Strefa VIP: Dług spłacany z przyjemnością

BANK 2018/02

Z Moniką Pyrek-Rokitą, lekkoatletką specjalizującą się w skoku o tyczce, olimpijką z Sydney, Aten, Pekinu i Londynu, trzykrotną medalistką mistrzostw świata i wicemistrzynią Europy z 2016 r., rozmawiał Artur St. Rolak.

 

Kiedyś żartowaliśmy sobie, że ostatnie pytanie w teleturnieju „Milionerzy” powinno brzmieć: „Ile rekordów Polski w skoku o tyczce ustanowiła Monika Pyrek?”. Wtedy mogła pani nie wiedzieć, bo co jakiś czas ta liczba się zmieniała. Jak dziś brzmi prawidłowa odpowiedź?

– Akurat wczoraj o tym rozmawiałam, bo niedawno zmieniły się przepisy. Wiele źródeł mówi teraz o 69 rekordach, a być może dojdą jeszcze cztery.

Wyjaśnijmy w skrócie, dlaczego rekordów może przybyć, chociaż już od kilku lat pani nie skacze.

– Rekord ustanowiony w hali może liczyć się podwójnie: jako halowy, jak do tej pory, i absolutny, jeśli jest lepszy od tego ze stadionu. To właśnie jest ta nowość w przepisach.

Do którego wywiadu by nie zajrzeć, z prawie każdego wynika, że jest pani leniuszkiem, a na dodatek marudą. Proszę się nie śmiać… Wydawało mi się, że kobietą, która – jak jedna z bohaterek „Czterdziestolatka” – żadnej pracy się nie boi. Zacznijmy od sportu. Nawet najbardziej utalentowane lenie nie zdobywają medali i nie biją rekordów, zwłaszcza 69, już nie mówiąc o 73.

– Mówiłam tak, bo moim marzeniem zawsze był święty spokój. A kiedy już go mam, to po paru dniach zaczyna mi przeszkadzać i znowu zaczynam sobie wynajdywać jakieś aktywności i nowe projekty. W trakcie kariery na niewiele mogłam sobie pozwolić, bo czas był precyzyjnie zaplanowany. Myślałam, że może po jej zakończeniu moje życie będzie spokojniejsze, bardziej stabilne, a okazało się, że po prostu nie potrafię zagrzać miejsca w domu. Muszę być aktywna, nawet w siódmym miesiącu ciąży. Nie potrafię inaczej.

I ta nadaktywność zaprowadziła panią do „Tańca z gwiazdami”?

– Nigdy nie ukrywałam, że jako dziecko uprawiałam taniec towarzyski. Wszyscy chłopcy byli jednak ode mnie niżsi i żaden nie chciał wtedy ze mną tańczyć. Zrezygnowałam z powodu braku partnera i zaczęłam chodzić na hip-hop. To też się wykruszyło, bo rodzice nie mogli wozić mnie na zajęcia. Wygrana w „Tańcu z gwiazdami” utwierdziła mnie w przekonaniu, że mam zmysł koordynacji ruchowej, wyczucie rytmu.

To były moje argumenty także w sporcie. Nie byłam przecież ani silna, ani szybka; na rozbiegu byłam wręcz jedną z najwolniejszych tyczkarek, mimo że trenerzy usilnie próbowali to zmienić, ale okazałam się bardzo odporna na te bodźce. „Taniec z gwiazdami” był dla mnie przede wszystkim znakomitą nauką obycia przed kamerą i organizacji czasu. Jak wyjechałam z domu w sierpniu, to wróciłam w grudniu. W tym czasie mój mąż kursował między Szczecinem a Warszawą i wraz ze zmieniającymi się porami roku dowoził mi garderobę. Przez okno w szatni obserwowałam, jak lato z 30-stopniowymi upałami zamieniło się w mroźną zimę.

Czy łatwo było zamienić wygodne lekkoatletyczne kolce na buty na wysokim obcasie?

– Nieee… Po pierwszych treningach miałam straszne zakwasy. Musiałam skorzystać z pomocy fizjoterapeuty kadry Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. „Czy ty zamiast trenować chodzisz na balety?” – zapytał, oglądając moje łydki. A ja wtedy jeszcze nie mogłam się przyznać, bo kontrakt mi zabraniał. Na szczęście organizm szybko się adaptuje. Przyzwyczaiłam się, ale muszę powiedzieć, że buty taneczne, jak sportowe, na początku nie są wygodne. Dopiero po jakimś czasie dopasowują się do stopy.

Łatwo za to zgadnąć, że „Taniec z gwiazdami” dał pani większą popularność niż wszystkie rekordy i medale.

– Ten program jest jak serial. Lekka atletyka raz jest pokazywana, raz nie, a „Taniec z gwiazdami” leciał co tydzień. Ludzie siadali przed telewizorami i oglądali. Z drugiej jednak strony musiałam być już choć trochę popularna, żeby producenci zaproponowali mi występ w programie. Zresztą to była już trzecia propozycja. Poprzednie kolidowały z przygotowaniami do zawodów. Paradoksalnie dopiero poważna kontuzja pozwoliła mi wziąć udział w „Tańcu z gwiazdami”. Zgodziłam się, bo potrzebowałam jakiejś odskoczni. Przez jakiś czas mogłam myśleć o sporcie bez złych emocji, a wróciłam wręcz uskrzydlona. Zakończyłam karierę na własnych warunkach. Nadal kocham sport, a gdybym odeszła z powodu tej kontuzji, być może nie chciałabym mieć z nim nic wspólnego.

Fundacja jest potrzebna do obsługi funduszu stypendialnego. Mamy pod opieką 10 młodych sportowców z różnych dyscyplin, którym stypendium funduje Netto, oraz gimnastyczkę. Jej stypendium pochodzi z aukcji pamiątek przekazanych przez moich kolegów sportowców. A że nie potrafię robić tylko jednej rzeczy, to zaczęłam tworzyć różne projekty. Jednym z nich są „Alternatywne lekcje wuefu”.

Jak ocenia pani karierę dziennikarską? Z tej pracy nie odeszła pani na swoich warunkach…

– Też dużo nauki, bardzo dużo. Z punktu widzenia zawodowego to była dobra decyzja, choć na zakończenie nie miałam już wpływu. Umówiliśmy się, że wywiady pod tytułem „Po-tyczki Moniki Pyrek” zastąpimy programem o aktywności fizycznej skierowanym przede wszystkim do rodziców, ale zmieniły się władze Radia Szczecin i tak skończyła się moja kariera dziennikarska.

Która z tych pani aktywności zawodowych była najbardziej opłacalna finansowo?

– Bez wątpienia sport.

Ile gotówki zwykle nosi pani przy sobie?

– Staram się nie nosić, bo korzystam z kart płatniczych. Jestem wręcz ich fanką. Bez gotówki przy sobie czuję się bezpieczniej. Wprowadzenie możliwości płacenia kartą na poczcie uważam za przełom niemal kopernikański. Poza tym – jak to kobieta – mam w torebce mnóstwo rzeczy i wpadam w panikę, kiedy nie mogę znaleźć w niej pieniędzy.

A ile kart ma pani w tej torebce?

– Dwie prywatne i jedną firmową.

Czy lubi pani płatności zbliżeniowe?

– Bardzo. Uważam, że to genialny wynalazek.

Pamięta pani swoją pierwszą kartę?

– Tak, była powiązana z kontem studenckim i dawała różne zniżki.

Zdarzyło się pani, że karta wystawiona przez polski bank nie chciała działać albo sprzedawca odmówił przyjęcia zapłaty takim plastikiem?

– Jeśli już, to sklep honorował tylko Visę, a ja miałam Maestro. Podczas igrzysk olimpijskich to normalne zjawisko, bo Visa jest sponsorem MKOl.

Czy jest coś, co panią irytuje w kontaktach z bankami?

– Nie, ponieważ staram się korzystać z bankowości internetowej. Do Pay-U i Przelewów-24 próbuję przekonać moją mamę, bo to naprawdę jest bardzo proste i bezpieczne. Jeżeli włącza mi się czerwona lampka, to przy płatnościach fundacyjnych.

No właśnie – był sport, był show business, potem radio, a teraz jest Fundacja Moniki Pyrek. Czym się zajmuje?

– Fundacja jest potrzebna do obsługi funduszu stypendialnego. Mamy pod opieką 10 młodych sportowców z różnych dyscyplin, którym stypendium funduje Netto, oraz gimnastyczkę. Jej stypendium pochodzi z aukcji pamiątek przekazanych przez moich kolegów sportowców. A że nie potrafię robić tylko jednej rzeczy, to zaczęłam tworzyć różne projekty. Jednym z nich są „Alternatywne lekcje wuefu”. Nie obrażamy się na technologię, nie próbujemy odciągać dzieciaków od rzeczywistości wirtualnej, tylko – wykorzystując tę technologię – przyciągnąć je z powrotem na boiska, choćby wirtualne. Wybieramy takie gry, które zmuszają uczestników do aktywności fizycznej i pobudzają ambicję. Jeśli boks, to trzeba walczyć; jeśli kolarstwo, to trzeba pedałować. Piłki do tenisa stołowego, koszykówki czy futbolu są połączone z aplikacjami działającymi w formie prawdziwej gry. Pod koniec zajęć zostawiamy dzieciakom wybór stacji. Co ciekawe – większość wybiera zwykły bieg, co pokazuje, czego tak naprawdę najbardziej im brakuje.

Nie ma tam skoku o tyczce?

– Marzy mi się, ale na taką aplikację jeszcze nas nie stać. W ogóle mamy mnóstwo pomysłów.

Do zbierania pieniędzy na szczytny cel też trzeba mieć talent? Na czym on polega?

– Przede wszystkim trzeba być szczerym. Jeśli ktoś czuje, że moim prawdziwym celem jest pomaganie innym, to nie robi problemów. Historia fundacji zaczęła się od funduszu stypendialnego. Wtedy musiałam się nachodzić, żeby znaleźć partnera finansowego. W firmie Netto już po paru zdaniach byli przekonani, że chcą w to wejść. Teraz szukam partnera do „Alternatywnych lekcji wuefu”. Podczas negocjacji uczciwie przedstawiam liczby, do ilu dzieciaków możemy dotrzeć. Na razie jest dobrze, dajemy radę.

Czyli jeśli wyrzucą panią drzwiami, to wskoczy im pani o tyczce przez okno?

– Jeśli sam uśmiech nie pomoże, to tak. Czuję, że mam do spłacenia jakiś dług wdzięczności. Nie byliśmy biedni, ale moich rodziców nie było stać na to, żeby inwestować w moją karierę sportową. Gdyby nie pomoc różnych fundacji, nie zdobyłabym tylu medali i nie pobiłabym tylu rekordów.

Udostępnij artykuł: