Strefa VIP: Mazurek Heynena

BANK 2018/09

Vital Heynen
By Krzysztof Wiśniewski [CC BY-SA 4.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)], from Wikimedia Commons

Z Vitalem Heynenem, byłem siatkarzem, trenerem siatkarskim, od 7 lutego 2018 r. selekcjonerem reprezentacji Polski, rozmawiał Artur St. Rolak.

Prawie 17 lat temu do obiegu weszło euro. Czy pamięta pan ten dzień?

– Nie, w ogóle. Pamiętam tylko tyle, że jeszcze przez jakiś czas trzeba było wszystkie ceny przeliczać na franki belgijskie, których kurs wobec euro wynosił ok. 40:1. To był proces, nie jeden dzień.

Czy tęskni pan za frankiem? Czy zachował pan sobie na pamiątkę jakąś narodową monetę?

– Nie. Nie jestem osobą, która lubi zbierać. Ja wolę patrzyć w przyszłość.

Dla ludzi pracujących za granicą lub często podróżujących wspólna waluta wydaje się czymś bardzo praktycznym.

– Tak. Kiedy poruszam się po strefie euro, w ogóle nie muszę się martwić o wymianę pieniędzy ani aktualne kursy wymiany. Kiedyś miałem szufladę franków francuskich i szwajcarskich, holenderskich guldenów, niemieckich marek… Mam wrażenie, że ludzie już zapomnieli, jakie codzienne korzyści i wygody dała im, nam, zwłaszcza Unia Europejska. Możemy podróżować bez kontroli granicznych i możemy pracować wszędzie, gdzie tylko chcemy. Kiedy ktoś mnie pyta, gdzie mieszkam, nie odpowiadam, że w Belgii; odpowiadam, że w Europie. Mam dom w Belgii, dom we Włoszech, mieszkanie w Niemczech, wynajmuję apartament w Polsce – jestem po prostu obywatelem Europy.

Lubi pan płatności zbliżeniowe?

– Bardzo! Kiedy płacę w ten sposób, często myślę o moich córkach, które już w ogóle nie używają portfela. Płacą nawet nie kartą, a telefonem. Oczywiście mają karty, ale z nich nie korzystają. Dziś wystarcza nam jedna karta i telefon, a w niedługiej przyszłości wszystko da się załatwić i kupić za pośrednictwem telefonu.

Miał pan jakieś znaczące kłopoty podczas korzystania z zagranicznych kart płatniczych w Polsce?

– W Polsce? Nigdy! Mam porównanie z wieloma krajami, do których podróżuję służbowo, i mogę powiedzieć, że polski system bankowy jest jednym z najnowocześniejszych na świecie. Pod tym względem Polska rozwija się znacznie szybciej niż większość państw europejskich, nawet zachodnich.

Ma pan rachunek w polskim banku?

– Nie, bo nie potrzebuję.

Jako trener pracował pan w Belgii, Niemczech, Turcji, Francji, a teraz ponownie w Polsce. Jak by pan opisał różnice w pracy tam i tutaj?

– Pominął pan jeszcze Holandię… Musiałem szybko się nauczyć, że każdy kraj i każdy naród jest inny, więc nie można wszędzie podchodzić do pracy w ten sam sposób. Przekonałem się jednak, że najczęściej moje oczekiwania pokrywały się z tym, co zastałem po przyjeździe. Potwierdził się np. stereotyp, że w Niemczech wszystko jest znakomicie zorganizowane, a we Francji już nie tak dobrze.

Mam wrażenie, że ludzie już zapomnieli, jakie codzienne korzyści i wygody dała im, nam, zwłaszcza Unia Europejska. Możemy podróżować bez kontroli granicznych i możemy pracować wszędzie, gdzie tylko chcemy. Kiedy ktoś mnie pyta, gdzie mieszkam, nie odpowiadam, że w Belgii; odpowiadam, że w Europie. Mam dom w Belgii, dom we Włoszech, mieszkanie w Niemczech, wynajmuję apartament w Polsce – jestem po prostu obywatelem Europy.

Czego spodziewał się pan po Polsce i Polakach?

– Przed przyjazdem słyszałem, że początkowo jesteście raczej zamknięci w sobie. Wy najpierw musicie kogoś dobrze poznać, żeby się przed nim otworzyć. To jeszcze jeden z wielu powodów, dla których bardzo lubię swoją pracę. Uwielbiam poznawać kulturę innych państw i narodów.

W Polsce siatkówka jest jedną z najbardziej popularnych dyscyplin sportu. Czy z tego powodu odczuwa pan dodatkową presję ze strony kibiców i mediów?

– To prawda, że mało gdzie siatkówka jest aż tak popularna. Odczuwam to na każdym kroku, gdy na ulicy zatrzymują mnie ludzie i proszą o wspólne zdjęcie. Muszę jednak podkreślić, że są przy tym bardzo uprzejmi.

A media? Jest pan trenerem reprezentacji dopiero od siedmiu miesięcy, a udzielił pan już kilkunastu wywiadów.

– Myślę, że znacznie więcej, chociaż udzielam ich na razie tylko po angielsku. To część mojej pracy, która polega między innymi na rozmawianiu z zawodnikami, współpracownikami i także dziennikarzami. Myślę, że z mediami mam całkiem dobry kontakt.

Ale oczekiwania zawsze są bardzo wysokie. Stephane Antiga, który cztery lata temu zdobył z polskimi siatkarzami mistrzostwo świata, został zwolniony po jednym nieudanym turnieju. Pana praca przypomina spacer po polu minowym…

– Decydując się na pracę z jedną z najlepszych drużyn świata, musiałem mieć świadomość, że nie jest to łatwe zadanie. Jeśli w ostatnich dwóch latach zmieniło się dwóch trenerów, to jest to nie tylko praca – to przede wszystkim wyzwanie. Być może pewnego dnia dojdę do wniosku, że to wyzwanie mnie przerasta, ale wtedy sam zrezygnuję.

Czy mówi pan już chociaż trochę po polsku?

– Kiedy pracowałem w Bydgoszczy, mówiłem znacznie lepiej. Teraz znowu się uczę, ale od początku, bo prawie wszystko zapomniałem.

Polscy kibice uwielbiają śpiewać hymn podczas ceremonii przedmeczowych. Zna pan chociaż słowa „Mazurka Dąbrowskiego”?

– Ktoś mi je przetłumaczył, ale nie pamiętam. Moment, kiedy 10 tysięcy osób śpiewa polski hymn, jest przejmujący. Obiecuję, że się nauczę.

„Z ziemi włoskiej do Polski”… Byłoby miło przywieźć do kraju coś konkretnego z mistrzostw świata, których finał zostanie rozegrany w Turynie.

– Absolutnie! Trudno jednak w ciągu zaledwie jednego roku przeskoczyć z dziewiątego miejsca mistrzostw Europy na podium mistrzostw świata. Naszym celem jest przede wszystkim poprawa ubiegłorocznego wyniku, ale z drugiej strony nie jestem trenerem, który będzie zadowolony np. z szóstego miejsca. Moim marzeniem jest przywiezienie medalu „z ziemi włoskiej do Polski”.

Zdjęcia: ZBP

Udostępnij artykuł: