Superwicepremier

Polecamy

Minister rozwoju został właśnie ministrem finansów. Przypomina mi się sytuacja, jaka ponoć miała miejsce dawno temu na pewnej warszawskich uczelni. Prodziekan jednego z wydziałów był jednocześnie prorektorem ds. administracyjnych. Jako prodziekan napisał do prorektora pismo w sprawie zakupu krzeseł do dziekanatu. Jako prorektor spojrzał na pismo, zakrzyknął: Idiota! Krzeseł mu się zachciewa! Po czym podarł pismo i wrzucił je do kosza.

Minister rozwoju został właśnie ministrem finansów. Przypomina mi się sytuacja, jaka ponoć miała miejsce dawno temu na pewnej warszawskich uczelni. Prodziekan jednego z wydziałów był jednocześnie prorektorem ds. administracyjnych. Jako prodziekan napisał do prorektora pismo w sprawie zakupu krzeseł do dziekanatu. Jako prorektor spojrzał na pismo, zakrzyknął: Idiota! Krzeseł mu się zachciewa! Po czym podarł pismo i wrzucił je do kosza.

Teoretycznie zatem możliwa jest sytuacja, w której minister rozwoju ogłosi kolejny, kosztowny plan, a minister finansów odrzuci go z braku środków w budżecie. Niestety, obawiam się, że sytuacja będzie odwrotna. Mamy bowiem do sfinansowania potężne programy:

  • Polska Strategia Kosmiczna;
  • całkowite uregulowania Wisły o wartości 70 mld zł;
  • milion samochodów elektrycznych;
  • Plan Polski Innowacyjnej, (nota bene nazwany "Planem Morawieckiego");
  • plan nowoczesnej energetyki opartej na węglu;
  • plan Gowina;
  • plan Zmodernizowania Technicznego Sił Zbrojnych,

nie mówiąc o 500+, mieszkaniach i innych, jeszcze nieujawnionych. I raczej należy spodziewać się sytuacji, w której wszelkie te plany minister finansów będzie zaklepywał. Bo wszelkie jego finansowe obiekcje minister rozwoju wraz z wicepremierem będą zbywać stwierdzeniem: mało? To pożyczcie. Nie było jeszcze obligacji na rynek południowoamerykański, Afryka też chętnie nasze papiery kupi, a Chińczycy tylko czekają, żeby zainwestować swoje gigantyczne nadwyżki.

Był kiedyś taki kraj, nazywał się Polska Rzeczpospolita Ludowa. Był potęgą, 10 gospodarka świata. Tak przynajmniej głosiła propaganda. Obligacji nie emitował, pieniądze pożyczał. Część zainwestował, część roztrwonił na konsumpcję. A jak inwestował? Pamiętam z Polskiej Kroniki Filmowej wczesnych lat 80., jak w jakimś zapomnianym magazynie odkryto niszczejące, bardzo nowoczesne kilka lat wcześniej i bardzo drogie maszyny produkcji Rolls-Royce’a. Kupione za dewizy i nigdy nie wykorzystane.

Jak twierdzi mój kolega Marek Meissner, podobno wiele z wspomnianych planów przygotowali co sami ludzie, którzy jako młodzicy terminowali lub zaczynali pracę przy tamtych Wielkich Projektach w epoce "oświeconego komunizmu" - jak ją potem ironicznie nazwano. Teraz zainwestujemy w elektryczne auta, węgiel, doprowadzimy do ekologicznej katastrofy Wisły. Rozwój pełna gębą, a suweren milczy. Zapłaci później, tak jak za gierkowskie długi.

Przemysław Szubański

Udostępnij artykuł: