Sekretarz Wydawnictwa: Słowom sens przywrócić warto

BANK 2020/01

Andrzej Lazarowicz

I oto nastał nam nowy rok. I nowe przynosi wyzwania, jakbyśmy starych dosyć nie mieli. A na dodatek niektórzy jakieś tam postanowienia noworoczne porobili i teraz dumają, czy aby warto było…

Tak naprawdę jednak to zbyt wiele się wokół nas nie zmieniło. Kolejny styczeń listopad raczej niż zimowy miesiąc przypomina. Nie milkną kłótnie polityków, już nie wiadomo nawet, o co się wadzących, albo co jedni drugim chcącym udowodnić. Znowu coś tam proponują, życie lepsze społeczeństwu obiecują, a niektórym to nawet kolejne podwyżki… 

A my, jak słusznie onegdaj zauważył prof. Leszek Kołakowski: rozdarci jesteśmy między niedające się pogodzić pragnienia: chcemy coraz mniej państwa, którego nadzór i natrętne wtrącanie się w nasze sprawy odczuwamy z przykrością, względem którego przeżywamy niemiło własną swoją niemoc; jednocześnie chcemy coraz więcej państwa, by broniło nas przeciw wszystkim możliwym nieszczęściom, pochodzącym od natury, od społeczeństwa czy od nas samych, by zagwarantowało nam bezpieczeństwo totalne, zajęło się naszymi interesami i wspierało naszą szczególną sprawę przeciwko wszystkim innym.

Ale, z drugiej strony – no bo zawsze jakaś tam druga jest – nie do końca wierzymy temu, co słyszymy. Może po trosze i dlatego, że to, co w mediach publikuje się, bądź mówi, dziwnie jakoś przypomina – zwłaszcza tym, co latek co nieco przeżyli – to, co w czasach sowietyzacji naszego kraju się działo. Bo – według przywołanego już prof. Kołakowskiego – sowietyzm buduje się jako właśnie taka sytuacja, w której wszyscy wiedzą, że nic nie jest i nic nie może być „naprawdę” w mowie publicznej, że wszystkie słowa utraciły pierwotny swój sens i że dziwić się temu nie należy, że można karalucha nazwać słowikiem, a pietruszkę nazwać symfonią, wówczas zaś zgrozę i osłupienie budzi odkrywca, który karalucha karaluchem nazwie, a pietruszkę pietruszką. Tam właśnie sowietyzacja zbiera żniwo, gdzie za wyczyn umysłowy i moralny albo za ekstrawagancję szaleńczą uchodzi publiczne użycie słów w ich zwykłym znaczeniu (…) Jeśli życie prawdziwe wyczerpuje się w powszedniej krzątaninie i powszedniej udręce, a rytualny frazes pozbawiony semantycznej wartości unieruchamia i zastępuje myśl wszelką i jeśli nikt się już temu nie dziwi, sowietyzacja jest spełniona.

Może zatem najwyższa pora poprosić za Julianem Tuwimem: 

Lecz nade wszystko – słowom naszym,
Zmienionym chytrze przez krętaczy,
Jedyność przywróć i prawdziwość:
Niech prawo zawsze prawo znaczy,
A sprawiedliwość – sprawiedliwość.

Udostępnij artykuł: