Strefa VIP: Od pucybuta do artysty

BANK 2017/02

Marcin Daniec
Marcin Daniec. Fot. TVP/PAP/Ireneusz Sobieszczuk

Z Marcinem Dańcem, satyrykiem, artystą kabaretowym i stand-uperem, rozmawiał Artur St. Rolak.

Zna pan dowcip-zagadkę o tym, jak wymyślono drut?

– Wiem, do czego pan zmierza. Dowcip jest tak stary, że nie namówi mnie pan na jego opowiedzenie. Poza tym spotkałem w swoim życiu tylu chytrusów (u mojej menedżerki w Lesznie mówi się „nyroli”), że spokojnie mogliby rozciągnąć tę monetę przez kilka województw.

Ma pan może w repertuarze coś śmiesznego o bankach albo pieniądzach w ogóle?

– Miałem przecież w ostatnich telewizyjnych „Marzeniach” dwa skecze o pieniądzach. Dulską grała Ania Guzik, ja Dulskiego. Jak u Zapolskiej, Dulska, klasyczna centuśka, żałuje mężowi każdego grosza. Jednak w mojej wersji lokuje pieniądze w ulubionym parabanku. Wtedy Felicjan odzywa się po raz pierwszy i pyta: „Wszystkie?!”. Ona: „Przecież miał ogłoszenie »Inwestuj w złoto«!”. Dulski: „Nie przeczytałaś, że na końcu było: »Moje!«?” Ona: „No to nie mamy ani grosza!”. On: „Jesteś… geniuszem!”. Drugi skecz to stary, żydowski szmonces o tym, że jeśli pożyczyłeś pieniądze Rozenkrancowi, a on z kolei pożyczył Rappaportowi, który pieniądze pożyczył Rosenzweigowi… i te-de, to jest kłopot, ale każdy z nich sumienie ma czyste!

Z ludzi biednych nabijać się nie wypada, ale bogaci, a zwłaszcza nowobogaccy, to chyba wdzięczny temat do żartów. Co pana najbardziej śmieszy u ludzi z grubą kasą?

– Z takich ludzi nie wypada się śmiać! Ludziom bogatym się zazdrości! Niepotrzebnie się uśmiechnąłem. Już zaczynał pan wierzyć…

Ile gotówki zwykle nosi pan przy sobie?

– Jestem zbyt dużym roztrzepańcem, żeby nosić portfel. Około 20 już zgubiłem. W kieszeni mam zawsze stówę, żeby zapłacić za kort i trochę drobnych do parkometru. Kiedyś w Warszawie poszedłem do recepcji hotelowej, żeby rozmienić pieniądze. Wróciłem do samochodu po dwóch minutach, które kosztowały mnie 50 zł. Nie zapomnę im tego!

Jak widać, bez portfela da się żyć, ale czy również bez kart kredytowych i płatniczych?

– Mimo że uwielbiam płacić gotówką, nie będę dworował z jednego z najwygodniejszych wynalazków człowieka. Wkurzam się tylko, kiedy za wodę mineralną, obwarzanek albo za przejazd autostradą niektórzy płacą kartą. Z drugiej strony trzeba jednak zrozumieć, że mają kartę płatniczą od niedawna…

Pamięta pan swoją pierwszą kartę?

– Nigdy nie zapomnę uroczystego wręczenia pierwszej karty. Zostałem zaproszony do saloniku, złożyłem podpis i otrzymałem urocze, czarne, eleganckie pudełeczko, w którym była karta z moim nazwiskiem, zawieszki na bagaże i karta wstępu do saloników VIP na lotniskach. Zawieszki zaginęły po pierwszym locie do Grecji, a z saloników nie korzystam, bo zawsze przyjeżdżam na lotnisko w ostatniej chwili.

Czy zdarzyło się, że karta wystawiona przez polski bank nie chciała działać za granicą albo sprzedawca odmówił przyjęcia zapłaty takim plastikiem?

– Nie dość, że działały, to jeszcze imponowało mi, że za każdym razem, nawet przy niewielkich zakupach, ekspedientka prosi o pokazanie paszportu, by zweryfikować dane.

Co pana najbardziej irytuje w kontaktach z polskimi bankami?

– Stanowczo za często pani Iwona dzwoni z banku z informacją, że „wyczerpał się limit na karcie”. Potem spokojnie dodaje: „Trzeba kartę zasilić. Jaką kwotę pan proponuje?”. A poważnie, gdyby nie mój bank, to przy comiesięcznym płaceniu na poczcie „prądów”, „gazów”, „wodów” i innych rachunków na pewno bym oszalał. Stałe zlecenia płatności to kolejny wielki wynalazek.

Dał się pan nabrać na kredyt frankowy?

– Na szczęście nie! Bałbym się wziąć kredyt w obcej walucie, bo kilkanaście lat temu myślałem, że w 2015 r. dolar będzie po sześć, a funt po osiem złotych.

To może chociaż śmiechem pomoże pan „frankowiczom” nieco złagodzić skutki zmiany kursu?

– Zmiany kursu franka nie da się złagodzić śmiechem, bo to bardzo poważna sprawa. Mojej menedżerce, która jest „frankowiczką”, ciągle powtarzam, że na pewno banki i politycy tak tego nie zostawią. Powoli zaczyna wierzyć…

Wszyscy jesteśmy klientami banków, natomiast banki bywają pana klientami. Dobrze płacą?

– Honoraria na imprezach dla banków nie różnią się od innych występów. Bankowcy podczas tych spotkań są bardzo zrelaksowani.

Kiedy i jak zarobił pan pierwsze pieniądze?

– Jako chłopiec dwa razy w roku byłem… pucybutem. Przyjeżdżał do nas brat mojej mamusi. Za każde wypucowanie (tak się w Galicji określa porządne czyszczenie butów) wujek Jędrek dawał mi pięć dych! Wtedy też byłem ministrantem. Chodziliśmy z kolegą Staszkiem po domach, zapowiadając przyjście księdza po kolędzie. Nigdy nie zapomnę dwóch stert monet na stole, ponieważ na koniec sprawiedliwie dzieliliśmy „zyski”. Zwykle wychodziło około stówy na głowę.

Na co wydawał pan te pieniądze?

– Przez dwa miesiące wydawałem je na różne małe przyjemności.

Najgłupszy wydatek w pana życiu?

– Któregoś roku pojechaliśmy z żoną i córką na wczasy do Grecji od 1 do 14 września. Lało przez 10 dni!

Czego nie jest pan w stanie sobie odmówić niezależnie od ceny?

– Zostałem tak wychowany, że zawsze potrafię odmówić sobie wielu rzeczy.

Czy – poza sportem, do którego za chwilę wrócimy – ma pan jakieś hobby wymagające od czasu do czasu odrobiny szaleństwa? Także finansowego…

– Największe szaleństwo to gra w tenisa dwa albo trzy razy w tygodniu. Trzeba zapłacić 60 zł za godzinę. Ponieważ mecze rozgrywamy w Krakowie, drugą godzinę sponsoruje… przeciwnik.

Powszechnie wiadomo, że jest pan nie tyle kibicem, co wręcz miłośnikiem sportu. Pieniędzy sportowcom pan nie zazdrości, bo wie, ile potu trzeba wylać, aby odnieść sukces. Sławy pewnie też nie, bo na brak popularności nie może pan narzekać. Czego w takim razie, jeśli w ogóle?

– Jeśli ktoś wykonuje katorżniczą pracę przez kilkadziesiąt lat, nie wolno mu niczego zazdrościć! Kogoś takiego należy tylko podziwiać! Od dziecka chciałem być Lubańskim, Szurkowskim, Fibakiem, Karbarzem, Beblem albo Wójtowiczem. Poznałem każdego z nich i wiem, że są herosami!

W jakimś wywiadzie powiedział pan kiedyś, że przynajmniej medalu olimpijskiego nie można kupić. W znaczeniu symbolicznym – nie, ale w dosłownym – tak. Coraz częściej w celach dobroczynnych sportowcy wystawiają na aukcjach swoje trofea. Brał pan kiedyś udział w takiej licytacji?

– Bardzo często występuję charytatywnie i też prowadzę licytacje. Sportowcy często wystawiają na licytacje swoje najcenniejsze pamiątki, a dochód idzie na szczytny cel. Chwała im za to! Dotychczas widziałem na własne oczy i trzymałem w rękach złoty medal Szymona Ziółkowskiego, kilka minut po dekoracji na stadionie w Sydney, i cztery „złota” Korzeniowskiego. Któregoś razu byliśmy z żoną na kolacji u Roberta i tylko dla nas wykonał ten „pokaz medalowy”! Potem odwiózł medale do sejfu w banku i tyle je widzieliśmy…

Czyj medal sprawiłby panu największą radość?

– Jeśli do czegoś pan zmierza, to zamawiam jeden ze złotych medali pani Ireny Szewińskiej albo „Korzenia”. Przecież tyle ich zdobyli…

Fot. TVP/PAP/Ireneusz Sobieszczuk

Udostępnij artykuł: