Tej zimy zapłacimy nawet o 30% więcej za ogrzewanie mieszkania

Finanse osobiste / Komentarze ekspertów

Rosnące ceny źródeł ciepła to niejedyny problem, który uderza nas po kieszeni. Atak zimy spowodował bowiem, że samego ciepła też potrzebowaliśmy znacznie więcej niż przed rokiem. W efekcie rachunek za ogrzewanie może być nawet o 10‒30% wyższy ‒ prognozuje Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments.

Bartosz Turek, główny analityk, HRE Investments.
Bartosz Turek, główny analityk, HRE Investments. Źródło: HREI

Rosnące ceny źródeł ciepła to niejedyny problem, który uderza nas po kieszeni. Atak zimy spowodował bowiem, że samego ciepła też potrzebowaliśmy znacznie więcej niż przed rokiem. W efekcie rachunek za ogrzewanie może być nawet o 10‒30% wyższy ‒ prognozuje Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments.

Bieżący sezon grzewczy tylko na początku obchodził się z nami łagodnie. Zarówno we wrześniu, jak i październiku było relatywnie ciepło.

W bieżącym sezonie grzewczym zapotrzebowanie na ciepło będzie do końca lutego o ponad 17% wyższe niż rok wcześniej

Problemy zaczęły się w kolejnych miesiącach. W każdym z nich było na tyle chłodno, że musieliśmy bardziej rozkręcać grzejniki niż przed rokiem. Szczególnie dotyczy to lutego, w którym zima w końcu po latach dopisała.

Potrzebowaliśmy znacznie więcej ciepła

Niestety, to co cieszyć może dzieci i młodzież, oznacza dla większości z nas wyższe koszty ogrzewania. Z danych zebranych przez HRE Investments wynika bowiem, że w bieżącym sezonie grzewczym zapotrzebowanie na ciepło będzie do końca lutego o ponad 17% wyższe niż rok wcześniej.

To już samo w sobie oznacza, że jeśli ktoś nie oszczędzał na ogrzewaniu, to zapłaci za nie więcej niż przed rokiem.

W jaki sposób oszacowane zostało zapotrzebowanie na ciepło?

Aby dokonać odpowiednich kalkulacji niezbędne są dane o panujących na zewnątrz temperaturach. Jak bowiem dowodzi ‒ na łamach portalu ogrzewnictwo.pl ‒ mgr inż. Józef Dopke, w sposób liniowy zużycie gazu do ogrzania pomieszczeń zależy od liczby „stopniodni”.

Jest to miara pokazująca, o ile stopni Celsjusza dziennie średnia temperatura za oknem jest niższa od tej optymalnej, która nie wymaga używania grzejników. W poszczególnych rejonach świata stosuje się różne sposoby obliczania liczby „stopniodni”.

Łączna liczba stopniodni wyniesie w Warszawie około 2310. W poprzednim sezonie grzewczym było to ok. 1970 stopniodni

Zgodnie z metodologią Eurostatu, ważne są dwa poziomy temperatury – 15 i 18 stopni. Przy obliczaniu „stopniodni” pod uwagę brane są tylko takie dni, w których za oknem panuje mniej niż 15 stopni Celsjusza (średnia z temperatury maksymalnej i minimalnej danego dnia). Liczbę „stopniodni” określa się wtedy, licząc o ile za oknem jest ich mniej, niż wtedy, gdy słupek rtęci dochodzi do 18 stopni Celsjusza.

Korzystając z tej metodologii można obliczyć, że od początku września 2020 roku (tradycyjnie uważanego za początek okresu grzewczego) do końca lutego 2021 roku (z uwzględnieniem prognoz), łączna liczba stopniodni wyniesie w Warszawie około 2310. W poprzednim sezonie grzewczym było to ok. 1970 stopniodni.

Czytaj także: Co 14. Europejczyk narzeka na zimno w domu, w Polsce tylko co 24. mieszkaniec

Najmocniej zdrożała energia

Do tego w międzyczasie zmieniły się ceny opały, gazu czy energii elektrycznej wykorzystywanej do ogrzewania. Najgorzej mają osoby, które ogrzewają domy korzystając z prądu. Ten w ciągu roku zdrożał o 11,7% ‒ wynika z danych GUS.

W sumie więc, jeśli nasze zapotrzebowanie na ogrzewanie wzrosło o ponad 17%, a ceny energii wzrosły o 11,7%, to może się okazać, że rachunek za ogrzewanie podskoczył aż o około 1/3.

Wiadomość ta jest mniejszym problemem dla osób posiadających energooszczędne lub dobrze ocieplone domy, pompy ciepła lub spore instalacje fotowoltaiczne. W takich wypadkach tegoroczna zima może oznaczać wzrost kosztów ogrzewania o około kilkaset złotych.

Gorzej jeśli ktoś mieszka w domu o gorszej charakterystyce energetycznej i korzysta ze zwykłego pieca elektrycznego czy np. grzejników akumulacyjnych. Wtedy, posiadając przeciętnie ocieplony dom z lat ‘90, można w bieżącym sezonie grzewczym zapłacić za ciepło spokojnie o 2‒3 tys. zł więcej niż przed rokiem.

Zakładamy przy tym scenariusz negatywny dla naszych portfeli, że do końca bieżącego sezonu grzewczego będzie wciąż wyraźnie chłodniej niż w sezonie 2019/2020.

Jeśli nasze zapotrzebowanie na ogrzewanie wzrosło o ponad 17%, a ceny energii wzrosły o 11,7%, to może się okazać, że rachunek za ogrzewanie podskoczył aż o około 1/3

Oczywiście, jest to tylko zgrubny szacunek. W konkretnych przypadkach koszty ogrzewania mogą się znacznie różnić. O ich wysokości decyduje bowiem wiele czynników, takich jak na przykład: indywidualne przyzwyczajenia użytkownika ciepła, lokalizacja nieruchomości, ekspozycja na światło, przenikalność przegród, lokalna cena paliwa grzewczego i sprawność instalacji.

Czytaj także: Termomodernizacja: efekty są, ale mniejsze niż oczekiwano. Raport NIK

Rachunki w sieci miejskiej wyższe nawet o kilkaset złotych

W lepszej sytuacji są osoby korzystające z opału czy ciepła z sieci miejskiej. Ten w ciągu ostatnich 12 miesięcy co prawda zdrożał, ale ceny rosły tu znacznie wolniej niż w przypadku energii elektrycznej.

GUS szacuje bowiem, że średnia cena opału czy energii cieplnej z sieci wzrosła w ciągu roku o 2‒3%. Dla osób korzystających z tych źródeł ciepła, utrzymanie się do maja większych chłodów niż w ubiegłym sezonie ‒oznaczać może wzrost rachunków za ogrzewanie o 15‒20%.

I znowu w przypadku przeciętnych dwupokojowych mieszkań w nowych energooszczędnych budynkach lub przynajmniej blokach, które poddane zostały gruntownej termomodernizacji, rachunki za ogrzewanie nie powinny przeważnie wzrosnąć o więcej niż 200‒300 złotych.

Dla osób korzystających z sieci miejskiej utrzymanie się do maja większych chłodów niż w ubiegłym sezonie oznaczać może wzrost rachunków za ogrzewanie o 15‒20%

Gorzej, jeśli ktoś ma mieszkanie w nieocieplonym bloku z okresu PRL. W takim przypadku warto przygotować się nawet na dwa razy większy wzrost opłaty za ogrzewanie w bieżącym sezonie grzewczym.

Tańszy gaz pomoże uchronić się przed znaczną podwyżką

Więcej niż przed rokiem zapłacą też osoby korzystające z ogrzewania gazowego. Co prawda gaz w 2020 roku staniał ‒ średnio o niecałe 5%, ale ta obniżka co najwyżej ograniczy wzrost rachunków.

Czytaj także: Jak efektywnie wykorzystać 53 tysiące złotych ulgi termomodernizacyjnej?

Chodzi o to, że – tak jak wspomnieliśmy wcześniej – niższe temperatury za oknem spowodowały, że w bieżącym sezonie grzewczym potrzebowaliśmy o ponad 17% więcej ciepła niż rok wcześniej. Cóż więc z tego, że cena gazu trochę spadła, jeśli potrzebujemy go do ogrzewania znacznie więcej niż przed rokiem?

Bartosz Turek,

główny analityk HRE Investments.

Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: