Sąsiedzi i bratankowie podnoszą stopy procentowe, i co z tego?

Blogi / Robert Lidke

Właśnie miałem zamiar zacząć pisać tekst o stałych stopach procentowych, gdy dotarła do mnie w wersji audio informacja o podwyżce stóp procentowych w Czechach.

Redaktor Robert Lidke
Robert Lidke, fot. Jacek Barcz

Właśnie miałem zamiar zacząć pisać tekst o stałych stopach procentowych, gdy dotarła do mnie w wersji audio informacja o podwyżce stóp procentowych w Czechach.

W tym czasie spoglądałem na materiały PKO BP dotyczące kredytów hipotecznych. Z uwagą przyglądałem się wykresowi, który pokazywał wysokość wskaźnika referencyjnego WIBOR 6M od stycznia 2002 r. do 18 grudnia 2020 r.

Źródło PKO BP

Wykres obejmuje okres 19 lat, gdy tymczasem kredyty mieszkaniowe są zaciągane na okres 30 a nawet 35 lat. Jak widać jeszcze w 2012 roku WIBOR 6M wynosił ok 6 procent. Wcześniej w 2002 roku 11 procent.  Właśnie zastanawiałem się co by było gdyby wykres WIBOR 6M lub innego wskaźnika związanego ze stopą procentową NBP był odwrócony, i to co dotyczy roku 2002 dotyczyłoby roku 2040?

Czyli już w 2024 roku mielibyśmy ten wskaźnik na poziomie ponad 2 procent, w 2029 na poziomie 6 procent,  w 2040  byłoby to już 11 procent – a kredyt jeszcze nie spłacony. Do spłaty pozostałoby jeszcze 10 lat. Pamiętajmy, że do wysokości wskaźnika referencyjnego dodaje się jeszcze marżę banku.

I właśnie w tym momencie dociera do mnie informacja, że czeski bank centralny  (CNB) podniósł główną stopę procentową,  o 25 punktów bazowych do 0,50 procent. Dzień wcześniej węgierski bank centralny podniósł główna stopę o 30 punktów bazowych do 0,90 procent.

Co ciekawe inflacja w Czechach wynosi  2,7 procent, dane za maj wg Eurostatu i jest dwukrotnie niższa niż na Węgrzech gdzie dotarła do poziomu 5,3 procent. W Polsce wskaźnik inflacji wynosi 4,6 procent.

Jakich by nie używano zaklęć czeka nas w Polsce podwyżka stóp procentowych, i to raczej wcześniej niż później.

Powtarzające się podwyżki cen energii elektrycznej – to będzie stałe zjawisko w najbliższych latach. A to właśnie koszt energii wpływa na ceny innych towarów i usług. Sama inflacja już wzbudza oczekiwania płacowe w sytuacji rekordowo niskiego bezrobocia. Odłożona konsumpcja z czasu pandemii też dolewa oliwy do ognia. No i czas obietnic wyborczych jeszcze się nie skończył.

Kiedy pieniądz jest tani, a raty kredytów, przede wszystkim mieszkaniowych są niskie trudno nie myśleć o spełnieniu swoich marzeń o lepszym mieszkaniu czy o inwestycji w nieruchomości – co staje się powoli narodowym sportem Polaków.

Tymczasem Komisja Nadzoru Finansowego przestrzega konsumentów przed możliwością zmiany oprocentowania kredytów, w tym mieszkaniowych.

Banki zostały zobowiązane do informowania klientów zaciągających kredyty hipoteczne o ryzyku stopy procentowej i ryzyku zmiany cen rynkowych nieruchomości.  Jest to  Obowiązek informacyjny wynikający z zaleceń Rekomendacji S Komisji Nadzoru Finansowego.

Mają też obowiązek pokazać klientowi jak będzie się kształtowała rata jego kredytu w zależności od wysokości oprocentowania kredytu, bo przecież prawie 100 procent kredytów mieszkaniowych to kredyty ze stopą zmienną.

I wracam do wyliczeń PKO BP, które może obejrzeć każdy kto zastanawia się nad wzięciem kredytu na zakup nieruchomości.

Bank przyjmuje następujące założenia:  okres spłaty kredytu 25 lat, kredyt w wysokości 250 000 PLN, marża kredytu w PLN – 2,35 p.p. , w przykładzie pominięto opłaty, prowizje i koszty produktów dodatkowych.

Źródło PKO BP

W wariancie optymistycznym, ale nierealnym, kiedy oprocentowanie kredytu przy ratach równych wynosiłoby 2,6 procent, miesięczna rata byłaby na poziomie 1 130 złotych.

W wykazanym w tabeli wariancie najbardziej pesymistycznym gdzie oprocentowanie sięgnęłoby 17,35 procent, miesięczna rata wyniesie 3 660 złotych.

Bank jednak ostrzega: „Nie można przewidzieć górnej granicy wzrostu wysokości WIBOR, co oznacza, że ryzyko zmiany stopy procentowej jest nieograniczone.”   Czyli rata miesięczna może być jeszcze większa.

Koszmarnie wysokie oprocentowanie kredytów – to nie jest w obecnym czasie zjawisko, które nie istnieje.

Jaka może być rata kredytu w Turcji w tej chwili, kiedy podstawowa stopa procentowa banku centralnego w tym kraju wynosi…19 procent?

Kiedy na początku XXI wieku w Polsce, ktoś nie miał zdolności kredytowej w złotych ( patrzymy w lewy róg wykresu zamieszczonego powyżej) to proponowano mu kredyt we franku szwajcarskim.

Teraz proponuje się kredyty złotowe przy ekstremalnie niskich stopach procentowych naszego banku centralnego. Efekt, w razie większej inflacji i podwyżki stóp NBP, będzie taki sam jak przy kredytach frankowych.

Gwałtownie wzrosną raty, część kredytobiorców nie będzie w stanie obsługiwać kredytów – i znów będą poszukiwani winni wpędzenia Polaków w pułapkę kredytową.

Kiedy finansiści i nadzorcy rynku połapali się, że oferowanie kredytów walutowych po to aby polepszyć zdolność kredytową klienta jest zbyt ryzykowne, wprowadzono zasadę, że kredyt walutowy mógł dostać ten, kto miał zdolność kredytową wyrażoną w złotych. W końcu, po  kilku latach udzielanie kredytów w innej walucie niż ta, w której zarabia konsument w ogóle zostało zakazane.

Zastanawiam, się czy w obecnej chwili wprowadzenie obowiązku oferowania przez banki kredytów ze stopą okresowo stałą obok kredytów ze zmienną stopą nie jest zbyt słabym zabezpieczeniem konsumentów przed ryzykiem kursowym?

Konsumenci, w większości przypadków, kierują się bowiem bieżącą oceną sytuacji i wybierają kredyt ze stopą zmienną – bo jest tańszy. Ale bardziej niebezpieczny od tego ze stało-zmiennym oprocentowaniem ( oprocentowanie stałe na 5 lat ).

Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: