Strefa VIP: Pieniądze to za mało by stać sie mecenasem

BANK 2016/06

Z Marią Wollenberg-Kluza, malarką, rozmawiał Karol Jerzy Mórawski.

Z Marią Wollenberg-Kluza, malarką, rozmawiał Karol Jerzy Mórawski.

Wiele instytucji finansowych poszukuje alternatywnych form inwestowania, również w działa sztuki. Jak powinna, pani zdaniem, wyglądać polityka w tym zakresie? Czy należy koncentrować się na tzw. pewniakach, czy też stawiać na młode talenty?

- Tak zwane rynkowe pewniaki, czyli dzieła uznanych twórców, z reguły osiągnęły już górny cenowy pułap. Taki zakup ma sens nie jako inwestycja sensu stricto, tylko bezpieczna lokata kapitału. Profesjonalne inwestowanie w rynek sztuki bazuje z reguły na promowaniu młodych talentów. Również i w Polsce niektóre banki angażują się w ten segment rynku, urządzając wystawy młodych twórców, przyznając im nagrody. To ważny element kompleksowej, świadomej polityki inwestycyjnej, która nie ogranicza się do nabywania przez banki dzieł sztuki, chowania ich w skarbcu na podobieństwo sztabek złota i pasywnego oczekiwania na zwrot z inwestycji. Zresztą na tym rynku operują nie tylko banki. Inwestują również przedsiębiorcy z innych sektorów, są wreszcie galerie, które się specjalizują w promowaniu młodych talentów. Wsparciem dla tego rodzaju inwestorów mogą być takie inicjatywy, jak Kompas Sztuki czy podobne rankingi, wychwytujące trendy rynkowe. Oczywiście rynek artystyczny, jak każda zresztą forma inwestycji, wiąże się z pewnymi specyficznymi ryzykami. Nie każdy twórca spośród tych, którym się ułatwi drogę do zaistnienia na rynku sztuki na tym rynku utrzyma się. Załóżmy, że początkujący twórca wystawił serię obrazów, która została nadspodziewanie do brze przyjęta na rynku. Jeżeli wówczas rynek sztuki będzie oczekiwał od tego artysty powtarzalności, to istnieje olbrzymie niebezpieczeństwo, że twórca przestanie się rozwijać, skoncentruje się na powielaniu dotychczasowych pomysłów

Na przestrzeni dziejów mecenasami sztuki były różne instytucje - od królów czy papieży aż po świat biznesu. Komu ta zaszczytna rola powinna przypaść obecnie?

- Rynek sztuki i w ogóle twórczość przypomina bardziej żywy organizm aniżeli zaplanowaną od początku działalność. W gospodarce centralnie planowanej praktyczny monopol na mecenat rościło sobie państwo - i jak dobrze wiemy, był to mecenat wybiórczy, o czym świadczył potężny potencjał tzw. sztuki drugiego obiegu. Dziś nie powinniśmy operować perspektywą: państwo czy świat biznesu. Ważne jest co innego - mecenat z prawdziwego zdarzenia nie może się opierać wyłącznie na zimnej kalkulacji. To odróżnia mecenasa od zwykłego inwestora, dla którego podstawowym celem jest zakładany poziom zwrotu z inwestycji. Tymczasem mecenas powinien odczuwać wewnętrzną potrzebę skoncentrowania się akurat na sztuce współczesnej czy też na antykach. Pomińmy zimną kalkulację, należy dokonać intuicyjnego wyboru. Jeżeli ten warunek pozostanie spełniony, to nie ma większego znaczenia, czy procesem będzie zarządzać urzędnik państwowy na decyzyjnym stanowisku, czy zarząd lub rada nadzor mecenasemcza instytucji finansowej. Również niewielki przedsiębiorca, czy nawet zwykły Kowalski dysponujący jakąś nadwyżką finansową, może zgromadzić kompletną i wartościową z artystycznego punktu widzenia kolekcję. Zależy to w największym stopniu od wrażliwości i potrzeby kolekcjonera - inwestora.

bank.2016.06.foto.169.a.400xCzy po okresie zachłyśnięcia dobrami konsumpcyjnymi przyszedł już czas na to, by przeciętny Kowalski inwestował również i w sztukę?

- Ta potrzeba była, jest i zawsze będzie w społeczeństwie. Poza grupą typowych dorobkiewiczów, którym wystarczą do szczęścia luksusowe przedmioty użytkowe, jak auta czy wille z basenami, jest całkiem pokaźna ilość osób odczuwających potrzebę obcowania ze sztuką w najróżniejszej postaci. Takie osoby mają spory wybór, mogą kupować tańsze obiekty, a nawet ciekawe dzieła sztuki ludowej. Sporą rolę do odegrania w tym zakresie ma również świat artystyczny: sami twórcy, krytycy sztuki, mecenasi czy wreszcie media kreujące określone trendy. Paradoksalnie, w dzisiejszym świecie też możemy mówić o "drugim obiegu", choć nie wynika to z oficjalnej cenzury. Wynika to z orientacji rynku na określoną formę ekspresji artystycznej, dzisiaj w modzie jest w szczególności awangarda nastawiona na szokowanie widza. Ten trend wynikł z potrzeby nowości, odmienności, z czego niektórzy artyści, w szczególności na rynku amerykańskim, zrobili sobie zresztą całkiem intratny biznes. Przykładem może być Andy Warhol, który malował dosłownie wszystko, od puszek z zupą Campbella poprzez banknoty aż po wizerunki Marilyn Monroe, Mao Tse-Tunga czy Che Guevary. W tej sytuacji "drugim obiegiem" staje się sztuka oparta na warsztacie. Moim zdaniem za olbrzymi błąd należy uznać niedocenianie sztuki warsztatowej i równoczesne przecenianie sztuki "pop" o wartości chwilowej, aktualnej. Dlaczego? Istnieje wszak całkiem pokaźna grupa twórców, dla których podstawą jest rzetelny warsztat, profesjonalizm i kreatywność w rozumieniu nieszokowania - wszak do szokowania nierzadko nie potrzeba żadnego warsztatu - tylko przekazania myśli. Czy taka sztuka łatwiej znajduje nabywców? Tymczasem sztuka warsztatowa cieszy się powodzeniem w kręgach nie tylko snobistycznych. Łatwiej dostrzec walory dzieła klasycznego, bo sztuka warsztatowa to nie tylko pejzaż, ale i odrealniony przedmiot, i odrealniona wizja lub przemyślana abstrakcja. Nikogo nie trzeba specjalnie przekonywać, żeby powiesił sobie w mieszkaniu np. ciekawy pejzaż. Z kolei w przypadku dzieł awangardowych, gdzie nastawienie na chwilowy efekt szoku dopuszcza wizje trudne do zaakceptowania, potrzebny jest specyficzny gust, a bywa, że i ślepe uleganie lansowanej przejściowej modzie.

Ale przecież artysta może uczynić ze swej twórczości całkiem intratny biznes, nie obniżając poziomu. Przykładem może być Wojciech Kossak. Jak udało mu się pogodzić te dwie rzeczywistości?

- Wojciech Kossak po pierwsze miał swój warsztat doprowadzony do perfekcji i ów warsztat szanował. Ale to jeszcze nie wszystko. Pamiętajmy, że Kossak - przy całym talencie biznesowym - był nie tylko doskonałym rzemieślnikiem. W przeciwieństwie do wielu współczesnych artystów nie tworzył na zamówienie klientów wszystkiego - od portretów i pejzaży aż po abstrakcję - chociaż warsztatowo zapewne dałby radę. Był wizjonerem, tworzył dzieła o jasno sprecyzowanej tematyce, głównie sceny batalistyczne. Pamiętajmy również, że jego twórczość wpisywała się w model patriotyczny, który w historii narodu polskiego zawsze miał szczególne znaczenie. Wydaje się, że i obecnie zapotrzebowanie na tabloidy i kicz powoli przemija. Powraca chociażby potrzeba czytelnictwa, pomimo zmasowanej siły multimediów. Okazuje się bowiem, że podanie na tacy gotowego obrazu nie wystarczy. Człowiek potrzebuje w równym stopniu własnych głębszych przeżyć, a te jest mu w stanie dać literatura, sztuki piękne, teatr, ale w żadnym razie nie smartfon czy tablet.

Rok 1989 przyniósł rozdźwięk pomiędzy tymi, co sobie poradzili w biznesie a pracownikami kultury i sztuki. Czy przez ćwierć wieku te dwa środowiska zbliżyły się do siebie?

- Jeżeli nawet do takiego zbliżenia dochodzi, to jest ono w znacznej mierze niewystarczające. Niejeden przedsiębiorca prywatny nie potrafił i po części nadal nie potrafi - zrozumieć, że ludzie pracujący w kulturze - muzeach, archiwach, bibliotekach - wykonują nader potrzebną i ciężką pracę, zarabiając dosłownie grosze. To niezrozumienie jest wynikiem przyjętego modelu wzrostu firmy i roli, jaką działalność gospodarcza pełni dla takiego przedsiębiorcy. Wielu ze świeżo upieczonych biznesmenów koncentrowało się jedynie na dochodzeniu do sukcesu od tzw. "szczęki" czy "łóżka polowego" - i dla niektórych osiągnięcie pewnego statusu materialnego, pewnego dobrobytu okazało się być spełnieniem wszystkich życiowych aspiracji. Jak odmienić ten niekorzystny trend? Uważam, że najwięcej zależy od wychowania i wrażliwości. Pozytywną rolę może pełnić edukacja kulturalna, zachęta do obcowania ze sztuką. Ale to nie może być zorientowane na jeden rodzaj przekazu artystycznego; ludzie potrzebują obcowania z teatrem, plastyką, muzyką, żeby trochę się ubogacić. Najważniejsza jest różnorodność, dlatego propozycja musi być odpowiednio szeroka. Uważam również, że powinniśmy w większym stopniu niż dotychczas popularyzować sztukę polską. Wbrew pozorom, u nas dzieje się bardzo dużo i mamy dużo bardzo dobrych, profesjonalnych twórców, a równocześnie organizuje się zdecydowanie zbyt mało np. reprezentatywnych wystaw zbiorowych. Takie przeglądy są cenne, bo właśnie podczas nich można wybrać to, co najwartościowsze.

Obaj pani synowie od wielu już lat zajmują eksponowane stanowiska w polskim sektorze finansowym. Na ile wychowanie w domu przepełnionym sztuką może stanowić atut w niełatwym świecie wielkiego biznesu?

- Dla mnie ekonomia jest czymś bardzo dalekim, chociaż bardzo lubiłam matematykę. Mąż jest absolwentem politechniki, więc model myślenia matematycznego zawsze był bliski moim synom. Dodatkowo wzrastali oni w domu, w którym stałymi gośćmi byli pisarze, malarze, poeci. Takie otoczenie kształtuje zwiększoną wrażliwość na sztukę i literaturę, również u tych, którzy sami nie wybrali działalności artystycznej jako swej ścieżki kariery. Ale nie to jest najważniejsze. Stokroć istotniejsze są szerokie perspektywy, wyrażające się chociażby w innym, zdecydowanie szerszym spojrzeniu na człowieka i na świat. W uwzględnianiu takich aspektów, jak patriotyzm czy poczucie wspólnoty. Uważam, że to w znacznej mierze właśnie wynik przebywania w zróżnicowanych środowiskach, swoistego interdyscyplinaryzmu. Nie tylko bowiem w finansach i ekonomii grozi nam popadnięcie w schematyzm i zawężenie horyzontów, jeżeli koncentrować się będziemy jedynie na swojej profesji. Dotyczy to także i artystów, ludzi kultury, którzy niekiedy ostentacyjnie odrzucają wszystko, co związane z biznesem. Nie tędy droga.


(współpraca JG,SBW)

 

Udostpnij artyku: