Stawka większa niż rozsądek

Polecamy

Zupełnie niepostrzeżenie, jakby na marginesie sensacyjnych doniesień z kraju i ze świata, przewinęła się w ostatnich dniach z pozoru błaha i niewinna informacja. Otóż resort finansów, wyraźnie poirytowany rozmiarami szarej strefy w branży napraw samochodów, postanowił położyć kres temu procederowi. Jednak projekt zmian prawnych - który, co należy od samego początku podkreślić, wypłynął nie od ministerialnych legislatorów, a z kilku organizacji zrzeszających samochodowe warsztaty i dystrybutorów części zamiennych - uderzyć ma nie tyle w niesfornych podatników co w ich klientów. Proponuje się bowiem, aby likwidacja szkód z tytułu obowiązkowego ubezpieczenia OC następowała dopiero po przedstawieniu faktur za dokonane naprawy. Nie dysponujesz takowymi dokumentami - z rekompensatą za złamany zderzak czy rozbite lampy możesz się pożegnać. Koniec i kropka.

Sęk w tym, że taki koncept – niezależnie od wielce dyskusyjnego wpływu na zwiększenie przychodów do budżetowej kasy – za żadne skarby nie da się pogodzić z obowiązującym w naszym kraju prawem, i to zarówno tym lokalnym jak i międzynarodowym. Kodeks cywilny, który od wielu dziesięcioleci ustanawia standardy w zakresie zobowiązań, stanowi jednoznacznie: istotą odszkodowania nie jest tylko przywrócenie stanu pierwotnego, ale również – a może przede wszystkim – rekompensata dla poszkodowanego. Przykładowo, jeśli któregoś pięknego dnia jadąc na rowerze ktoś wybije sobie zęby – warunkiem wypłaty odszkodowania dla szczerbatego cyklisty w żadnym razie nie może być wstawienie przezeń implantu. Sam fakt wystąpienia czy to uszczerbku na zdrowiu, czy też szkody w mieniu jest wystarczającą przesłanką by domagać się odszkodowania. Podobnie i w przypadku uszkodzenia pojazdu: jeśli na parkingu nieuważny kierowca zarysuje mój samochód, być może przenigdy nie zdecyduję się na usunięcie tej szpecącej “pamiątki”. Nie zmienia to jednak faktu, iż pojazd utracił określony procent swej wartości – a zatem rekompensata należy się, niczym przysłowiowemu psu kość. Również prawo regulujące zasady asekuracji – na czele z dyrektywą w sprawie ubezpieczeń komunikacyjnych, obowiązującą wszak w całej cywilizowanej części Europy – nie przewiduje ograniczenia wypłaty odszkodowania z uwagi na kondycję finansów publicznych. I właśnie na ten fakt usiłują zwracać uwagę przedstawiciele sektora ubezpieczeniowego – ale ów głos rozsądku zdaje się przegrywać z egzaltacją właścicieli punktów usługowych, dostrzegających w wypłatach odszkodowania z góry zagrożenie nie tylko dla stabilności budżetu państwa ale i bezpieczeństwa na drogach, ochrony środowiska i Bóg jeden raczy wiedzieć czego tam jeszcze.

To nie jedyny w ostatnim czasie przypadek, kiedy rozwiązania ewidentnie sprzeczne z polską ustawą zasadniczą jak również zwykłym zdrowym rozsądkiem forsowane są przez określone lobby jako konieczne dla zmniejszenia liczby wypadków na polskich drogach. Latem ubiegłego roku inne środowisko – korporacja branżowa zrzeszająca właścicieli stacji diagnostycznych – wystąpiła z równie kuriozalnym postulatem, by… wszystkie pojazdy bez wyjątku musiały mieć aktualne badania techniczne. Nie chodziło przy tym wyłącznie o auta poruszające się po polskich drogach – co do tych konieczność takowa wydaje się być bezdyskusyjna – ale o wszelkie samochody i motocykle, łącznie z tymi, które od dłuższego czasu nie przemieściły się nawet o metr, stojąc w garażach, stodołach czy nieopodal psiej budy. Absurd takiej koncepcji wydaje się oczywisty dla każdego, kto jest w stanie zrozumieć znaczenie nie tak trudnego związku frazeologicznego “dopuszczenie do ruchu”. Skoro pojazd w tym ruchu nie uczestniczy od dłuższego czasu – i wszystko wskazuje na to, że dalej nie będzie się przemieszczać – po kiego czorta ma być obowiązkowo kontrolowany czy aby nadaje się do jazdy? Idąc tym tropem, już dziś powinni niepokoić się wszyscy, którzy wiele lat temu ukończyli kursy nurkowania, motorowodne czy zdobyli patent jachtowego sternika – a potem wybrali na resztę życia spokojny żywot lądowego szczura. Przy takich tendencjach legislacyjnych nie ma bowiem żadnej gwarancji, ze któregoś pięknego dnia do drzwi nie zapuka policjant z wezwaniem na obowiązkowe badanie lekarskie, konieczne do aktywnego uprawiania tych pięknych sportów. I nie będzie nikogo interesować fakt, że jeden czy drugi delikwent już od 30 lat nie miał kontaktu z akwenem innym aniżeli wanna…

Oczywiście, lobbyści nie omieszkali wytoczyć w obronie kuriozalnego pomysłu najcięższych armat: znalazł się tam i “wpływ na zdrowie i życie ludzkie”, i “ochrona środowiska”, i – rzecz jasna – “poprawa bezpieczeństwa na polskich drogach”. Niejako mimochodem wspomniano również o zwiększeniu dochodów stacji kontroli pojazdów – co, tak naprawdę, stanowić miało wyłączny cel nowych przepisów. Trudno bowiem znaleźć korelację chociażby pomiędzy stojącym od lat w stodole Trabantem a kondycją zdrowotną hasających po gumnie myszy, nie mówiąc nawet o istotach ludzkich. Ale nic to – straszenie wyimaginowanymi zagrożeniami zwiększa wydatnie prawdopodobieństwo, iż “ciemny lud to kupi…”

Oczywiście – można powiedzieć, że w wolnym, demokratycznym państwie nie sposób zabronić plecenia ewidentnych bzdur, przynajmniej dopóty, dopóki nie stanowią one nawoływania do nienawiści – a w obu wyżej wymienionych przypadkach trudno doszukiwać się tego typu treści. Rzecz w tym, że clou problemu nie jest tu gaworzenie tego czy innego lobbysty – ale reakcja władz najwyższego szczebla na owe urągające poczuciu zdrowego rozsądku wypociny. Pomysł z wypłatą odszkodowania z OC wyłącznie na podstawie faktur nie pojawił się wszak po raz pierwszy; koncepcję tę podnoszono już co najmniej dwa razy – i za każdym razem eksperci najwyższej próby wykazywali niedorzeczność tego pomysłu. I co? Wszystko wskazuje na to, że czeka nas powtórka z rozrywki – resort finansów zapowiada, że ów szalony pomysł będzie brany pod uwagę podczas prac nad nowelizacją przepisów dotyczących OC. Z kolei resort infrastruktury umieścił w założeniach zmian w zasadach przeprowadzania badań technicznych pojazdów kuriozalny zapis, w myśl którego osoba niedokonująca przeglądu  terminie – również w sytuacji, kiedy nie jeździ autem – miałaby zostać ukarana podwójną stawką za badanie techniczne  momencie, kiedy jednak zmieni zdanie i będzie chciała przywrócić pojazd na drogi. Warto podkreślić, że w obu przypadkach decyzję podejmowali przedstawiciele dwóch różnych rządów, wywodzących się z dwóch skrajnie odmiennych środowisk politycznych, które dzieli niemal wszystko – z wyjątkiem, niestety, niefrasobliwego podejścia do tego rodzaju “wrzutek”. I to jest w tym wszystkim najbardziej niepokojące. Oznacza to bowiem, że różnorakie gwarancje obywatelskich prerogatyw, zawarte w Konstytucji, licznych ustawach i umowach międzynarodowych mają moc wielce dyskusyjną; nigdy nie można mieć stuprocentowej pewności, że legislatorzy nie wybiorą drogi na skróty – a w konsekwencji tysiące obywateli będą musiały udowadniać brak pokrewieństwa z pewnym pustynnym wierzchowcem.

Ale przedstawiony problem ma i drugi, nie mniej istotny aspekt. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że gdyby za wprowadzeniem jakichkolwiek rozwiązań naruszających obywatelskie swobody lobbowały na przykład instytucje finansowe – nawet, jeśli owe naruszenia miałyby nieporównanie mniejszą wagę niż we wskazanych powyżej przypadkach – wrzawa medialna byłaby wprost niewyobrażalna. Informacje takowe na co najmniej tydzień wyparłyby z pierwszych stron gazet najbardziej sensacyjne newsy z kraju i ze świata, a opowieściom o “banksterach”, “krwiopijcach” tudzież innych “układach” nie byłoby końca. Kiedy jednak podobnych nadużyć – bo trudno innym słowem określić forsowanie ewidentnie niekonstytucyjnych rozwiązań legislacyjnych przez organizacje, dysponujące własnym zapleczem w postaci radców prawnych – dopuszcza się zrzeszenie warsztatów blacharskich, taksówkarzy czy inszych pucybutów, wówczas czwarta władza gotowa jest na obraz i podobieństwo kibiców piłki nożnej śpiewać: “Nic się nie stało, kochani, nic się nie stało…” W rzeczywistości to gorzej niż zbrodnia – to błąd, jak by powiedział przesławny porucznik z Korsyki rodem. Tak, jak w myśl nauki chrześcijańskiej grzeszna kondycja dotyczy każdego człowieka bez wyjątku, a grzech w każdym przypadku zasługuje na dezaprobatę, podobnie nadużycia może pojawić się w każdej branży i każdym segmencie gospodarki. I należy takowe piętnować z podobna konsekwencją – niezależnie od tego, czy sprawca tych nadużyć budzi naszą wściekłość, sympatię czy też politowanie, a także niezależnie od tego, jak rozległa byłaby grupa osób pokrzywdzonych przez niedorzeczne przepisy. To wszystko akurat w tym przypadku ma znaczenie drugorzędne. Tu idzie o społeczny szacunek dla prawa.

Udostępnij artykuł: