Strefa VIP: Wielki fan witaminy N

BANK 2016/01

Rozmawiał: Adam Bogoryja-Zakrzewski

Rozmawiał: Adam Bogoryja-Zakrzewski

Marcin Syciński uśmiecha się, gdy mówi o ładowaniu baterii witaminą N - czyli naturą. To jednak prawda. Energii dodają mu wiatr i woda. Sporty wodne są jego pasją. Jest członkiem zarządu Idea Banku S.A., ale sprawia wrażenie skromnego, nawet nieco nieśmiałego... To jednak pozory. Jest człowiekiem pełnym fantazji i marzeń. Co istotne - realizowanych krok po kroku. To udaje się niewielu. Właśnie zdobywa najwyższe w żeglarstwie uprawnienia kapitańskie. Już jest zawodowym ratownikiem wodnym i motorowodnym sternikiem morskim. Kończy kurs instruktora pływania.

- Mam zajęcia na basenie na wytrzymałość i doskonalenie stylu - wyjaśnia. To fan windsurfingu i... jednośladów. Ma dwa motory i jeden skuter. Na tym ostatnim, lawirując między limuzynami prezesów konkurencyjnych banków, dotarł do NBP na galę "Gwiazd bankowości 2015". To prestiżowa w branży uroczystość wręczenia nagród za wyniki finansowe i produkty innowacyjne.

Studiował na Wojskowej Akademii Technicznej (specjalność inżynieria materiałowa) i na Politechnice Warszawskiej na Wydziale Inżynierii Materiałowej. Miał plany, aby zostać na uczelni po studiach i poświęcić się pracy naukowej. Ostatecznie wybrał jednak karierę w bankowości. - Ten świat raportów i analiz bardziej mnie wciągnął - mówi z przekonaniem. Bankowości zasmakował już w 2001 r., podczas ostatniego roku studiów. W banku przeszedł wszystkie szczeble - niemal jak u słynnego producenta samochodów Henry Forda. Zaczął od najniższego stanowiska.

- Zatrudniłem się w Citibanku "na słuchawkach", jako windykator telefoniczny. Byłem na studiach dziennych, więc do banku przyjeżdżałem już o 6. rano, by potem zdążyć na "laborki" na uczelni. Po nich wracałem do pracy. Zostawałem do 22. w nocy. Nauka sytemu windykacyjnego przychodziła mi łatwo. Po roku zostałem jego administratorem. Teraz funkcja windykacji jest postrzegana inaczej. Wtedy Citibank był jedynym, który wydawał karty kredytowe. Klienci nie rozumieli, co to jest algorytm spłaty kart kredytowych, okres bezodsetkowy, co to są transakcje cashowe, on-linowe. Musieliśmy edukować klientów, uzupełniać to, czego wcześniej nie zrobili sprzedawcy kart.

Jak pan, żeglarz czuł się w banku? Na wodzie istnieją nieco inne zasady: obok odpowiedzialności - pewien luz, swoboda w stosunkach między ludźmi, uśmiech, tolerancja.

- W banku, tak samo jak na wodzie, ważna jest odpowiedzialność. Reszta to kwestia zespołu, w jakim się pracuje. A ten był młody, w dużej mierze złożony ze studentów, którzy tak jak ja próbowali pogodzić pracę z nauką.

bank.2016.01.foto.085.a.400xI potrafił pan znaleźć jeszcze czas na żeglarstwo?

- Żeglowanie zaczęło się jeszcze na Wojskowej Akademii Technicznej. Na jeziorze Zegrze pierwszy raz wsiadłem na Omegę.

Piękna konstrukcja...

- Bardzo wdzięczna. Najlepsza zabawa polegała na tym, kto najszybciej przewróci Omegę i kto ją potem najszybciej postawi. Później zacząłem pływać po Mazurach. Nawet kilka razy w roku. Największym zaskoczeniem był pierwszy wypad na Śniardwy. To duże jezioro. Nieźle wieje.

Są też niebezpiecznie kamienie, w tamtych latach były nieoznakowane!

- To płytkie jezioro, ale faktycznie bywa niebezpieczne. Uwielbiam Mazury. Byłem chyba na każdym jeziorze. Przyznam jednak, że gdy z Citibanku przeniosłem się do Raiffeisena, musiałem zrobić sobie przerwę w pływaniu. W nowym miejscu prowadziłem zespół windykacji. Opracowałem procedury szkolenia, postępowania, zasad rozmów z klientem. Po półtora roku zostałem kierownikiem windykacji na 15 krajów w centrali banku w Wiedniu. Praca była tak intensywna, że musiałem zrezygnować z żeglarstwa.

Długo był pan za granicą?

- W sumie osiem lat. Cztery lata na Ukrainie. Tam udało mi się nie tylko wrócić do żeglarstwa, ale nawet wejść na wyższy poziom - żeglarstwo morskie. Przełomowym momentem był pierwszy rejs po Morzu Czarnym. Postanowiłem zdobyć patent sternika morskiego. Następny rejs to była już wyprawa po Morzu Północnym i Atlantyku, na północ od Szkocji. Wiedzieliśmy, że będzie wiało, że będzie padać i że będzie zimno. Ciągnęło mnie jednak do pływania w ostrych warunkach. Zaliczyłem jeszcze kilka rejsów po Bałtyku. Każdy polski żeglarz musi tego spróbować.

Łatwy nie jest!

- Ma krótką, ostrą falę, a pogoda potrafi zmieniać się szybko. Mieliśmy jeden siedmiodniowy rejs, bez zawijania na noc do portu. Na tym rejsie byłem pierwszym oficerem. Bałtyk dał nam nieźle w kość, ale to mi się podobało.

Co kręci w żeglarstwie? Przecież trzeba wstawać na "psią wachtę", od północy do 4. nad ranem. Paskudna pora. Bywa zimno i mokro. Z dołu woda, z góry woda. Nie lepiej nad ciepłym morzem taplać stópki, popijając kolorowy drink?

- Ci, którzy mnie znają, wiedzą że na plaży mogę posiedzieć, ale tylko przez godzinę. Potem muszę coś robić. Jakąś piłkę złapać, łódkę wypożyczyć. Jestem wielkim fanem witaminy N i uważam, że kontakt z naturą daje więcej energii niż inne polepszacze - multiwitaminy. 20 minut dziennie oderwania się od nienaturalnych dźwięków - np. spacer po lesie rewelacyjnie działa na mózg. Ogromnie zwiększa się zdolność człowieka do przyjmowania różnych informacji. Ten luksus dają przestrzeń i woda. Ja je uwielbiam.

W samym żeglarstwie najbardziej kręci mnie zabawa z fizyką. Jak i dlaczego jacht płynie? Jak ustawić łódkę? Jak zrównoważyć ją żaglowo? Jak sterować bez steru? Próbuję zrozumieć zasady fizyki w każdym sporcie. Znajomi żartują, że gdy czymś się zajmuję, to zaraz robię z tego certyfikat. Tak to się zazwyczaj kończy. Lubię, by to co robię, miało konkretny cel.

bank.2016.01.foto.085.b.400xPo rejsie czuje się pan oczyszczony z kurzu codzienności, ciężaru miasta?

- Oczyszczam się psychicznie. Na jachcie fajnie jest czasem pomilczeć. Wtedy słyszy się samego siebie. Nie ma też tego natłoku informacji. To duży reset dla głowy. Cały organizm odpoczywa. To jest niemal jak uzależnienie, tak jakby działała endorfina - naturalny narkotyk. Ona powoduje, że człowiek nie czuje zmęczenia i ma się świetnie.

Ciągnie pana w morze zaraz po zejściu na ląd?

- To wzywanie morza czułem już parokrotnie. Po rejsie wraca się do całkiem innego świata. Żeglarzy ciągnie do morza, zwłaszcza tych, którzy pływają dużo. Po zejściu na ląd są przez kilka miesięcy nie do życia. Od razu chcą wrócić na wodę, a muszą przestawić się na całkowicie inny tryb życia. Zawsze czeka się na ten czas, kiedy będzie można wyjść w morze. Czy pan też ma zakodowaną decyzję: rzucę kiedyś wszystko, popłynę dookoła świata, a po drodze zrobię sobie przystanki, by napawać się tym, czego jeszcze nie poznałem?

- Wszyscy żeglarze o tym mówią, a niewielu to robi. Trzeba mieć trochę środków, dużo czasu i rodzinę, która na to pozwoli. Z pewnością chciałbym zrobić rejs dookoła świata. Ale wszystko po kolei. Na razie planuję popłynąć w trzytygodniowy rejs na którymś z dużych polskich żaglowców. "Zawisza Czarny", "Kapitan Borchardt" albo "Dar Młodzieży" przyjmują zapisy przez cały rok. Muszę odbyć taką praktykę, by zdobyć stopień kapitana. Na żaglowcach tej klasy niezwykle ważna jest praca zespołowa. Widać jak na dłoni, jak ktoś się zachowuje. Można też dobrze poznać własne możliwości.

Pociągają pana żagle czy geografia miejsca, w które pan przypływa?

- Miejsce jest ważne. Jest kilka, które chciałbym zwiedzić. Północna Szkocja - Hebrydy Zewnętrzne (archipelag około 200 wysp na północnym zachodzie Szkocji). Tam są wysokie pływy. Co sześć godzin poziom wody zmienia się aż o 4 metry. Można wpłynąć do portu rano i obudzić się na piachu. Jest jeszcze parę fajnych miejsc: wyspy greckie, Karaiby, Australia. Na Karaibach i Wyspach Dziewiczych będę w grudniu, jako skiper - kapitan załogi. To towarzyski rejs, ale skiper za przelot i czarter nie płaci, tak się umawiamy. A swoją drogą to nawet intratny zawód. Dniówka skipera wynosi 150 euro. Można połączyć wakacje z zarabianiem.

Co pana najbardziej pociąga wśród sportów wodnych?

- Teraz windsurfing - chyba najtrudniejsza z dyscyplin wodnych. Niedługo przesiądę się na bojery. To będzie mój pierwszy raz na lodzie. Meteorolodzy zapowiadają ostrą zimę.

Dlaczego windsurfing jest najtrudniejszy?

- Żagiel obraca się we wszystkich płaszczyznach. Nie ma steru, a steruje się środkiem ożaglowania. Gdy żagiel z masztem przechyli się do przodu, to się odpada od linii wiatru, gdy przechyli się go do tyłu, to się ostrzy. Deska wymusza koordynację i nie ma takiej wyporności jak jacht. Wejście na nią i utrzymanie się wymaga wielu godzin treningu.

Jak pan sobie radzi?

- Już pierwsze podejście miałem utrudnione, bo dostałem deskę o małej wyporności, od znajomego, lżejszego ode mnie o 15 kg. Zanurzyła się, gdy tylko na nią wszedłem. Wystarczyło, że przesunąłem się o kilka centymetrów i już traciłem równowagę. Nauczyłem się na niej stać dopiero po kilku dniach intensywnego treningu.

Żeglarstwo morskie, windsurfing, kitesurfing, kajaki. Do tego doszło jeszcze ratownictwo.

- Kurs ratownika zawodowego ukończyłem pod koniec ubiegłego roku. Jeszcze nikogo nie musiałem ratować. Nie przypuszczałem, że to takie trudne, zwłaszcza gdy tonący ma masę większą od ratującego. W pierwszej chwili nawet trudno zauważyć, że ktoś idzie pod wodę.

- Tonie się po cichu i szybko. Czasem to trwa tylko 30 sekund. Tonącego można rozpoznać po szeroko otwartych ustach i tzw. ruchu drabinowym jego rąk. Trzeba podpłynąć do niego ze sprzętem, bo to sprzęt ratuje życie, a nie ratownik. Gdy robiłem kurs ratownika w 40-osobowej grupie nie byłem numerem jeden w pływaniu, inni pokonywali dystans znacznie szybciej. Ale gdy przyszło do przeprowadzenia próbnych akcji ratunkowych, to okazywało się, że nie dawali rady. Bo tam obok pływania liczy się jeszcze siła, technika, a także umiejętność szybkiego zaplanowania i przeprowadzenia akcji. W efekcie kurs ukończyła tylko połowa grupy.

Czy sporty wodne przełożyły się na podejście do pracy w bankowości? Pan zarządza ryzykiem. Idea Bank specjalizuje się w kredytach dla małych firm. Te obciążone są dużym ryzykiem, bo liczba plajtujących firm - zwłaszcza tych mikro, jest ogromna. Przeżywa średnio co trzecia1.

- Wiatr i woda to też zarządzanie ryzykiem. Jeśli ktoś chce działać w jakimś obszarze i nie chce ryzykować, musi poznać jego naturę. Ważne jest też, aby sprzęt był dopasowany do warunków. Wtedy zawęża się ta nieoczekiwana przestrzeń ryzyka. Na tym właśnie polega zarządzanie ryzykiem. Podobnie jest w bankowości. Segment klientów prowadzących mikrofirmy poznajemy w Idei od pięciu lat i wiele się nauczyliśmy. Skupiliśmy się na analizie transakcji wykonywanych z użyciem rachunku bankowego. Na tej podstawie oceniamy, ilu kontrahentów ma firma, czy są oni zróżnicowani, czy przychody są regularne, ale też czy i w jakiej wysokości przedsiębiorca opłaca ZUS oraz podatki. Dzięki tym informacjom jesteśmy w stanie oszacować, w jakiej kondycji jest firma i bardzo szybko, z użyciem "Obrotomierza", czyli platformy on-line, udzielić kredytu. Klient może oczywiście skorzystać z alternatywnego procesu, w którym będzie musiał przedstawić nam Książkę Przychodów i Rozchodów, PIT czy kartę podatkową oraz masę innych dokumentów, które i tak nie powiedzą wszystkiego. W procesie analizy zdolności kredytowej wykorzystujemy też metody socjotechniki, by dowiedzieć się jak najwięcej o kredytobiorcy. W ten sposób minimalizujemy ryzyko.

Kogo finansujecie?

- Staramy się być elastyczni. Finansujemy przedsiębiorców, którzy sami szyją buty i tych, którzy zatrudniają 10 osób. Kluczem jest dokładne zrozumienie specyfiki biznesu, jego potrzeb, ale też na przykład sezonowości.

Te jednak boją się pożyczać. Kredyt w bankach na inwestycje wzięło średnio 17,2 proc. mikro i małych firm2. Czy prowadzicie wspólne przedsięwzięcia, np. wchodząc z własnym kapitałem w spółkę z nimi?

- Prowadzimy taką działalność w ramach naszego akceleratora biznesu. To oddzielna część naszej bankowości, nastawiona na finansowanie większych inwestycji, przeznaczonych na rozwój działalności, uzyskanie przełomu technologicznego, wejścia na nowe rynki. Ta struktura - dzięki dużemu zaangażowaniu w procesy biznesowe w obsługiwanych firmach - pozwala nam finansować pomysły, których inne banki się boją, bo nie potrafią ich zrozumieć. My co kwartał badamy nastroje ekonomiczne mikrofirm i z tych badań wynika, że odsetek przedsiębiorców korzystających z finasowania bankowego jest dużo większy. Według ostatnich danych, z III kw. br., takie firmy stanowiły 70 proc. badanych. Ponad 40 proc. zadeklarowało chęć wzięcia kredytu inwestycyjnego. Trzeba jednak pamiętać, że w mikrofirmach te inwestycje są zwykle nieduże - zakup nowego komputera, maszyny do szycia, sprzętu piorącego... W takich przypadkach nie ma sensu przechodzić przez dość jednak skomplikowane procedury związane z kredytem inwestycyjnym, lepiej sprawdza się debet w rachunku czy kredyt obrotowy.

Wiele firm przychodzi do was po kredyt? Ireneusz Jabłoński z Centrum im. A. Smitha podkreśla, że banki jeszcze niedawno nie znały specyfiki działalności małych firm. Zatrudniały np. na analityków zdolnych absolwentów, którzy jednak nigdy nie liznęli pracy w przedsiębiorstwach, nie mieli do nich dostępu.

- Mam nadzieję, że powstanie Idei wiele zmieniło na rynku. Przez to, że koncentrujemy się na segmencie mikrofirm, musimy go dużo lepiej poznać i zrozumieć niż inne banki, które mają jeszcze detal i korporacje. Wprowadziliśmy nie tylko interentowe kredyty na działalność gospodarczą, ale otworzyliśmy się też na start-up’y. Wychodzimy z założenia, że jeżeli przedsiębiorca, który planuje uruchomić swój biznes, jest gotów jako zabezpieczenie kredytu przedstawić swoje mieszkanie, to dobrze przygotował się do założenia firmy. A my, dysponując bardzo dobrym zabezpieczeniem, na relatywnie niskim LtV, też ograniczamy ryzyko.


1 PARP 2014 r. - Raport o stanie MSP 2012-2013

2 GUS 2015 r. - Publikacja nt. przedsiębiorstw powstałych w latach 2009-2013

 

Udostpnij artyku: