USA – UE: na pewnej drodze do współpracy w zakresie handlu?

Komentarze ekspertów

W ostatnich dniach na łamach prasy coraz częściej można napotkać artykuły dotyczące transatlantyckiego partnerstwa w dziedzinie handlu i inwestycji. Spowodowane jest to toczącymi się w tej kwestii negocjacjami pomiędzy mocarstwem zza Atlantyku a Unią Europejską. Zwolennicy tego partnerstwa jednomyślnie wskazują na korzyści wynikające z ratyfikowania takiej umowy.

Wprowadzone zmiany mają przede wszystkim znacznie ułatwić zadanie małym i średnim przedsiębiorstwom chcącym podbić rynek amerykański, oferując dostęp do niego oraz usuwając przeszkody natury administracyjnej będące często głównym czynnikiem mającym wpływ na decyzję o ekonomicznym być albo nie być  na rynku amerykańskim. Kolejna zaleta wynikająca z handlowego połączenia sił to stworzenie i sformułowanie przepisów prawnych, w sposób, który znacznie ułatwi eksport czy import poza granice Unii.

Wyżej wymienione aspekty są to następstwa kooperacji widoczne już na pierwszy rzut oka, nasuwa się jednak pytanie, jak  prezentują się długofalowe efekty?

Te zmiany w partnerstwie mają za zadanie stymulować gospodarkę europejską i poprawić jej koniunkturę, która między innymi za sprawą Grecji, popadła w stagnację. Założeniem tych ustaleń jest również wywindowanie Starego Kontynentu na pozycję lidera na arenie międzynarodowej. Taka polityka gospodarcza będzie bezpośrednio miała przełożenie na rosnącą liczbę miejsc pracy, a co za tym idzie, na spadek bezrobocia.  Dynamiczny wzrost inwestycji oraz przepływ kapitału będzie miał wręcz zbawienny wpływ na kulejącą gospodarkę. Umowa ta ma stanowić również o sile gospodarczej dwóch kontynentów, które zacieśniając współpracę między sobą, mogłyby stać się realną konkurencją dla stale rosnących potęg gospodarczych takich jak Chiny, Brazylia czy Indie, państw stale pretendujących do roli światowego mocarstwa. Osiągnięcie porozumienia będzie również jednoznaczne z modyfikacją skostniałego systemu wymiany towarów i usług w skali globalnej.

Jednak jak każda kwestia, i ta ma swoją drugą stronę medalu. Wielu obywateli ma realne wątpliwości co do fundamentalnych założeń tego ewentualnego sojuszu. Dowodem na to są liczne protesty zorganizowane w wielu krajach Unii Europejskiej na przestrzeni ubiegłego tygodnia. Przeciwnicy podkreślają, że podpisanie tej umowy może odbić się czkawką, twierdząc, że spijać śmietankę będą wyłącznie Stany Zjednoczone i  wielkie korporacje, a przeciętny Kowalski nie tylko nie będzie czerpać żadnych korzyści, ale wręcz na tym ucierpi i znów przypadnie mu rola petenta zależnego od amerykańskiej potęgi. Oponenci umowy wskazują tu przede wszystkim na ograniczenia w zakresie ochrony stosunku pracy pracownika czy polityce społecznej. Niechęć wzbudza również fakt, iż rozmowy dotyczące potencjalnego partnerstwa prowadzone są w zaciszu gabinetów przedstawicieli Komisji Europejskiej oraz administracji Stanów Zjednoczonych z wyłączeniem opinii publicznej, co wywołuje ostrą krytykę ze strony obserwatorów i co jeszcze bardziej poddaje w wątpliwość treść omawianego układu.

Ekonomiści są jednak zdania, że brak takiego porozumienia i sfinalizowania umowy o wolnym handlu pomiędzy UE  a krajem wielu narodów, będzie miało negatywny wpływ na pozycję Starego Kontynentu, który będzie zależny od widzimisię Rosji, głównego dostawcy surowców energetycznych. Stąd też i jawna niechęć prezydenta Putina w odniesieniu do TTIP, gdyż zdaje on sobie sprawę, że osiągnięcie konsensusu pomiędzy sygnatariuszami automatycznie zepchnie Rosję na boczny tor, która to jak powszechnie wiadomo, nie lubi odgrywać drugorzędnej roli.

Warto przypomnieć, że negocjacje w sprawie transatlantyckiego partnerstwa w dziedzinie handlu i inwestycji ciągną się już od 2013 roku i wraz z ich wydłużaniem, rośnie liczba przeciwników oraz nawarstwiają się kwestie stawiające potencjalny układ pod znakiem zapytania. Na rezultat rozmów pomiędzy reprezentantami UE i USA najprawdopodobniej trzeba będzie jeszcze poczekać.

Jeżeli zaś chodzi o bieżące dane to piątkowe informacje napływające z giełdy nie napawały inwestorów zbyt dużym optymizmem a to głównie za sprawą czarnej wizji bankructwa Grecji. Dotychczasowe pertraktacje z Grecją oraz mozolny proces opracowywania listy reform zdecydowanie nie należą do udanych, jednak jak twierdzi wielu analityków, nie można też ich nazwać kompletnym fiaskiem. Również i chiński rynek przyprawił niejednego inwestora o ból głowy. Jest to następstwem obostrzeń  wprowadzonych odnośnie dokonywania transakcji na giełdzie.

Agnieszka Kępińska
Specjalista rynku CFD i Forex,
City Index

Udostępnij artykuł: