Taniec na wulkanie

Polecamy

Nie jestem ekonomistą, ani tym bardziej analitykiem finansowym, ale im bliżej wieku emerytalnego (no właśnie, co tam Panie, w polityce mówią o przywróceniu poprzedniego wieku emerytalnego?) tym bardziej jestem przerażony. Nie doniesieniami o kolejnym kryzysie ekonomicznym, zapowiadanym nieustannie bankructwie Grecji czy gospodarczym krachu odległej Wenezueli.

Bardziej interesują mnie bowiem dalsze losy mojego indywidualnego konta w ZUS-ie, które powoli okazuje się wytworem bardziej wirtualnym, niż realnym. Prawie jak kredyty frankowe. Jak się całkiem niedawno dowiedziałem, tak naprawdę – zarabiając w przeszłości przez lata znacznie więcej niż przeciętna pensja  – wcale nie odkładałem (jak mi się naiwnemu laikowi ekonomicznemu wydawało) w tym samym czasie więcej na swoją przyszłą państwową emeryturę, a zupełnie nieświadomie zasypywałem czarną dziurę w niewydolnym państwowym systemie. Tak na marginesie – jakim prawem zusowska emerytura nazywana jest  „państwową”, skoro to nie żadna łaska polskiego państwa składa się na te wypłaty, tylko najzupełniej prywatne comiesięczne składki?!

W przeciwieństwie do tego ZUS-owskiego, moje indywidualne konto emerytalne w OFE, na które się zdecydowałem, było zasilane moimi realnymi pieniędzmi i tak miało pozostać do końca moich dni.  Tak przynajmniej zapewniali mnie z poważnymi minami kilka lat temu politycy, wprowadzając wtedy rewolucyjną wręcz (a przynajmniej tak im – i nam – się wydawało) reformę polskiego systemu emerytalnego. Po latach te same osoby zapewniały, że przywłaszczenie sobie (zaraz, zaraz, czy ten eufemizm nie oznacza przypadkiem zwykłej kradzieży?) – w majestacie prawa – moich pieniędzy, odłożonych na starość, jest realizowane w moim interesie! Nie dość tego, zabroniono mi przy tej okazji dalszego odkładania pieniędzy w OFE, bowiem przekroczyłem już pewną barierę wiekową. Owszem, protestowało przeciwko temu przedsięwzięciu paru wybitnych ekonomistów, ale siłę przebicia np. zdeterminowani tzw. „frankowicze” mieli znacznie większą (choć ich dramatyczne apele nie zostały do dziś wysłuchane), niż ci, którzy zdecydowali się założenie konta w OFE.  Zawłaszczenie moich (naszych) pieniędzy z tego źródła jak się okazało, przebiegło niemal niezauważalnie i jakoś nikt nie nawet za bardzo nie chce wracać do tego tematu. OFE-rmy kryzysu jesteśmy?! Tylko jakiego kryzysu?

Czyżby tego samego, którego widmo  krąży po  świecie i Europie i którym co jakiś czas jesteśmy straszeni?  Ale – jako humanista – wiem doskonale, że  każdy kryzys (nawet ten tylko domniemany) dotyka nie tylko realnych oraz wirtualnych finansów i gospodarki, ale również (a może przede wszystkim) sfery kultury, sztuki i właśnie ducha. To także kryzys autorytetów, wartości, pojęć i uczuć. I im jestem starszy, tym bardziej jestem przekonany, że to właśnie ten  kryzys, który dewaluuje takie pojęcia jak miłość, honor, wiara czy ojczyzna, jest o wiele groźniejszy od tego finansowo-bankowego. Kultura wzrostu, a w zasadzie jej wszystkie konsumpcyjne przejawy to bowiem tylko zewnętrzne symptomy ciężkiej choroby, która drąży mieszkańców globalnej wioski XXI wieku. Zachwycamy się dynamicznym tańcem z licznymi figurami, podziwiając połyskujące stroje tancerzy, zapominając iż to taniec na wulkanie.

Przeczytałem jeszcze raz poprzednie zdanie i aż się przeraziłem jego ogólną wymową. I zadumałem się nie tyle nad kondycją dookolnego świata, ile nad swoją własną. Na Kassandrę się bowiem zupełnie nie nadaję, zatem ponure wieszczenie końca współczesnego świata pozostawiam.

Wojciech Fułek

(długoletni samorządowiec z Sopotu, pisarz i scenarzysta,
Wiceprezes Europejskiego Związku Uzdrowisk,
jeden z jurorów konkursu EKO HESTIA SPA)

Udostępnij artykuł: