Święte Mikołaje na świecie kochają bombki z Polski

Finanse i gospodarka

Zbliża się Gwiazdka, a to oznacza manię zakupów, w tym zakupów bombek choinkowych i innych artykułów bożonarodzeniowych. Sięgając po ozdoby z importu nie wiemy, że polski eksport tych towarów też ma ogromną skalę. W zeszłym roku za granicę wysłaliśmy prawie 2,2 mln kg artykułów świątecznych o wartości blisko 107 mln zł. W tym roku polscy eksporterzy mogą jednak dostać rózgę od Rosji, która najprawdopodobniej będzie świętować skromnie. Już w wakacje jedno z biur Świętego Mikołaja w Rovaniemi prawie zbankrutowało w związku ze spadkiem liczby turystów z tego kraju.

Mało kto ubierając choinkę myśli o tym, skąd dotarły do nas świąteczne bombki czy łańcuchy. Tymczasem jak pokazują dane GUS przybywają one do Polski z bardzo daleka, np. z Filipin, Indii, Stanów Zjednoczonych, a nawet z Peru. W zeszłym roku z zagranicy, głównie z Chin, trafiło do polskich sklepów w sumie prawie 3 mln kg artykułów bożonarodzeniowych o wartości blisko 92,3 mln zł. – W 2014 r. polscy importerzy sprowadzili z Państwa Środka ok. 2,4 mln kg ozdób świątecznych o wartości 74 mln zł. Pod względem wartości to prawie 83 proc. całości importu tej kategorii produktów. Dlatego wybierając bożonarodzeniową ozdobę mamy największą szansę trafić właśnie na towar “Made in China” – mówi Radosław Jarema, szef AKCENTY w Polsce, instytucji płatniczej obsługującej eksporterów i importerów. Poza Chinami, największą wartość dla importu bożonarodzeniowych artykułów zanotowaliśmy z Niemcami, Ukrainą i Holandią.

Eksport świąteczny: mniejszy ilościowo, ale piękniejszy i większy wartościowo

Dużo importując, Polska jest również znaczącym eksporterem bożonarodzeniowych artykułów i utrzymuje dodatnie saldo wymiany w tej kategorii towarów. Największym naszym rynkiem zbytu są Stany Zjednoczone. Ten kierunek odpowiadał w zeszłym roku za prawie 40 proc. wartości całego naszego wywozu artykułów bożonarodzeniowych. – Mieszkańcy USA znani są ze swojego zamiłowania do bogatej oprawy Świąt Bożego Narodzenia i dekorowania domów, ulic i drzewek świątecznych. To rynek bardzo chłonny tego typu towarów – mówi Radosław Jarema.

Najwięcej ozdób pod względem tonażu wysyłamy jednak nie do USA, ale do…Rosji. Inni odbiorcy eksportu artykułów świątecznych to kraje europejskie, takie jak m.in. Niemcy, Holandia czy Francja. – Polskie ozdoby świąteczne są piękne i podobają się na całym świecie. Duża część z nich, jak np. ręcznie malowane bombki czy dekoracje, należą do sektora premium, bo są unikalne i wykonane jak małe dzieła sztuki – podkreśla Radosław Jarema. Ekspert AKCENTY dodaje, że Polska może z powodzeniem konkurować na rynku światowym z Chinami właśnie dlatego, że nasze produkty są z  innej, dużo wyższej półki.

Co ciekawe, w pierwszej dwudziestce naszych odbiorców eksportu ozdób świątecznych są także kraje dalsze, takie jak Australia i Kanada. Wśród najbardziej nietypowych miejsc, do których w zeszłe Święta trafiły ozdoby z Polski są też np. Kirgistan, Japonia czy RPA.

Święty Mikołaj już od wakacji boi się Rosji

Główny problem, jaki mogą w tym roku odczuć polscy producenci i eksporterzy świątecznych ozdób, to niższy popyt na świąteczne artykuły w Rosji. Powód? Słaby rubel, związany z tym spadek siły nabywczej Rosjan i ogólne “zaciskanie pasa” w związku z pogorszeniem relacji gospodarczych z Zachodem (embarga, sankcje). Sytuacja jest bardzo poważna, bo już w wakacje jedno z najbardziej znanych biur Świętego Mikołaja w Rovaniemi prawie zbankrutowało. Przyczyn kryzysu upatrywano właśnie w spadku odwiedzin turystów z Rosji. – Niestety kłopoty polskich eksporterów są prawdopodobne. Rosja to obok Stanów Zjednoczonych nasz drugi najważniejszy rynek zbytu i do tego szczególnie atrakcyjny, bo prawosławne Święta rozpoczynają się nieco później i polskie firmy mają szansę sprzedawać swoje towary dłużej. Już w zeszłe Święta mieliśmy do czynienia ze słabym rublem, ale dopiero w obecnym roku długofalowe osłabienie tej waluty będzie w pełni odczuwalne dla eksporterów. Chyba że dana firma zabezpieczyła się forwardami, wtedy nie starci na ewentualnych dalszych spadkach kursu  rosyjskiej waluty – komentuje Radosław Jarema.

Źródło: AKCENTA

Udostępnij artykuł: