie kryzysu i po jego zakończeniu poziomy cen przestały się wyrównywać.

Polska jest tutaj szczególnym przypadkiem. W porównaniu do pozostałych krajów Unii Europejskiej w dalszym ciągu charakteryzuje się wyższym tempem wzrostu gospodarczego i taki stan utrzymuje się nieprzerwanie od 2003 r. W szczególności, w okresie globalnego kryzysu finansowego ta różnica na korzyść Polski była wyjątkowo wyraźna. Co więcej, w okresie pokryzysowym nadal obserwujemy kontynuację tego korzystnego trendu.

Jak wiemy, w długim okresie poprawa poziomu życia mieszkańców (poprzez wzrost dochodów) możliwa jest przede wszystkim dzięki wyższej produktywności pracy. W obliczu współczesnych wyzwań demograficznych to ona stanowi główne źródło wzrostu produkcji i dochodów obywateli. Nie jest zatem niczym dziwnym, że podobnie jak w przypadku dochodu narodowego, również produktywność w Polsce rośnie dużo szybciej niż w bardziej zamożnych krajach Unii Europejskiej. Różnica na korzyść Polski jest nawet większa niż w przypadku wzrostu PKB. Ale co w takim razie z drugą stroną medalu, którą stanowi konwergencja nominalna?

… ale ceny w Polsce nie zbliżają się do średniego poziomu w Europie

Ponieważ wzrost poziomu dochodu na mieszkańca powinien pociągać za sobą w długim okresie wzrost cen, to w krajach o niższym dochodzie, które konwergują realnie, można się spodziewać wyższej inflacji. Jest to jeden z powodów, dla którego cel inflacyjny w Polsce (i nie tylko w Polsce) jest utrzymywany na wyższym poziomie niż w krajach unijnych o wyższym poziomie dochodu.

Unia Europejska jako całość podlegała silnej konwergencji realnej pod koniec lat 90. XX wieku, w obecnym stuleciu jej tempo spowolniło, a od czasu kryzysu gospodarczego z lat 2008–2009 niemal zupełnie ustało. Kraje, które dołączały do wspólnoty w ostatnich dwóch dekadach już w okresie przedakcesyjnym szybko skracały dystans dzielący je od Unii.

Analizując dane dla Polski, nie widzimy jednak na razie takiej tendencji. Jeśli porównamy ze sobą ceny w Polsce i średnie ceny w Unii na przestrzeni ostatnich lat, widzimy, że ceny w Polsce utrzymują się na stabilnym, niskim poziomie względem średniej unijnej. Aby wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje, warto najpierw przyjrzeć się dwóm kanałom, poprzez które może następować wyrównanie się cen. Pierwszy z nich to kurs walutowy – jeśli np. ceny w kraju i poza nim nie zmieniają się, ale waluta kraju ulega osłabieniu, to względny poziom cen obniża się. Drugim kanałem jest krajowa inflacja – np. przy stałym kursie szybszy wzrost cen w kraju niż poza jego granicami powoduje relatywny wzrost poziomu cen.

O ile kurs polskiego złotego w stosunku do euro podlegał znacznym wahaniom do 2011 r., to w ostatnich latach utrzymuje się on na dość stabilnym poziomie. Dopiero w ostatnim roku obserwowaliśmy pewne umacnianie się naszej waluty. Sprzyja temu zarówno stabilna sytuacja na międzynarodowych rynkach finansowych, jak i dobra ocena naszego kraju przez inwestorów. Z drugiej strony, pomimo szybko rosnącego PKB inflacja w Polsce od ponad pięciu lat kształtuje się nieco poniżej średniej inflacji w całej Unii.

Wypadkową tych dwóch czynników jest to, że ceny w naszym kraju utrzymują się w stałej proporcji do cen w Unii. Część ekonomistów wskazuje, że ograniczenie tempa konwergencji nominalnej w minionych latach wynikało w dużej mierze z oddziaływania czynników strukturalnych. Jednak ich wpływ na inflację stopniowo maleje. W szczególności, w Polsce stopień koncentracji rynku detalicznego jest znacznie słabszy niż średnio w krajach UE, zmniejszył się wyraźnie stopień monopolizacji (np. w sieciach komórkowych, w usługach pocztowych, transporcie kolejowym), wzrósł również udział Polski w globalnych łańcuchach wartości, czyli działo się to, co utożsamiamy z globalizacją. Szybko rosła także otwartość polskiej gospodarki mierzona relacją eksportu i importu do PKB. Natężenie tych procesów było jednak największe w latach 1990. i 2000., teraz procesy te przebiegają już słabiej, co pozwala przypuszczać, że w dłuższym okresie ceny zaczną się jednak stopniowo wyrównywać.

Polska, jako kraj o niższym poziomie dochodu na obywatela, ma potencjał do szybszego rozwoju i umiejętnie z niego korzysta, zmniejszając swój dystans w sferze realnej. Rosnący dochód na mieszkańca przy stabilnych cenach sprawia, że realny poziom życia w Polsce rośnie. Jak wielokrotnie podkreślałem, uważam, że w pespektywie oddziaływania polityki pieniężnej inflacja w Polsce pozostanie niska. W długim okresie może ona jednak rosnąć trochę szybciej niż w krajach strefy euro. Czynniki ograniczające inflację w minionych latach będą bowiem stopniowo słabnąć. Biorąc pod uwagę dotychczasowy brak konwergencji nominalnej przy postępującej konwergencji realnej, stanowi to jedną z przyczyn, dla których warto cały czas utrzymywać nieco wyższy cel inflacyjny niż w strefie euro. Rolą polityki gospodarczej jest bowiem to, aby scenariusz wzrostu relatywnych poziomów dochodu oraz cen był procesem zrównoważonym i nie powodował napięć w gospodarce.

Udostępnij artykuł: