Strefa VIP: Wciąż nie pojmujemy kwestii prawa do ryzyka

BANK 2016/06

Z prof. dr hab. Januszem Rachoniem, byłym rektorem Politechniki Gdańskiej, specjalistą od syntezy chemicznej, senatorem VII kadencji, rozmawiali Przemysław Barbrich i Jan Osiecki.

Z prof. dr hab. Januszem Rachoniem, byłym rektorem Politechniki Gdańskiej, specjalistą od syntezy chemicznej, senatorem VII kadencji, rozmawiali Przemysław Barbrich i Jan Osiecki.

Panie profesorze, czy Polska jest dobrym krajem dla młodych naukowców? Czy oni mają tu warunki, żeby się rozwijać, tworzyć ciekawe wynalazki, które znajdą potem zastosowanie w biznesie, przemyśle...

- To zależy od specjalizacji. Kilka lat temu np. bardzo modną dyscypliną stała się biotechnologia, wszędzie mówiono, że ten kierunek da świetlaną przyszłość absolwentom. I choć już wtedy trąciło to lekkim absurdem, to jednak większość naszych uczelni przyrodniczych oraz technicznych otworzyło wydziały biotechnologii i zaczęła się "produkcja" absolwentów. Dziś, muszę powiedzieć, że nie jest to dla mnie zaskakujące, okazuje się, iż poza przemysłem spożywczym nie mamy w naszym kraju przemysłu biotechnologicznego. Absolwenci tego kierunku nie mogą zatem wykorzystać swojego potencjału.

To gdzie szukać przyszłości?

- Na szczęście, jeśli chodzi o informatyków, elektroników, elektryków, chemików - to są to zawody dające duże możliwości...

I biznes znajdzie tam coś dla siebie?

Na jednej z konferencji dotyczącej współpracy nauki z przemysłem zabrał głos właściciel firmy, który zadeklarował, że całe życie zawodowe i wszystkie plany wiąże z Polską. Jak twierdził, na bazie swojego dotychczasowego doświadczenia wie, że na naszych uczelniach, mówiąc kolokwialnie, jest od groma wynalazków do zagospodarowania. Ale jest też druga strona tego medalu - wielu polskich młodych naukowców wyjeżdża za granice i jednak tam poszukuje swojego miejsca, bo w Polsce nie mogą go znaleźć. Dlaczego tak się dzieje?

- Wcale im się nie dziwię, bo jeżeli młody człowiek, naładowany wiedzą, kończy studia, ma genialny pomysł i chce uruchomić działalność gospodarczą żeby realizować swoją ideę i zgłasza się do banku po kredyt, to z miejsca dowiaduje się, że nie ma zdolności kredytowej. Bo zresztą skąd może ją mieć. To mu podcina skrzydła...

- Na szczęście w tej kwestii pojawia się coraz więcej inicjatyw pomagających młodym naukowcom, takich jak inkubatory przedsiębiorczości, aniołowie ryzykabiznesu, samorządy dysponujące środkami na poręczenie kredytowe czy wręcz tzw. seed capital czy choćby programy Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, itp. Dzięki nim młodzi ludzie mogą wystartować. To jednak wciąż mało. Pamiętam, jak mniej więcej 15 lat temu wizytowałem szwedzką akademię nauk. Oni już wtedy zrozumieli, że sfera biznesu i sfera nauki to są dwa różne obszary rzeczywistości, rządzące się zupełnie odrębnymi prawami. Dlatego dwa razy w roku organizują spotkania, podczas których biznes może zobaczyć, jakie prace prowadzi się na uczelniach, naukowcy mogą zaprezentować swoje pomysły. A potem dochodzi do współpracy nauki i biznesu. Szwedzka akademia nauk pomaga tworzyć mikrofirmy, tzw. firmy profesorskie. I jak sami przyznają, za sukces uważają to, jeśli 10 ze 100 założonych firm przeżyje dłużej niż trzy lata.

U nas to chyba nie przejdzie. Zaraz pojawi się zawiadomienie do prokuratury, oskarżenia o defraudacje itp.

- Tak, bo my wciąż nie pojmujemy kwestii prawa do ryzyka. Jeszcze lepiej widać to na przykładzie USA.W Stanach Zjednoczonych, jak komuś się nie uda i biznes bankrutuje, to potem zakłada kolejną firmę i ona też bankrutuje. I załóżmy, że w końcu ta osoba aplikuje o jakieś stanowisko w firmie i składa CV. Dajmy na to, że tamtejszy dział HR ma do wyboru dwie osoby: naszego bohatera po dwóch bankructwach i człowieka, która nie miała takich doświadczeń, bo mniej działał. Proszę zgadnąć, kto dostanie pracę?

Wiem do czego pan profesor zmierza, oczywiście zatrudnią tego po bankructwach.

- Tak, bo on ma unikalne doświadczenie, pracował i próbował. I takie podejście świetnie pokazuje różnice mentalnościowe między nami a USA.

Wskazał pan NCBiR oraz szwedzką akademię nauk jako przykłady miejsc, które tworzą dobry klimat dla naukowców chcących wykorzystać swoje pomysły w praktyce. Zatem dlaczego jest tak mało komercjalizacji wynalazków? Kapitał w Polsce jest, w bankach są pieniądze, może to jednak NCBiR jest zbyt mało zachęca tych młodych ludzi, aby zostawali w Polsce i tu pracowali?

- Zadam panu inne pytanie - a który bank ma grupę specjalistów z odpowiednimi umiejętnościami i narzędziami, aby realnie oszacować pomysł technologiczny i móc stwierdzić, że nie jest to perpetum mobile, lecz sensowny wynalazek, który można, z zyskiem dla wszystkich, wdrożyć?

Ależ choćby przy Związku Banków Polskich mamy takie miejsce, jak Krajowy Punkt Kontaktowy ds. Instrumentów Finansowych Programów Unii Europejskiej, który dysponuje informacjami o funduszach dla tych, którzy ich szukają, a nasi specjaliści potrafią ocenić składane propozycje.

- To gratuluję, to jest krok w dobrym kierunku... Natomiast nie mogę się oprzeć wrażeniu, że środowisko bankowe ma zbyt mało pomocy ze strony świata nauki, żeby te doskonałe pomyły finansować.

I co możemy zrobić w tej materii?

- Mamy program dotyczący wspierania patentowania natomiast wiele rzeczy trzeba stworzyć od nowa na drodze ustawowej, po to żeby nie było barier prawnych. Dzisiaj słyszymy o partnerstwie publiczno-prywatnym, które pojawiło się już blisko 10 lat temu, natomiast przez długi czas posuwało się nieznacznie do przodu, ponieważ skrót PPP miał też swoje złośliwe rozwinięcie: policja, prokuratura, problemy. Długo nie było zaufania do tej formy finansowania projektów. Potrzebna jest zmiana świadomości oraz mentalności ludzi, ale przede wszystkim musimy zrozumieć, co to jest dobro wspólne.

Pytam pana profesora o kwestie wdrażania wynalazków nie przez przypadek. Pan przeszedł całą drogę od wynalazku poprzez patent aż do znalezienia partnera biznesowego i wdrożenia w masowej produkcji odkrycia ze swojego laboratorium. I zrobił pan to w trudnej dziedzinie: leków.

- Ale nie sięgałem po żadne pieniądze, zwłaszcza publiczne na komercyjne zastosowanie naszego wynalazku.

To jak się udało?

- Z moim zespołem naukowym w skali laboratoryjnej, korzystając ze środków uczelnianych, zweryfikowałem opracowaną teoretycznie koncepcję syntezy substancji biologicznie czynnej, czyli podstawy leku. Widziałem już, że to działa. Zgłosiłem się do właściciela wielkiej firmy farmaceutycznej i powiedziałem, że mam taki a taki pomysł i to jest sprawdzone. Jednak wszystkie próby techniczne musimy zrobić u ciebie i to ty musisz to sfinansować. I on poszedł na taki układ. Z tego powodu współwłaścicielem patentu, poza Politechniką Gdańską, jest firma Polpharma S.A.

Pana zdaniem dużo w Polsce jest takich Jerzych Staraków, którzy zaryzykują własne pieniądze na prace nad wynalazkami?

- Dotychczas było ich niewielu i wynikało to z naszej polskiej mentalności. Najłatwiej pokazać mi to na przykładzie branży, którą znam najlepiej. O ile światowy przemysł farmaceutyczny charakteryzuje się tym, że musi myśleć o tym, co będzie produkowane w perspektywie minimum 10 lat do przodu, o tyle w kraju, w większości przypadków, mieliśmy taką sytuację, że przemysł był zachwycony tym, co produkuje obecnie i że ma na to rynek zbytu. Na szczęście to powoli się zmienia. Sytuacja staje się normalna.

Gdzie Polska za 5-10 lat będzie na mapie technologicznego wyścigu? Chyba daleko nie zajdziemy przy tym nakładzie publicznych środków na naukę i rozwój?

- To zależy od rządzących i ich koncepcji rozwoju. Żeby coś osiągnąć, powinniśmy przede wszystkim inwestować we wkład intelektualny. Naprawdę nie ma sensu wkładać pieniędzy w budowę murów, wielkich maszyn itp.

To co trzeba robić?

- Zamiast np. budować wielką fabrykę tworzyw sztucznych, która wymaga ogromnych nakładów energetycznych, wody, prądu itp., lepiej zainwestować w software. Przykładem, że się to opłaca, jest choćby znana wszystkim na całym świecie gra pod tytułem Wiedźmin. Proszę zwrócić uwagę, że wielu naszych studentów informatyki wygrywa najróżniejsze konkursy międzynarodowe, ponieważ właśnie wkład intelektualny jest najważniejszy, nie potrzeba do tego wspaniałych budynków, kosztownych technologii, drogich badań laboratoryjnych itp. W tej dziedzinie mamy ogromny potencjał.

Zmartwiłem się trochę, ponieważ ostatnio słyszałem w telewizji wypowiedź kogoś z rządu, że jako kraj będziemy inwestować w przemysł ciężki i wydobywczy.

- Ja też, bo to nie jest dobry kierunek rozwoju. Zapominamy o ograniczeniach np. energetycznych czy choćby związanych z ochroną środowiska.

 

Udostępnij artykuł: