Samochody będą palić tyle samo?

Gospodarka

Michał Starzyński, główny ekspert ds. kart paliwowych, Bibby Financial Services Sp. z o.o.
Michał Starzyński, główny ekspert ds. kart paliwowych, Bibby Financial Services Sp. z o.o. Fot. Materiały prasowe

Producenci samochodów, chcąc uzyskać lepsze wyniki w testach, przystosowywać będą do nich samochody, tym samym obniżając też spalanie na drodze.

#WLTP jest to zestaw kilku testów laboratoryjnych, których zadaniem jest określenie spalania samochodu w warunkach zbliżonych do tych panujących na drodze #samochody

Piotr Zajdel: Czym jest test WLTP (World Harmonized Light Wehicle Test Procedure)?

Michał Starzyński, główny ekspert ds. Kart Paliwowych, Bibby Financial Services: Jest to test, a właściwie zestaw kilku testów laboratoryjnych, których zadaniem jest określenie spalania samochodu w warunkach zbliżonych do tych panujących na drodze. Zastępuje on działający od kilkunastu lat test NEDC (New European Driving Cycle), który okazał się być niedoskonałym. Procedury, zgodnie z którymi był przeprowadzany, nie odzwierciedlały rzeczywistych warunków drogowych. Ponadto producenci zaczęli przygotowywać oprogramowanie sterujące silnikiem, co przyczyniło się do tego, że samochody biorące udział w teście osiągały bardzo niskie spalania.

Różnica między wynikami testu a tym, ile auto realnie spalało na drodze, dochodziła do ponad 40 proc. Badania WLTP wykazują wartości znacznie bardziej zbliżone do rzeczywistych przede wszystkim ze względu na procedury lepiej odzwierciedlające warunki realne, ale również obowiązek uwzględnienia pracy urządzeń pokładowych w samochodzie (radio, klimatyzacja itp.). Idąc tym tropem możemy wysnuć teorię, że producenci chcąc uzyskać lepsze wyniki w testach, przystosowywać będą do nich samochody, tym samym obniżając też spalanie na drodze.

– Co to oznacza dla przeciętnego użytkownika?

– Tak naprawdę niewiele. Do końca tego roku producenci zmuszeni będą wykonać test WLTP na potrzeby homologacji. W przypadku reklam czy promocji mogą jednak nadal używać wyników badań NEDC. Realnie użytkownik jeżdżący danym modelem auta spali tyle samo, ponieważ test nic pod tym względem nie zmieni. Niemniej zmianie ulegną dane, jakie dostajemy od producenta i będą one bliższe tym rzeczywistym (marketing, broszury, reklama).

Rezultatem wprowadzenia testu jest też wstrzymanie produkcji kilku modeli aut lub wręcz wycofanie niektórych wersji silnika. Takich przypadków jest niewiele, pokazują one jednak, że producenci dopasowywali auta pod testy NEDC tak dobrze, że przechodziły je one wzorowo i były homologowane. Nie są jednak w stanie sprostać testom WLTP ze względu na to, że nie mieszczą się w normach.

W mojej ocenie większe znaczenie ma test weryfikacyjny RDE (Real Driving Test) przeprowadzany na drodze w realnych warunkach i badający przede wszystkim rzeczywistą emisję spalin. Na podstawie tego badania można zweryfikować, czy testy laboratoryjne WLTP generują dane zbliżone do rzeczywistych. Będzie on także kluczowy ze względu na wymogi unijne co do norm emisji zaostrzanych w kolejnych latach.

W przyszłości również stopień rozbieżności między wynikami testów WLTP i RDE ma być coraz mniejszy. W przepisach regulowany jest za pomocą tak zwanego współczynnika zgodności, który – zgodnie z harmonogramem przedstawionym przez Unię – w kolejnych latach ma być coraz wyższy. Wymóg zmniejszenia emisji realnie wpłynie na spadek spalania i jest to pozytywny aspekt dla użytkowników. Rodzi się jednak pytanie, czy nie odbije się to na cenie aut?

– Co oznacza to dla osoby kupującej teraz nowe auto?

– Realnie niewiele. Samochody będą palić tyle samo. Producenci podają teraz jednak bardziej realne dane, więc nie zdziwimy się już, że auto pali czasem blisko dwa razy więcej niż obiecano nam w reklamie. Wyniki nowych testów mogą wpłynąć natomiast na większą sprzedaż aut hybrydowych i elektrycznych. Sprzedawca będzie w stanie wykazać jeszcze większe różnice w kosztach związanych z paliwem. Niestety w dalszej perspektywie koszty eksploatacji samochodów hybrydowych oraz elektrycznych nie będą mniejsze.

Związane jest to z kosztami wymiany i eksploatacji akumulatorów. Kwestie mniejszej emisji w krajach takich jak Polska również są dyskusyjne, zwłaszcza w przypadku aut elektrycznych ze względu na sposób wytworzenia prądu, który te auta „tankują”. Podobnie wygląda kwestia emisji związanej z produkcją samych akumulatorów.

Niektóre źródła wskazują, że szkodliwe substancje wytwarzane przy ich produkcji do jednego auta elektrycznego porównywalne są z emisją silnika spalinowego pracującego nawet przez kilkanaście lat, a takie akumulatory na dzień dzisiejszy trzeba wymieniać w ciągu tych kilkunastu lat nawet kilkukrotnie.

 

Udostępnij artykuł: