Strefa VIP: Problemem jest brak szacunku dla odmiennych poglądów

BANK 2017/04

Z Igorem Janke, prezesem Instytutu Wolności, rozmawiali Przemysław Barbrich i Jan Osiecki.

Z Igorem Janke, prezesem Instytutu Wolności, rozmawiali Przemysław Barbrich i Jan Osiecki.

Czy kiedyś nadejdzie taka chwila, że przestaniemy się kłócić wszyscy ze wszystkimi i o wszystko?

– Chciałby pan, żebym wyciągnął szklaną kulę i przepowiedział, jak będzie wyglądała przyszłość? Niestety, choć bardzo tego pragnę, nie umiem odczytać przyszłości. Chciałbym móc powiedzieć, że w tej chwili przeżywamy trudny moment, który trzeba przejść, ale potem będzie lepiej, ale jak będzie, nie wiem. W ostatnich kilkunastu latach mieliśmy w historii kilka takich momentów, kiedy napięcie po wzrostach opadało i wydawało się, że będzie już bardzo dobrze. Choćby po katastrofie smoleńskiej Polska przez kilka dni była innym państwem...

...ale potem emocje wybuchały jeszcze silniej...

– Dlatego nie jestem specjalnym optymistą, mówiąc o przyszłości. Sądzę, że z tym zjawiskiem wzajemnego braku zrozumienia, które ma miejsce obecnie, będziemy i musimy nauczyć się żyć dalej, co nie znaczy, że je akceptować. Niestety nie słyszałem o żadnym dobrym sposobie na zmianę tej sytuacji i – co gorsze – nic mi nie wiadomo, żeby ktokolwiek go znał.

Nic nie możemy zrobić?

– Możemy spróbować naprawiać tę sytuację, zaczynając od siebie. Warto starać się, wszędzie gdzie się da, rozmawiać normalnie, słuchać, próbować zrozumieć argumenty rozmówcy, nawet wówczas, gdy fundamentalnie się z nim nie zgadzamy. Spór sam w sobie nie jest niczym złym, problemem jest brak nawet cienia próby znalezienia szacunku dla poglądów innej strony.

Wywołał pan temat szklanej kuli, proszę sobie wyobrazić czytelnika „Gazety Polskiej” albo „wSieci”, który szanuje czytelnika „Gazety Wyborczej” i odwrotnie...

– Jestem sporadycznym czytelnikiem tych tytułów, ale mam znajomych, którzy czytają te oraz inne pisma z tej grupy i bardzo ich szanuję i mam nadzieje, że z wzajemnością. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że to nie jest powszechne zjawisko. Brak szacunku dla odmiennych poglądów to jest poważny problem. Nie wiem, ile czasu musi minąć, żebyśmy nauczyli się szanować poglądy innych. W tej chwili nie widzę żadnych sygnałów świadczących o tym, żeby to szło w dobrym kierunku. Komunikaty nadawane przez obie strony toczącego się w Polsce sporu politycznego są takie, że w obu zwaśnionych obozach to napięcie, wzajemne niezrozumienie i podejrzliwość, tylko rosną.

Jeżeli osoby, które nie akceptują dzisiejszej władzy, nie spróbują zrozumieć, dlaczego ludzie wybrali tę partię, która dzisiaj rządzi, to nie posuniemy się do przodu. I w drugą stronę: jeżeli osoby, które wybierały obecną władzę, nie zastanowią się, dlaczego jest wciąż wielu niezadowolonych z rządu i pojawiają się tak silnie emocjonalnie reakcje na to, co robi władza, to też się nie posuniemy.

Trzeba poczekać, aż przyjdzie kolejne pokolenie?

– Obawiam się, że nie można zakładać, iż przyjdzie nowe pokolenie, które będzie lepsze. Ci młodzi ludzie będą tacy, jak ich dzisiaj wychowamy. To oznacza, że jeśli dzisiejsi fighterzy wychowywali dzieci na jeszcze ostrzejszych fighterów, to na pewno lepiej nie będzie...

To jak pan przekonuje uczestników Szkoły Przywództwa, że – mówiąc kolokwialnie – walenie maczugą w łeb nie jest najlepszym pomysłem?

– W ogóle ich nie przekonuję, bo nie muszę. Ludzie, którzy do nas przychodzą tacy nie są. Trafiają do nas osoby o różnych poglądach, o które zresztą ich nie pytam, ale z rozmów wynika, że nie wszyscy są jednomyślni. A jednak widzę, że próbują ze sobą normalnie rozmawiać. Parę tygodni temu rozpoczęliśmy kolejną edycję, przyjechało 100 nowych osób, ludzi bardzo ciekawych, aktywnych 30-latków. I kiedy rozmawiałem z nimi o sytuacji politycznej, o tym, jak oni patrzą na sposób uprawienia polityki przez wszystkie strony sporu, to większość moich rozmówców nie była zadowolona z tego, co się dzieje. Oni inaczej ze sobą rozmawiali, słuchali argumentów strony przeciwnej. To dla mnie dobry sygnał. Ale to nie znaczy, że wszyscy ludzie w wieku 30 lat są tacy.

Kluczem może być kompromis, choć świat polityki nie zachęca, żeby go szukać.

– Na kompromis raczej bym nie liczył.

To na co?

– Na próbę wzajemnego zrozumienia. Bo jeżeli osoby, które nie akceptują dzisiejszej władzy, nie spróbują zrozumieć, dlaczego ludzie wybrali tę partię, która dzisiaj rządzi, to nie posuniemy się do przodu. I w drugą stronę: jeżeli osoby, które wybierały obecną władzę, nie zastanowią się, dlaczego jest wciąż wielu niezadowolonych z rządu i pojawiają się tak silnie emocjonalnie reakcje na to, co robi władza, to też się nie posuniemy. Obie strony muszą przynajmniej spróbować zrozumieć własne racje.

W tej kwestii jesteśmy zgodni, ale problem polega na tym, że spór ze sceny politycznej rozlewa się coraz szerzej w obszary społeczne, ekonomiczne itp. Ekolodzy protestują przeciwko budowie dróg, frankowicze przeciwko bankom. Niezależnie o co toczy się spór, jest jedna cecha wspólna: obie strony okopały się na swoich pozycjach i nie ma żadnego sensownego rozwiązania tej sytuacji.

– Wydaje mi się, że mimo wszystko łatwiej jest osiągnąć konsensus w tej drugiej z wymienionych przez pana kwestii. I to mimo że problem frankowiczów dotyczy wielu osób i ich realnych interesów, a z drugiej strony organizacji i całego systemu bankowego oraz bezpieczeństwa finansowego państwa.

Dlaczego w takim razie w tej kwestii może być łatwiej się dogadać?

– Mimo że to bardzo ważne sprawy dla obu stron, to jednak w tym wypadku mówimy o jakimś konkrecie. Można zaproponować: „wy się posuńcie o dwa, to my się posuniemy o trzy”. Wiem, że to nie jest łatwe, ale w tej kwestii jest prościej się porozumieć niż w sferze wartości, gdzie ustąpić jest niezwykle trudno, a obie strony oskarżają się o coś bardzo złego.

Na koniec zatem trzeba przywołać Jana Pospieszalskiego i powiedzieć za nim, że „warto rozmawiać”...

– Oczywiście, bo tylko wtedy może się udać nam porozumieć.

Udostępnij artykuł: