Rynek Finansowy: Wykorzystanie mocy produkcyjnych – dlaczego temperatura polskiej gospodarki nie jest nadmiernie wysoka

BANK 2018/07

Jeśli popyt w gospodarce zbliża się do granicy jej maksymalnych zdolności wytwórczych, to powstaje sytuacja, która może sprzyjać zarówno nadmiernemu wzrostowi cen, jak i innym – często niekorzystnym – zjawiskom gospodarczym. Identyfikacja takiego zagrożenia jest więc bardzo istotna dla wielu instytucji odpowiedzialnych za różne obszary polityki gospodarczej, w tym szczególnie dla banków centralnych, których podstawowym mandatem jest dbałość o stabilność cen.

image

Adam Glapiński
prof. dr hab. nauk ekonomicznych, prezes Narodowego Banku Polskiego

Choć znaczenie powyższego problemu jest bardzo duże, to jego trafna diagnoza dość trudna. Nie obserwujemy bowiem bezpośrednio tych maksymalnych zdolności wytwórczych. Praktyczne rozwiązania w tej kwestii mogą tu być oparte na dwóch zasadniczych podejściach. Z jednej strony możemy próbować oszacować tzw. funkcję produkcji dla całej gospodarki. Jest to zależność jej wyników – czyli najczęściej wielkości PKB – od nakładów podstawowych czynników produkcji, tzn. pracy i kapitału. Kłopotów z takim rozwiązaniem jest jednak wiele. Po pierwsze, te same kombinacje pracy i kapitału mogą w różnych okolicznościach generować różne strumienie produkcji. By uwzględnić to zjawisko, trzeba oceniać trzeci, poza nakładami środków produkcji, czynnik – tzw. ich łączną produktywność. Ta kategoria nie jest jednak bezpośrednio obserwowalna, dlatego jej szacunki są trudne oraz nieuchronnie obarczone sporą dozą subiektywizmu. W dodatku w warunkach globalnej gospodarki, w ramach której możliwy jest dość łatwy i – co najważniejsze szybki – przepływ kapitału i pracowników, komplikuje się pomiar także tych podstawowych elementów funkcji produkcji. Co więcej, nadal nie mamy stuprocentowej pewności, jaki jest „maksymalny” zasób czynników produkcji, czyli pracy i kapitału.

Druga grupa metod pomiaru „odległości” gospodarki od jej maksymalnych mocy wytwórczych bazuje na pozornie prostszym, jak to za chwilę pokażemy, podejściu. Otóż, naturalnym sposobem postępowania wydaje się po prostu zapytanie samych przedsiębiorców o stopień wykorzystania mocy produkcyjnych. Rozwiązanie takie ma oczywiście wiele zalet. Przede wszystkim, to przedsiębiorca może najlepiej ocenić, na ile może jeszcze zwiększać produkcję. Po drugie, takie pytanie można zadawać przedsiębiorcom relatywnie często – nawet co miesiąc. Uzyska się wówczas informacje potrzebne do praktycznie ciągłego monitorowania tego tak ważnego, zwłaszcza dla banków centralnych, problemu właściwej „temperatury” gospodarki. Kolejną zaletą jest uniwersalność pytania o stopień wykorzystania mocy produkcyjnych – można je w identyczny sposób zadać w każdym czasie i w każdej gospodarce. Obserwując stopień wykorzystania mocy produkcyjnych, można więc oceniać tę wielkość zarówno w czasie, jak i porównywać ją z wynikami gospodarek innych krajów. Jest to dużo trudniejsze w przypadku ocen opartych na funkcji produkcji, gdyż wyniki uzyskiwane w ramach tego podejścia w znacznie większym stopniu zależą od przyjętej specyfikacji tej funkcji, metody jej oszacowania oraz pomiaru występujących w niej zmiennych. Z powyższych powodów pomiary stopnia wykorzystania mocy produkcyjnych, oparte na bezpośrednich badaniach opinii przedsiębiorców, są dokonywane przez wiele narodowych urzędów statystycznych, w tym GUS. Są także przedmiotem szczególnego zainteresowania Narodowego Banku Polskiego, w którym kategoria ta jest szczegółowo analizowana w ramach tzw. Szybkiego Monitoringu NBP (SM) – cokwartalnego badania opinii prawie 3000 przedsiębiorstw niefinansowych.

Wysoki stopień wykorzystania mocy produkcyjnych nie oznacza dojścia do „fizycznej ściany” możliwości produkcyjnych.

Dwa sposoby rozumienia

Jaka więc jest „temperatura” polskiej gospodarki, mierzona właśnie ocenami stopnia wykorzystania mocy produkcyjnych i jak te wyniki interpretować z punktu widzenia ryzyka jej przegrzania? Zarówno dane GUS, jak i pomiary NBP pokazują, że aktualnie stopień wykorzystania tych mocy jest bardzo – w perspektywie historycznej – wysoki. Wskaźnik wykorzystania mocy produkcyjnych GUS przyjął w II kw. 2018 r. wartość 83,4 – najwyższą od 1992 r. Z kolei według SM współczynnik ten osiągnął wartość 84,0, co jest również jednym z najwyższych odczytów w historii badania. Jednocześnie często formułowana jest teza, że aktywność inwestycyjna przedsiębiorstw jest niska, co może tworzyć niekorzystną – z punktu widzenia stabilności cen – mieszankę. Zastanówmy się zatem dokładniej, czy zagrożenie to faktycznie jest tak duże, jak to się niekiedy sugeruje? By dokładniej przeanalizować ten problem, posłużymy się wynikami tegorocznej ankiety rocznej NBP (AR), w której poświęcono więcej uwagi właśnie problemowi wykorzystania mocy produkcyjnych.

Zacznijmy od tego, że to standardowe pytanie o stopień wykorzystania mocy produkcyjnych w przedsiębiorstwie, zadawane w bardzo podobny sposób przez większość urzędów statystycznych i innych instytucji analizujących ten problem, brzmi zazwyczaj tak: „Jaki procent posiadanych pełnych mocy produkcyjnych Państwa przedsiębiorstwa jest obecnie wykorzystywany?”. Gdyby jednak dokładniej je przeanalizować, okaże się, że nie jest ono aż tak jednoznaczne, jak mogłoby się, biorąc pod uwagę jego prostotę, wydawać. Głównym źródłem braku tej jednoznaczności jest fakt, że jak pokazują analizy NBP, firmy różnie definiują samo pojęcie pełnych mocy produkcyjnych. Dominują dwa sposoby rozumienia tego terminu przez badane, w ramach ankiety, przedsiębiorstwa. Pierwsza grupa firm rozumie to jako pełne, technicznie, wykorzystanie posiadanych czynników produkcji. W tym przypadku przedsiębiorstwo w zasadzie nie ma możliwości zwiększenia produkcji bez podjęcia istotnych działań; często o charakterze poważniejszych inwestycji. Ich efekty na ogół są też odroczone, co oznacza, że dodatkowy popyt może nie zostać szybko „obsłużony” przez takie przedsiębiorstwo. Druga grupa przedsiębiorstw termin ten rozumie ekonomicznie – jako wielkość produkcji, przy której następuje minimalizacja jej kosztów przeciętnych. Firma informująca o tak rozumianym maksymalnym stopniu wykorzystania mocy produkcyjnych może, rzecz jasna, zwiększyć fizyczną wielkość produkcji w odpowiedzi na podwyższony popyt. W krótkim czasie może to oczywiście generować dodatkowe koszty (np. awarie zbyt obciążonych maszyn, błędy pracowników etc.) i być nawet nieopłacalne. W dłuższym horyzoncie, przedsiębiorstwo może jednak skorzystać na takiej strategii lub wręcz nie mieć innego wyjścia. Rezygnacja z części zleceń może bowiem skończyć się np. wypadnięciem z rynku, utratą kluczowych klientów etc.

Oczywiście „polityka” działania przedsiębiorstwa powyżej optimum ekonomicznego musi być bardzo ostrożna i przemyślana, gdyż w przeciwnym razie może doprowadzić do nadmiernego wzrostu kosztów, utraty płynności, a nawet bankructwa. Z punktu widzenia zrozumienia naszego głównego problemu faktem pozostaje jednak, że w warunkach nawet 100% tak rozumianego stopnia wykorzystania mocy produkcyjnych przedsiębiorstwo takie może, przynajmniej przez pewien czas, zwiększyć produkcję.

Wyniki rocznej ankiety NBP pokazują, że w usługach, transporcie i handlu „techniczne” rozumienie stopnia wykorzystania mocy produkcyjnych występuje mniej więcej w połowie firm. W budownictwie takich przedsiębiorstw jest ok. 70%, zaś najwyższy ich odsetek – w przetwórstwie przemysłowym (ok. 80%). Pozostałe firmy posługują się koncepcją optimum kosztów przeciętnych (niezależnie od działu ok 20% respondentów) lub definiują to maksimum jeszcze inaczej.

Bardzo niski jest udział przedsiębiorstw, które nie dysponując dostatecznymi zdolnościami produkcyjnymi, posiadają także zaległości w zakresie dostaw towarów i usług. Niezależnie od działu ok. ¾ przedsiębiorstw deklaruje, że wykorzystanie mocy produkcyjnych jest bliskie optimum. Jedynie 10% firm twierdzi, że ich produkcja może być zbyt wysoka.

Strategie adaptacyjne

Oceniając stopień wykorzystania mocy produkcyjnych, należy brać pod uwagę jeszcze jedną okoliczność. Otóż, część przedsiębiorstw, formułując opinie na ten temat, bierze pod uwagę także możliwe do wykorzystania obce moce produkcyjne – zatrudnienie podwykonawców, potencjał oddziałów firmy itd. Jeśli przedsiębiorstwo nie posiada takich możliwości, deklarowany przez nie stopień wykorzystania mocy produkcyjnych należy oceniać jako „bardziej sztywny” – w przypadku wzrostu popytu przekraczającego tak rozumiane moce produkcyjne firma nie może już dalej np. delegować zleceń. Z rocznej ankiety NBP wynika, że jedynie ok. 1/3 przedsiębiorstw nie ma takich możliwości powiększania mocy produkcyjnych. Odsetki odpowiedzi są praktycznie bardzo podobne w poszczególnych działach. Wyraźnie inaczej kształtuje się sytuacja w energetyce i zaopatrywaniu w gaz i wodę – tu jedynie 13% przedsiębiorstw dysponuje takimi możliwościami.

Reasumując, jest widoczne, że przy takiej strukturze odpowiedzi wysoki stopień wykorzystania mocy produkcyjnych nie oznacza dojścia do „fizycznej ściany” możliwości produkcyjnych. Z danych tych wynika też jednak, że w przypadku przetwórstwa przemysłowego i budownictwa bariera mocy produkcyjnych ma bardziej trwały – w takim rozumieniu – charakter.

Skoro w wielu branżach wysoki stopień wykorzystania mocy produkcyjnych nie oznacza braku technicznych możliwości zwiększenia produkcji, to ważne jest oczywiście pytanie, jak w przypadku pojawienia się dodatkowego popytu w warunkach wysokiego stopnia wykorzystania mocy produkcyjnych zachowują się przedsiębiorstwa? W naszej ankiecie przeanalizowaliśmy sześć potencjalnych strategii adaptacyjnych: podniesienie cen, selekcję zleceń, zwiększenie zatrudnienia lub intensywności pracy, delegowanie zleceń, inwestycje w potencjał wytwórczy.

Pełne omówienie wyników wymagałoby osobnego artykułu, ale teraz warto zwrócić uwagę na kilka najbardziej istotnych wniosków. Po pierwsze, najczęściej działania dostosowawcze w takiej sytuacji deklarują budownictwo i przemysł – nawet 70–80% firm. Po drugie, w żadnym z analizowanych działów gospodarki strategia podwyższania cen nie była dominującym sposobem adaptacji. Jedynie w przetwórstwie przemysłowym i budownictwie wskazywało na nią relatywnie więcej przedsiębiorców – ok. 40%. W pozostałych działach odsetek ten nie przekraczał 25%. Po trzecie, nowe inwestycje nie były często deklarowanym sposobem dostosowania. Wyjątkiem był przemysł, w którym była to strategia wiodąca i częsta (ok. 70% respondentów, podczas gdy w innych branżach odsetek ten nie przekraczał 40%). Po czwarte, zjawisko selekcji zleceń, mogące sugerować istnienie faktycznie twardych ograniczeń podażowych, na szerszą skalę wystąpiło jedynie w budownictwie – aż 84% firm deklarowało takie działania.

Skuteczność działań

Ważnym pytaniem jest także problem skuteczności powyższych działań. Wyniki rocznej ankiety NBP dostarczają tu dość optymistycznej odpowiedzi. Z jednej strony, ok. 50% firm – i to w zasadzie niezależnie od branży – które oceniają własne zdolności wytwórcze jako niedostateczne, deklaruje możliwość ich zwiększenia. Wyraźnie niższy odsetek dotyczy jedynie usług, w których opinię taką formułuje ok. 38% respondentów. Z drugiej strony, bardzo niski jest udział przedsiębiorstw, które nie dysponując dostatecznymi zdolnościami produkcyjnymi, posiadają także zaległości w zakresie dostaw towarów i usług. Firm takich w poszczególnych działach jest nie więcej niż 3% badanych podmiotów. Wyższym odsetkiem takich przedsiębiorstw charakteryzuje się jedynie przetwórstwo przemysłowe (9%). Oczywiście, sytuacja ta nie jest jedynie efektem uzupełniania mocy produkcyjnych w warunkach ich braku, ale także dobrej polityki zarządzania zleceniami, właściwymi umowami z klientami etc. Polityka taka byłaby jednak bardzo trudna w warunkach zbyt dużej „sztywności” mocy; zwłaszcza w sytuacji silniejszych szoków popytowych.

Nasza ankieta przynosi także ważne wnioski, dotyczące kosztów powyżej omawianych strategii. W szczególności, można zastanawiać się, czy działania takie, zwiększając fizyczne możliwości produkcyjne podmiotów, jednocześnie nie przesuwają poziomu produkcji zbyt daleko od optimum kosztów. W takiej sytuacji wprawdzie gospodarka mogłaby unikać pogłębiania luki popytowej, ale mechanizm dostosowawczy prowadziłby do powstawania presji kosztowej na poziomie samych przedsiębiorstw. Presja taka mogłaby w dłuższej perspektywie przekładać się na wzrost inflacji. Otóż, z ankiety wynika, że zagrożenie takie nie jest duże. Niezależnie od działu ok. ¾ przedsiębiorstw deklaruje, że wykorzystanie mocy produkcyjnych jest bliskie optimum. Jedynie 10% firm twierdzi, że ich produkcja może być zbyt wysoka.

Pełniejsza analiza współczynnika wykorzystania mocy produkcyjnych pokazuje, że wskaźnik ten, jako indykator luki popytowej w gospodarce, powinien być stosowany ostrożnie. Z jednej strony część firm uczestniczących w jego statystycznym pomiarze w swoich ocenach kieruje się nie tyle własnymi ograniczeniami techniczno-technologicznymi, co optimum ekonomicznym. Przedsiębiorstwa takie, pomimo deklarowanego nawet bardzo wysokiego stopnia wykorzystania mocy, mają techniczne możliwości zwiększenia skali produkcji. Z drugiej, nawet te przedsiębiorstwa, które natrafiają już na barierę technicznych możliwości, dysponują określonym zestawem działań adaptacyjnych. W dodatku działania te są często efektywne także w tym sensie, że nie prowadzą do postępowania przedsiębiorstw, które by nadmiernie oddalało firmy od ich optimów kosztowych. W sumie więc, ocena związków wysokiego stopnia wykorzystania mocy produkcyjnych w gospodarce z potencjalną siłą presji inflacyjnej powinna być ostrożna. Wysoki stopień wykorzystania mocy produkcyjnych nie powinien też być mechanicznie wykorzystywany – zwłaszcza w krótkim horyzoncie – jako wskaźnik przyszłego popytu inwestycyjnego – przedsiębiorstwa mają także inne metody dostosowania się w takiej perspektywie do rosnącego popytu w gospodarce.

Fot. MG/stock.adobe.com

Udostępnij artykuł: