Tim Cook z Apple i polskie „srebra rodowe” z cyny

Blogi / Jan Cipiur

Drogi wiodące do rozkwitu stają się krótsze pod rządami świetnych szefów. Jednak nasi raczej odejmują wartości swoim firmom niż umieją jej dodawać, pisze Jan Cipiur.

Jan Cipiur
Jan Cipiur Fot. Autor

Drogi wiodące do rozkwitu stają się krótsze pod rządami świetnych szefów. Jednak nasi raczej odejmują wartości swoim firmom niż umieją jej dodawać, pisze Jan Cipiur.

Tim Cook zdaje się być najskuteczniejszym prezesem we współczesnej historii. Przez 10 lat pod jego kierownictwem kapitalizacja, czyli rynkowa wartość firmy Apple wzrosła o 2 125 mld dolarów , z 349 mld dolarów w 2011 r. do niemal 2 500 mld dolarów późnym latem 2021 r.

PKB Francji za 2020 r. wyniósł 2600 mld dolarów, co dało jej 7. miejsce w świecie, zaś PKB ósmych w tym rankingu Włoch wyniosło niecałe 1900 miliardów. Porównanie jest oczywiście wyłącznie poglądowe, bowiem wartości są nieporównywalne, ale uświadamia skalę dokonań Apple i jego szefa.

Średniorocznie, Tim Cook dodawał do wartości rynkowej koncernu po 212,4 mld dolarów. W tej podkategorii zestawienia najlepszych masterchefów (kuchmistrzów) biznesu sporządzonego przez The Economist nie jest jednak najlepszy.

Został wyprzedzony przez Satya Nadellę (Satya Nadella), od 2014 r. prezesa Microsoftu, który wypracował średnią w wysokości 261,2 mld dolarów rocznie.

Dobrze przegrywa z lepiej

Nie ujmując zasług kierownictwu Apple i wszystkich pozostałych wielkich firm globalnych, świetny prezes w roli genius loci, to atut olbrzymi, ale poza produktem i jego miejscem na skali szeroko zdefiniowanych potrzeb ludzi najważniejsza dla kapitalizacji spółki jest jednak wielkość rynku na jakim może działać.

Zarówno Apple, jak i Microsoft, ale także Amazon, Google, Facebook, Tesla, nie stałyby się mastodontami, gdyby mogły działać jedynie u siebie w kraju i w jego pobliżu.

Firmy i produkty Polski ciągle noszą „czapki-niewidki”, bo nie znają ich w szerokim świecie, ale także w Unii

Niedopowiedziana do tej pory teza o mocy sprawczej globalizacji nie ma pełnego zastosowania do chińskich smoków w rodzaju firm Alibaba, czy Tencent, choć z drugiej strony z uwagi na gargantuiczną liczbę konsumentów chińskich, przykłady te potwierdzają jej prawdziwość.

Na tle Tima Cooke’a i jemu podobnych polscy prezesi są – najprościej rzecz ujmując – niezauważalni. Nie rodzi to na co dzień dostrzegalnych konsekwencji gospodarczych, bo jest niby dobrze.

Jednak „dobrze” przegrywa z „lepiej”, a firmy i produkty Polski ciągle noszą „czapki-niewidki”, bo nie znają ich w szerokim świecie, ale także w Unii. Powodów jest wiele, ale wśród nich ten, że nie ma kto o to walczyć.

Co dolega polskim szefom?

Jak by się kto nie natężał, to nie znajdzie znanej marki z Polski. Jedzą nasze kotlety (eksport żywności), ale nie znają naszych szynek, jak zna się parmeńską lub jamón. Śpią na naszych kanapach, ale sądzą, że to meble włoskie, szwedzkie, czy niemieckie.

Wybrzydzać zbytnio jednak nie należy. Przejście ze stanu potęgi żytnio-kartoflanej i wczesnoprzemysłowej opalanej węglem do gospodarki opartej na wielkim kapitale finansowym i wiedzy musi potrwać. Szczęście, że dzięki dobrej od dekad pogodzie w Europie i członkostwu w Unii nasz marsz w tym kierunku nie potrwa zapewne stuleci.

Miało być  jednak o prezesach. Drogi wiodące do rozkwitu stają się krótsze pod rządami świetnych szefów. Jednak nasi raczej odejmują wartości swoim firmom niż umieją jej dodawać.

Jest tego przyczyna obiektywna. Po wykluczeniu banków i gigantów krajowego handlu detalicznego w objęciach kapitału z zagranicy, w ścisłej czołówce największych polskich spółek są wyłącznie firmy pod ścisłą kuratelą państwa.

Szefa Apple nie szukano po małomiasteczkowych ratuszach u stóp Gór Skalistych

Skutki nie od razu są tragiczne, bo są biznesy, których katrupienie trwać może latami. Siła, by o tym pisać, więc niech starczy chwyt retoryczny. Czy widział ktoś restaurację z gwiazdkami Michelina, której szefuje komitet kucharzy, minister aprowizacji, albo smakosze krupniku na pierwsze i mielonego na drugie?

Mocarzem wśród polskich prezesów ma być Daniel Obajtek z PKN Orlen. Firma jest wielka, lecz nie jest to jednak zasługa ani jego, ani jego licznych poprzedników, a duopolistycznej pozycji PKN i bliskiej zera elastyczności cenowej paliw płynnych.

Prezes Obajtek kieruje PKN Orlen przez trzy i pół roku i przez ten czas kapitalizacja koncernu spadła o 8,36 mld zł (z 40,32 mld zł do nieco poniżej 32 mld zł). Są tego przyczyny strukturalne, takie jak zmierzch ery ropy, ale nie widać, żeby szef Orlenu coś z tym mądrze robił.

W tym samym okresie Tim Cooke dodał do kapitalizacji Apple ponad 1 600 miliardów prawie cztery razy mocniejszych dolarów. Porównanie jest oczywiście od rzeczy, bo gdzie Rzym, gdzie Krym, chociaż z drugiej strony szefa Apple nie szukano po małomiasteczkowych ratuszach u stóp Gór Skalistych. Zanim wziął go do siebie Steve Jobs przez 12 lat był w IBM i krótko w też słynnej firmie Compaq.

Dwie inne firmy ze ścisłej krajowej czołówki też zajmują się energią i pod względem kapitalizacji są w tym samym okresie również na minusie. Wycena rynkowa PGE spadła od połowy lutego 2018 r. do połowy września 2021 r. o 2,3 mld zł, zaś w przypadku PGNiG o prawie 290 mln zł.

Orlen zdaje się cierpieć na biznesową nerwicę natręctw. Gazety i inne gadżety w portfolio to za mało, więc zaczął rozstawiać paczkomaty. Jedyna pociecha, że są duże, więc kanistry się w nich zmieszczą

W czołówce obronną ręką wyszedł KGHM (+14,1 mld zł), Tauron (+1,17 mld zł) i Lotos (+85 mln zł) – wszystkie trzy również pod ścisłą pod kontrolą, lecz nawet nie państwową, a partyjno-rządową.

Już na dobre zaczął się odwrót od energii pozyskiwanej z paliw kopalnych, a nasz szeroko rozumiany sektor energetyczny bardzo źle przędzie. KGHM też może się mieć z pyszna, ponieważ do przerabiania rud i wytapiania miedzi zużywa ogromne ilości prądu.

Energia będzie drożeć z powodów oczywistych, bo czekają nas wielkie, a więc kosztowne przemiany. W ich trakcie u steru firm energetycznych powinni stać najlepsi z najlepszych. Niebawem dojść może do zapowiadanego przejęcia Lotosu przez Orlen. Wg domniemanej reguły, połowa takich operacji kończy się klęskami.

Orlen zdaje się cierpieć na biznesową nerwicę natręctw. Gazety i inne gadżety w portfolio to za mało, więc zaczął rozstawiać paczkomaty. Jedyna pociecha, że są duże, więc kanistry się w nich zmieszczą.

Bez analizy krakać nie przystoi, ale intuicja podpowiada, że mariaż Orlenu z Lotosem ogołoconym z aktywów produkcyjnym skończy się porażką, a wręcz klęską, z powodu nie tego rozmiaru kapelusza.

Z podobnych względów nie przysłużą się Polsce, jak by mogły, inne spółki rzekomo publiczne, a faktycznie we władaniu rządowo-partyjnych nominatów.

Wierzono i wielu nadal wierzy, że tzw. strategiczne polskie firmy są ze srebra, ale są niestety z cyny. Dopóty, dopóki nie znajdą się w kręgu kompetencji, to nie dość, że z cyny, to będą jeszcze szczerbieć.

Jan Cipiur
Jan Cipiur, dziennikarz i redaktor z ponad 40-letnim stażem. Zaczynał w PAP, gdzie po 1989 r. stworzył pierwszą redakcję ekonomiczną. Twórca serwisów dla biznesu w agencji BOSS. Obecnie publikuje m.in. w Obserwatorze Finansowym.

Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: