Siła i słabość agencji

Polecamy

Gdy w połowie listopada Moody's ogłosił, że polska branża bankowa ma "negatywne" perspektywy rozwoju na najbliższe półtora roku, nawet najwięksi pesymiści przyjęli to z niedowierzaniem - kilka dni wcześniej nasze największe banki ogłosiły rekordowe zyski. Ci, którzy się oburzali, mówiąc nawet o "szaleństwie" Moody's, specjalnie nie przesadzali - choć nie istnieją instytucje oceniające światowe agencje ratingowe, ich reputacja w ostatnich latach została mocno nadszarpnięta, a słowa o "wariactwie" czy zwykłym braku powagi padają niemal wszędzie. Jest jednak coś, co powoduje, że "Wielka Trójka" (Standard&Poors, Moody's, Fitch) ma się świetnie...Artykuł pochodzi z nr 01 2012 Miesięcznika Finansowego BANK

Gdy w połowie listopada Moody's ogłosił, że polska branża bankowa ma "negatywne" perspektywy rozwoju na najbliższe półtora roku, nawet najwięksi pesymiści przyjęli to z niedowierzaniem - kilka dni wcześniej nasze największe banki ogłosiły rekordowe zyski. Ci, którzy się oburzali, mówiąc nawet o "szaleństwie" Moody's, specjalnie nie przesadzali - choć nie istnieją instytucje oceniające światowe agencje ratingowe, ich reputacja w ostatnich latach została mocno nadszarpnięta, a słowa o "wariactwie" czy zwykłym braku powagi padają niemal wszędzie. Jest jednak coś, co powoduje, że "Wielka Trójka" (Standard&Poors, Moody's, Fitch) ma się świetnie...Artykuł pochodzi z nr 01 2012 Miesięcznika Finansowego BANK

Jerzy Szygiel

To coś, to trwałe osadzenie ocen Wielkiej Trójki w światowym systemie finansowym. Odniesienia do jej ratingów są wbudowane w warunki umów i regulacje prawne. Stąd, chociaż same agencje twierdzą, że ich oceny są jedynie opiniami, ich efekt może być automatyczny, jeżeli na przykład umowa przewiduje natychmiastową sprzedaż danego waloru w przypadku obniżki ratingu. Agencjom w zasadzie nic nie można zrobić właśnie ze względu na ten element: wszystkie mieszczą się na Wall Street i skoro ich opinie nie są produktami, lecz opiniami, korzystają z ochrony prawnej pierwszej poprawki konstytucji Stanów Zjednoczonych (o wolności słowa): na tej podstawie nikomu niczego nie gwarantują i nie odpowiadają za konsekwencje decyzji podjętych na postawie swoich opinii.

Teoria

Już w regulacji bankowej Bazylea II, tzw. metoda standardowa pozwala bankom powoływać się na oceny agencji ratingowych, by określić poziom odnośnych funduszy własnych. Organizm oceniający musi być licencjonowany - mówi się wówczas o External Credit Assessment Institution (ECAI).

Owe uznane ECAI muszą spełniać pewne kryteria:

  • Obiektywność: musi być dowiedziona empirycznie - metody ocen muszą być "dokładne, systematyczne i trafne".
  • Niezależność: agencje ratingowe nie mogą być instytucjami publicznymi, ani mieć banków wśród swoich akcjonariuszy.
  • Przejrzystość: oceny muszą być dostępne dla wszystkich. To nie znaczy, że dostęp do wszystkich ocen ma być darmowy.
  • Informowanie: ten wymóg łączy się ściśle z przejrzystością.
  • Wystarczająca liczba źródeł: niezależne agencje oceniające zdolność kredytową (ECAI) muszą dysponować odpowiednimi środkami i ludźmi. Muszą mieć ekspertów w ocenianych sektorach - wszystko po to, by były podstawy do dokonywania ocen.
  • Wiarygodność: dobra reputacja to rezultat trzymania się wszystkich poprzednich kryteriów. To poziom zaufania klientów do agencji. Najdelikatniejsze i najbardziej kontrowersyjne kryterium.

Te kryteria są oczywiście trudne do wypełnienia. To tłumaczy, dlaczego na świecie liczy się właściwie tylko "The Big Three". Wielka Trójka opanowała 94 proc. rynku (Moody's i Standard&Poors po 40 proc. i Fitch 14 proc.). Reszta należy do około 150 innych międzynarodowych agencji ratingowych, ale żadna z nich nie ma atrybutu globalnej.

Praktyka

Na tydzień przed wydaniem przez Moody's swojej głośnej oceny polskich banków Europejski Urząd Nadzoru Rynków i Papierów Wartościowych (ESMA) wszczął śledztwo w sprawie agencji ratingowych. Jego wyniki mają być opublikowane w kwietniu. Rzecznik prasowy ESMA oświadczył, że jeśli okaże się, że doszło do naruszeń prawa, urząd będzie miał możliwość ukarania w innych oraz zawieszenia notowań tych agencji, które nie wypełniły odpowiednich kryteriów, a to oznacza pozbawienie ich licencji. Według ESMA "muszą one udowodnić, że ich procedury ratingowe są zdrowe, że nie wchodzą w grę konflikty interesów oraz że posiadają stosowny wewnętrzny regulamin".

Bez wątpienia wiele się w agencjach ratingowych zmieniło. Mark Froeba, niegdyś specjalista od derywatów w Moody's, w maju 2010 r. nie ukrywał przed amerykańskim senatem natury tych zmian: "Kiedy zacząłem pracować w Moody's pod koniec 1997 r. każdy analityk bał się przede wszystkim przyznania fałszywej noty, spowodowania nadszarpnięcia reputacji firmy i w konsekwencji utraty pracy. Kiedy opuszczałem Moody's w 2008 r. każdy analityk najbardziej się bał zrobienia czegoś, co spowoduje, że stanie się odpowiedzialnym za wystawienie na niebezpieczeństwo udziału Moody's w rynku, spowodowanie pomniejszenia dochodów lub pogorszenia stosunków firmy z klientami - w końcu to oni płacą za oceny." A kto płaci orkiestrze, może wybierać muzykę. Banki płacą około miliona dolarów, ale mogą i więcej.

Blamaż agencji ratingowych w czasie wybuchu kryzysu w 2008 r. stał się już niemal przysłowiowy. Giganty, jak Enron czy Lehman Brothers, miały potrójne A jeszcze na kilka dni przed upadkiem. Mniej mówi się o skandalicznym udziale agencji w wielkim kryzysie kredytów hipotecznych subprimes. Gdyby odmawiały one dobrych not produktom finansowym opartym o pożyczki hipoteczne, pozbawiłyby się znacznej części dochodów (a było tego wówczas ponad 40 proc!). Utrata reputacji, która potem nastąpiła, nie odbiła się jednak specjalnie na finansowej kondycji Wielkiej Trójki...

Dmuchanie za zimne

Agencje twierdzą, że pomyłki roku 2008 były nauczką, która w rezultacie pozwoli uniknąć w przyszłości tego typu wpadek. Stąd być może ten pośpiech i wyraźna tendencja do "negatywizmu", szczególnie jeśli chodzi o Europę. Ale wpadki ciągle się zdarzają. Niektóre mają w sobie coś groteskowego: na początku listopada Standartd&Poors rozesłał wiadomość o obniżeniu noty Francji, która już była na celowniku rynków spekulacyjnych. Dzień później agencja tłumaczyła, że Francja zachowuje swoje potrójne A z perspektywą stabilną, a wiadomość była zwykłą "pomyłką techniczną". Nie trzeba chyba mówić, co się jednak działo na rynkach. Tę nieszczęsną pomyłkę najłagodniej interpretowano jako "brak powagi", najostrzej jako "spekulacyjny ruch rynkowy" dokonany z premedytacją. To rozpięcie dobrze ilustruje nie tylko aktualną nerwowość, ale i stan reputacji agencji - teoretycznie coś, co jest dla niej najcenniejsze.

Nawet w małomównych zazwyczaj strukturach Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) coraz częściej porusza się ten problem. Pier Carlo Padoan, zastępca sekretarza generalnego organizacji, wypowiedział niedawno zdanie, któremu można tylko przytaknąć: "Agencje ratingowe potwierdzają, że są silnie procykliczne" - nie tyle ostrzegają przed kryzysem, co go współtworzą. Chińczycy machnęli ręką i stworzyli już własną agencję. W Europie mówi się o tym już od dwóch lat (pomysł należy do szefa Eurogrupy Jean-Claude'a Junckera), jednak sprawa posuwa się dużo wolniej. Póki co, królowanie Wielkiej Trójki wydaje się niezagrożone.

Cały artykuł ukazał się w nr 01 2012 Miesięcznika Finansowego BANK

Udostępnij artykuł: