Strefa VIP: Pochodne instrumenty finansowe – między matematyką a etyką

BANK 2018/05

Wydaje się, że o pochodnych instrumentach finansowych napisano już wszystko. Mają one swoich gorących obrońców, jak i zdecydowanych przeciwników. Jedni widzą w nich remedium na wszelkie rodzaje ryzyka, inni wręcz przeciwnie, uważają derywaty za ich główne źródło.

Wydaje się, że o pochodnych instrumentach finansowych napisano już wszystko. Mają one swoich gorących obrońców, jak i zdecydowanych przeciwników. Jedni widzą w nich remedium na wszelkie rodzaje ryzyka, inni wręcz przeciwnie, uważają derywaty za ich główne źródło.

Kamil Goral

Pochodne instrumenty finansowe bez wątpienia królują dziś w świecie finansów. Zarówno teoretycy, jak i praktycy rynków finansowych nie mogą sobie bez nich poradzić. Kolejne modele wyceny wykorzystują coraz bardziej zaawansowane metody matematyczne. Czynią przy tym ten temat coraz bardziej hermetycznym. Z jednej strony derywaty są praktycznie wszędzie, z drugiej liczba osób, które naprawdę rozumieją oparte na nich produkty finansowe maleje. Polemiczna teza? Być może. Aby się nad tym głębiej zastanowić, przeprowadźmy mały eksperyment myślowy: ile osób, nawet ze świata finansów, potrafi kompetentnie wytłumaczyć, czym są: stochastyczne równania różniczkowe, martyngały, całki stochastyczne... Ile osób, poza wąską grupą tzw. quantów, wie, co oznaczają te terminy i potrafi je zastosować w modelowaniu cen instrumentów finansowych? Nie trzeba robić badań, żeby dojść do wniosku, że świat instrumentów pochodnych jest coraz mniej zrozumiały. Spotykamy je coraz częściej, ale coraz mniej z nich rozumiemy. Odpowiadając na ten problem, ktoś może stwierdzić, że taka wiedza jest niepotrzebna, przecież mało kto wie, jak działają komputery i nikomu to nie przeszkadza. Problem leży jednak nie w tym, jak działają derywaty, ale jakie mogą być skutki ich wykorzystania. Żeby móc je ocenić, trzeba umieć zajrzeć do środka tego produktu, zobaczyć, z czego jest zbudowany i co się stanie, jeśli któryś z wbudowanych mechanizmów nie zadziała jak trzeba. Kłopot polega na tym, że dziś zajrzeć do środka może bardzo niewiele osób. A nawet ci, którzy mają możliwość takiego wglądu, nie są w stanie ogarnąć całej złożoności świata pochodnych instrumentów finansowych. Skutki takiego stanu rzeczy były w przeszłości i mogą być w przyszłości opłakane.

Aby jednak zrozumieć obecną rzeczywistość, z jaką mamy do czynienia, jeśli chodzi o derywaty, potrzebna jest pewna refleksja nad przyczynami. Dlaczego świat pochodnych instrumentów finansowych jest rzeczywistością tak złożoną, a przez to również niebezpieczną? Żeby znaleźć rozwiązanie na dany problem, często trzeba przyjrzeć się jego genezie, poznać źródła. Rys historyczno-filozoficzny będzie zatem kanwą do rozważań o charakterze etycznym.

W poszukiwaniu remedium

W paradygmacie współczesnej ekonomii z dominującą rolą modelu homo oeconomicus, zamiłowaniem do matematyczno-statystycznego wnioskowania trudno znaleźć miejsce na kwestie etyczno- filozoficzne. Ekonomia oddzieliła się od filozofii setki lat temu, wybrała inny kierunek. Metafizyczne dysputy tracą sens, kiedy chodzi o efektywne zarządzanie ograniczonymi zasobami, maksymalizację użyteczności i testowanie statystycznych hipotez. Tylko jakie są obecnie owoce tego podejścia. Rynek instrumentów pochodnych wart jest około 800 bilionów dolarów. Obroty tymi instrumentami idą także w biliony. Kryzysy finansowe powtarzają się coraz częściej, a ich skala ogarnia cały świat. Zresztą globalna gospodarka cały czas siedzi na bombie z opóźnionym zapłonem. Polityczni decydenci, niczym saperzy, raz na jakiś czas próbują rozbroić grożący eksplozją ładunek, udaje im się jednak jedynie opóźnić wybuch. Nikt nie wie, co się wydarzy.

Finanse nie zdołały podołać wyzwaniu, nie stały się fizyką nauk społecznych. Rozwiązanie problemu ma związek z diagnozą jego przyczyn. Po pierwsze – konieczne jest odejście od pełnego pychy założenia, że ludzki rozum jest w stanie ogarnąć bezmiar rzeczywistości poprzez obserwację i matematyzację. Metoda nauk przyrodniczych w ekonomii nie daje oczekiwanych rezultatów. Wytworzyła jedynie złudne poczucie pewności, że wszystko jest pod kontrolą, bo tak mówią modele. Oczywiście nie oznacza to rezygnacji z badań statystycznych w ekonomii czy finansach. Ich rola powinna jednak ulec zmniejszeniu. Coraz bardziej zaawansowane modele nie przynoszą bowiem oczekiwanych odpowiedzi. Często natomiast stwarzają pozory kontroli. Układ ma działać zgodnie z modelem, tymczasem nie działa. Być może zamiast modelowania albo obok modelowania większy nacisk należy położyć na inne metody wnioskowania, np. wnioskowanie heurystyczne. Można je zdefiniować w sposób następujący: „W metodach heurystycznych wykorzystuje się opinie i oceny różnych osób (ekspertów, profesjonalistów i nieprofesjonalistów) zaangażowanych w rozwiązywanie danego problemu, tj. znajdowanie faktów i związków między nimi oraz formułowanie własnych nieskrępowanych osądów i propozycji rozwiązań. Metody te wykorzystują osiągnięcia heurystyki, tj. dyscypliny zajmującej się badaniem procesów twórczego myślenia i formułującej zalecenia, których zastosowanie umożliwia efektywniejsze rozwiązywanie problemów. Podejście heurystyczne do problemu oznacza rozbudzenie fantazji, wyobraźni i intuicji oraz koncentracji na twórczych elementach rozwiązywanego problemu. Stosuje się co najmniej kilkadziesiąt metod (technik) heurystycznych” (za – J. Orzeł. „Rola metod heurystycznych, w tym grupowej oceny ekspertów, oraz prawdopodobieństwa subiektywnego w zarządzaniu ryzykiem operacyjnym”. „Bank i Kredyt”, 5/2005, s. 5).Wnioskowanie heurystyczne, chociaż nie gwarantuje niezawodności, służy lepszemu rozeznaniu w sytuacji. Pogłębiona dyskusja, zwana także burzą mózgów, rozważanie alternatywnych scenariuszy połączone z komentarzem i uzasadnieniem własnej opinii pozwalają spojrzeć na sprawy szerzej. Wnioskowanie statystyczne zaś opiera się na przyjęciu założenia, że przeszłość jest powtarzalna, że czynniki, które wcześniej miały określony wpływ na dane zjawisko, także w przyszłości go zachowają. (…).

Złożoność świata finansów

Postępowanie etyczne wymaga stanięcia w prawdzie o sobie i rzeczywistości oraz uznania własnych ograniczeń. Złożoność otaczającego nas świata jest oczywista, nie da się jej ująć w model statystyczny. Tymczasem tak wiele dzisiaj zależy od tego, czy dana prognoza finansowa się sprawdzi, czy konkretna wycena nie zawiedzie. Uzależnione od tego są losy nie tylko poszczególnych instytucji. Jak pokazał ostatni kryzys finansowy, upadek jednego podmiotu finansowego ma skutki dla całej światowej gospodarki. Ogromna rola pochodnych instrumentów finansowych, przechodzących z rąk do rąk i wycenianych na podstawie wyrafinowanych modeli, tylko zwiększa poziom złożoności świata finansów. Potrzebny jest zatem metodologiczny zwrot i uznanie, że zbyt wiele rzeczy jest poza naszą kontrolą.Nie ma co się łudzić. Statystyka nie zapewni nam bezpieczeństwa. Jest ona użytecznym narzędziem, ale podlegającym niezwykle surowym ograniczeniom. Nie może zwalniać z myślenia, posługiwania się innymi sposobami wnioskowania. (…) Instrumenty pochodne miały pomóc zwalczać ryzyko, tymczasem są dziś jego głównym źródłem. Nie są one same w sobie złe. Jako narzędzie powinny być wykorzystywane zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Należy mieć zatem na uwadze, że ich zastosowanie w celach innych niż kontrolowanie ryzyka, to niezwykle niebezpieczna zabawa, przed konsekwencjami której może nie ochronić żaden model.Obok zwrotu metodologicznego konieczny jest także, ważniejszy od niego, zwrot etyczny. (…) Jeśli po drugiej stronie nie widzi się żywego człowieka tylko cyfry na komputerze, wszystkie chwyty są dozwolone. Postępująca depersonalizacja wzmacnia poczucie bezkarności. Konsekwencje moralne zostają unieważnione przez prymat stopy zwrotu. Zamiast personalizmu pojawia się utylitaryzm wzmocniony technicznym nowinkarstwem potęgującym brak poczucia więzi i odpowiedzialności.Instrumenty pochodne wpisały się w tę rzeczywistość. Są to bowiem umowy, z których nie wynika nawet konieczność dostawy fizycznej dobra, którego dotyczą. To tylko zakłady, nie trzeba posiadać upraw zboża czy kawy, żeby handlować kontraktami terminowymi na te surowce. (…) Nie ma zatem punktu odniesienia innego niż zysk. Prymat użyteczności zasłania osobę, zyskowna transakcja jest zgodnie z nim ważniejsza niż jej skutki dla drugiej strony. Przypomina to raczej grę w kasynie niż działalność mającą wpływ na życie często milionów ludzi. Skrajna postać darwinizmu społecznego, w której zwycięzca bierze wszystko, a przegrany zostaje z niczym, wymaga radykalnej zmiany. Konieczny jest tutaj personalistyczny zwrot, dostrzeżenie w partnerze transakcji osoby.Nasze rozważania nie powinny pozostawić czytelnika w pesymistycznym nastroju. Etyka czy szerzej metafizyka potrafią znaleźć rozwiązania nawet w takich dziedzinach, jak zdawałoby się bliższe naukom ścisłym finanse. Być może jednym z konkretnych kroków na przyszłość jest stworzenie powszechnego kodeksu dobrych praktyk w obrocie derywatami. Czegoś na kształt etyki instrumentów pochodnych. Dynamiczny rozwój derywatów nie powinien przebiegać w aksjologicznej próżni.Zaprezentowany tekst to esej Kamila Gorala – laureata V polskiej edycji Konkursu Etyka w Finansach. Pozostałe nagrodzone eseje znajdują się na stronie www.zbp.pl. Konkurs jest organizowany przez Komisję Etyki Bankowej przy Związku Banków Polskich. Obecnie trwa VI jego edycja, jest on skierowany do młodych osób, które nie ukończyły 35 roku życia. Kandydaci przedstawiają niepublikowany wcześniej esej w języku polskim o etyce w finansach. Pula nagród w konkursie wynosi 20 000 zł. Więcej informacji na stronie www.zbp.pl
Udostpnij artyku: