Strefa VIP: Dobrze mieć taki problem

BANK 2017/03

Z Mariuszem Czerkawskim, hokeistą, reprezentantem kraju, olimpijczykiem z Albertville (1992 r.), menedżerem hokejowym i komentatorem sportowym, rozmawiał Artur St. Rolak.

Z Mariuszem Czerkawskim, hokeistą, reprezentantem kraju, olimpijczykiem z Albertville (1992 r.), menedżerem hokejowym i komentatorem sportowym, rozmawiał Artur St. Rolak.

Jest kłopot z pana pierwszą wypłatą – niby za grę w hokeja, ale jednak w kasie kopalni…

– To prawda. To było w 1988 lub 1989 r., dokładnie już nie pamiętam. Na pewno dostałem do ręki gotówkę, bo nikt wtedy nawet nie myślał o przelewach. Dzięki temu mogłem nacieszyć oko ilością tych pieniędzy.

Czy było ich aż tyle, że nie wiedział pan, co zrobić z taką kupą forsy?

– Bez przesady, dopiero wchodziłem do drużyny. Za pierwszą wypłatę kupiłem od kolegi radiomagnetofon do samochodu. Ten maluch nawet nie był mój, a rodziców.

To może z pierwszej wypłaty na Zachodzie sprawił pan sobie nowe auto? Czy raczej schował pan te pieniądze na koncie w banku?

– Przede wszystkim byłem zdziwiony, że klub przelał na moje konto mniej pieniędzy, niż było zapisane w kontrakcie. Od razu zatelefonowałem do menedżera i to była moja pierwsza, trochę bolesna lekcja o podatkach. W Polsce nie byliśmy wtedy przyzwyczajeni nawet do płacenia za parking. Miałem 19 lat, cieszyłem się, że grając w dobrym klubie, mogę się rozwijać i szybko się nauczyłem, co to jest kontrakt brutto, a co wypłata netto. Uważałem, że grzechem byłoby wydać całe – o ile dobrze pamiętam – 7000 koron, więc za 1500 kupiłem sobie wymarzoną kurtkę. Wówczas wydawała mi się świetna, ale dziś już bym jej nie włożył.

Ze Szwecji przeniósł się pan do Stanów Zjednoczonych. W przeciwieństwie do klubów sportowych w Europie, w klubach wielkich lig amerykańskich – NHL, NBA, NFL i MLB – obowiązuje tzw. salary cap. Na czym to polega?

– Trochę upraszczając: ligi starają się trzymać w ryzach finanse klubów. To przede wszystkim sposób wyrównywania szans między klubami. Przedsiębiorstwem jest liga, a kluby tylko jego oddziałami, z których każdy musi być zdrowy finansowo. W związku z tym jeden klub nie może zdominować pozostałych lub bardzo od nich odstawać. Oczywiście bogatsze kluby mogą mieć droższych zawodników i lepszą drużynę, nawet na kredyt, jednak budżet nie może być wyższy od tego salary cap ustalonego przez ligę. Jeśli limit zostanie przekroczony, klub płaci karę, którą liga – właśnie w ramach wyrównywania szans – dzieli się z innymi klubami.

A jak to wygląda z perspektywy zawodników? Czy wszyscy wiedzą, ile kto zarabia, czy jest to raczej tajemnica między graczem a klubem?

– Pod tym względem Amerykanie są bardzo otwarci. W tych ligach wysokość kontraktów nie jest tajemnicą. Ma to dobre i złe strony. Do tego trzeba mieć inne podejście mentalne, trzeba dojrzeć. W wielu innych krajach, nie tylko w Polsce, wywoływałoby to niezdrowe emocje w drużynie, nie mówiąc już o kibicach. W Stanach ludzie raczej nie zazdroszczą innym bogactwa; raczej zastanawiają się, co zrobić, aby im dorównać.

W sportach zespołowych bez agentów czy menedżerów ani rusz. Znajdą klub, pomogą wynegocjować kontrakt reklamowy, zadbają o wiele szczegółów kariery... Ale też kosztują. Ile?

– To zależy, do czego taką osobę zatrudniam. Jeśli tylko do negocjacji kontraktu, to wysokość prowizji zaczyna się od 3%. Mogę też powierzyć menedżerowi prowadzenie wszystkich spraw związanych z kontaktem z mediami, doradztwem inwestycyjnym czy pilnowaniem rachunków. W USA kosztuje to ok. 6%, w Europie nawet 10. Osobną kategorią są kontrakty reklamowe i sponsorskie – w tym przypadku prowizja agenta wynosi od 20 do 30%. Chyba wszystkim się to opłaca, bo system działa.

Ile gotówki zwykle nosi pan przy sobie?

– Tyle, żeby zawsze wystarczyło na obiad czy szybkie tankowanie. Raczej kilka setek niż kilka dziesiątek. To w Polsce, bo w Szwecji w ogóle nie ma sensu noszenie przy sobie pieniędzy. W wielu restauracjach w ogóle nie można płacić gotówką. Ja tej aplikacji nie używam, ale tam bardzo popularne jest przesyłanie pieniędzy za pomocą telefonu lub karty płatniczej. Są już nawet banki, w których klient nie uświadczy gotówki. Wystarczyło, że nie byłem w Szwecji kilka lat, a tu aż takie zmiany... Potem trochę o tym poczytałem i dowiedziałem się, że Szwecja jest w absolutnej światowej czołówce krajów wspierających obrót bezgotówkowy.

A ile kart ma pan w portfelu?

– W portfelu jedną, której używam na co dzień, a w ogóle trzy.

Czy zdarzyło się, że karta wystawiona przez polski bank nie chciała działać albo sprzedawca odmówił przyjęcia zapłaty takim plastikiem?

– Tak, w Stanach, ale wiązało się to z procedurami bezpieczeństwa obowiązującymi w banku. Dość długo nie używałem tej karty, którą chciałem dokonać transakcji, co bank uznał za podejrzane i postanowił dodatkowo autoryzować tę operację. Później bank grzecznie przeprasza, że naraził mnie na pewne niedogodności. Takie sytuacje są bardzo irytujące, ale warto pamiętać, że to leży w interesie klienta i bezpieczeństwa jego pieniędzy.

Z jednej strony głupio trzymać całą kasę w materacu i jeździć na treningi tramwajem, a z drugiej trzeba pamiętać, że najszybciej może zniszczyć karierę bardzo szybki samochód. Dobrze mieć wokół siebie ludzi godnych zaufania, którzy zawsze dobrze doradzą.

Lubi pan płatności zbliżeniowe?

– Nie płacę kartą za gazetę, napoje ani inne drobiazgi, a większe kwoty i tak wymagają podania PIN.

Grał pan w Polsce, Szwecji, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Szwajcarii – czy jakiegoś kraju nie pominąłem?

– Była jeszcze Finlandia, ale naprawdę bardzo krótko.

Co pana najbardziej irytowało w kontaktach z tamtejszymi bankami?

– Nie tyle irytująca, co raczej męcząca w kontaktach ze wszystkimi bankami jest konieczność pamiętania o terminowym spłacaniu przynajmniej części zadłużenia na karcie. Na szczęście miałem menedżera, który dbał o to wszystko, a ja musiałem tylko zrobić przelew. Dziś jest łatwiej, bo wszystko może się odbywać automatycznie. Muszę jeszcze raz podkreślić, że jako młody człowiek, który na początku lat 90. wyrwał się z Polski do USA, musiałem się dopiero uczyć, jak korzystać z nowoczesnych instrumentów finansowych. Sporo czasu nam w Polsce zajęło, zanim – na przykład – praktycznie na każdej stacji benzynowej mogliśmy zapłacić za paliwo kartą.

Od czasu do czasu politycy majstrują przy wieku emerytalnym, który jednak nie dotyczy sportowców. Oni sami muszą zadbać o to, z czego będą żyli po zakończeniu kariery – czyli zarobić jak najwięcej i zainwestować jak najlepiej. Gdzie są pana pieniądze?

– Różnie – w funduszach inwestycyjnych, nieruchomościach, obligacjach skarbowych, innych instrumentach finansowych… Jedne inwestycje dają wyższą, inne niższą stopę zwrotu, ale ze względów bezpieczeństwa środków wachlarz musi być szeroki. Po fakcie – wiadomo – mogłem zainwestować lepiej, jednak doświadczenie uczy, że łatwo również stracić.

Co było pana najbardziej, a co najmniej udaną inwestycją?

– Jedną z najlepiej zapowiadających się inwestycji była sieć klubów fitness, ale niestety zarząd popełnił błąd przeinwestowania, który zbiegł się w czasie z wielkim kryzysem 2007 r. Byliśmy o krok od wejścia na giełdę. W tym samym czasie kilka innych moich aktywów również straciło na wartości. Potem był czas na odrabianie strat, jednak szkoda niewykorzystanych możliwości. Jestem natomiast zadowolony z inwestycji w nieruchomości, bo to bardzo stabilny rynek. Jeśli mogę tu czegoś żałować, to tylko tego, że nie kupiłem więcej, kiedy ceny były najkorzystniejsze. Ważne, żeby nie próbować robić niczego ponad swoje możliwości.

Czy do inwestowania – jak do uprawiania sportu na najwyższym poziomie – też potrzebny jest talent?

– Na pewno trzeba mieć nosa. U jednych to cecha wyniesiona z domu, inni nauczyli się tego w dobrych szkołach. Życie też jest dobrym nauczycielem, bo przypomina, że po każdej porażce można się podnieść, a po każdym zwycięstwie przewrócić. W sporcie było mi o to znacznie łatwiej, a w biznesie muszę jeszcze sporo się nauczyć. Zwłaszcza ostrożności. Z natury jestem człowiekiem raczej ufnym, co w biznesie nie zawsze wychodzi na korzyść.

Inwestuje pan sam, wykorzystując ten talent i coraz większe doświadczenie, czy może korzysta z usług doradców?

– Trzeba słuchać fachowców, ale trzeba też weryfikować ich samych i to, co mówią. Ostrożność przede wszystkim.

Co by pan poradził młodemu sportowcowi, który właśnie zaczyna zarabiać więcej od swoich rodziców?

– Żeby część zarobków oszczędzał, część inwestował, a wydawał z głową. Z jednej strony głupio trzymać całą kasę w materacu i jeździć na treningi tramwajem, a z drugiej trzeba pamiętać, że najszybciej może zniszczyć karierę bardzo szybki samochód. Dobrze mieć taki problem, a wokół siebie ludzi godnych zaufania, którzy zawsze dobrze doradzą.

Udostępnij artykuł: