W kolebce polskiego rocka

Bez krawata

Wojciech Fułek, stały autor naszego portalu, sopocki pisarz, scenarzysta, kronikarz historii polskiego jazzu i rocka, współautor wielu dokumentalnych filmów telewizyjnych o historii i ważnych postaciach polskiego rocka (m.in. "Czy mnie jeszcze pamiętasz?"- o Czesławie Niemenie, tryptyk "Partia, pieniądze, rock and roll" - o trzech dekadach polskiego rocka, , "I nie żałuj tego" - o Franciszku Walickim, ojcu chrzestnym polskiego rocka), tym razem opisuje narodziny i początki big-beatu oraz główne postaci rodzimej sceny rock'rollowej lat 60-tych. "Rockowa fala" to kolejny z rozdziałów nowej książki Wojciecha Fułka, przygotowywanej do druku. Publikujemy ten tekst jako pierwsi.

Ciasna , duszna salka małego Klubu Kultury „Rudy Kot” przy ul. Garncarskiej 18. To wszystko zaczęło się właśnie tutaj. Mocne uderzenie, big-beat, muzyka młodzieżowa. #WojciechFułek

ROCKOWA FALA

(odcinek III)

W kolebce polskiego  rocka

Kiedy rock and roll dociera w końcu – z kilkuletnim opóźnieniem – do peerelowskiej Polski, 24-letni Elvis Presley od dawna obwołany jest już jego Królem. W roku 1959 znajduje się właśnie w Europie, odbywając służbę wojskową w amerykańskiej bazie w okolicach Frankfurtu nad Menem. Nie traci jednak nic ze swojej popularności, wprowadzając wcześniej nagrane piosenki na listy przebojów. W marcu jego singiel z przebojami „I  Need Your Love Tonight” i „A Fool Such As I”, wydany przez RCA Records i sprzedany w ilości ponad 1 miliona kopii (!) otrzymuje oficjalnie tytuł Złotej Płyty.  RCA natychmiast wysyła specjalnie wytłoczony z tej okazji „złoty singiel” do jednostki Presley’a w Niemczech.

Tymczasem zaledwie kilkaset kilometrów na wschód, 24 marca 1959 roku świętowaliśmy narodziny polskiego rock and rolla. Data tych narodzin jest oczywiście w pewnym sensie umowna (o nieco wcześniejszych  próbach muzycznej aktywności, związanych z rock and rollem  pisałem w poprzednim odcinku), chociaż sam koncert był jak najbardziej dosłowny. Ciasna , duszna salka małego Klubu Kultury „Rudy Kot” przy ul. Garncarskiej 18. To wszystko zaczęło się właśnie tutaj. Mocne uderzenie, big-beat, muzyka młodzieżowa. Korzenie słowiańskiego, polskiego rocka.  Bo wszystko, co nastąpiło potem, wydaje się już tylko pochodną i konsekwencją tego pierwszego rock’n’rolowego wybuchu. Tym, którzy zaczynali, było najtrudniej. To przecież oni musieli przełamywać mur niechęci i uprzedzeń. To im też chyba zawdzięczają najwięcej dzisiejsi fani rocka, choć zapisana przez polskich pionierów karta muzycznej historii znana jest tak naprawdę tylko nielicznym. Warto zatem przypomnieć te początki. Zwłaszcza, że u źródeł polskiego rocka natkniemy się oczywiście na … jazz. Nieprzypadkowo ojcem chrzestnym big-beatu (ta nazwa jeszcze wtedy nie funkcjonowała w publicznym obiegu) i menedżerem (ta również na pewno nie) został jeden z głównych pomysłodawców i animatorów sopockich festiwali jazzowych, aktywny działacz Gdańskiego Jazz Clubu, znany wybrzeżowy dziennikarz i publicysta, Franciszek Walicki. A legendarny już dziś, pierwszy polski zespół rock’nrollowy pod nieco mylącą nazwą „Rhythm and Blues” stworzyli m.in. byli członkowie gdańskiego Modern Jazz Sekstet. Wśród nich znaleźli się: Leszek Bogdanowicz (dumny właściciel pierwszej w Polsce gitary elektrycznej „Grazioso”, podłączanej na koncertach do wymontowanego z radzieckiego radia  „Dniepr” wzmacniacza o oszałamiającej mocy… 15 watów!), kontrabasista Leszek Szymański i perkusista Edward Malicki. Razem z nimi zagrali na tym, pierwszym historycznym koncercie Andrzej Sułocki (fortepian) oraz Jan Karsznik (saksofon tenorowy). Solistami debiutującego „Rhytm and Bluesa”  byli wówczas: 23-letni, świeżo upieczony absolwent Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Sopocie , Bogusław Wyrobek oraz zaledwie 17-letni uczeń jednej z gdyńskich szkół średnich, Wojciech Zieliński, z tego powodu występujący pod pseudonimem Marek Tarnowski. Opiekę organizacyjną i artystyczną nad zespołem, stworzonym pod sztandarem gdańskiego Jazz Clubu, sprawował starszy od muzyków i wokalistów o jedno pokolenie, wspominany już, doświadczony  dziennikarz „Głosu Wybrzeża”, Franciszek Walicki. 24 marca 1959 roku  podczas inauguracyjnego koncertu pełnił on również rolę konferansjera. Zachowały się jego notatki z tamtego, możemy zatem (przynajmniej częściowo) odtworzyć tę zapowiedź.

„Tworząc zespół tego typu przy Jazz – Clubie zdawaliśmy sobie sprawę, że nasza decyzja wywoła konsternację w środowisku jazzowym” – mówił wtedy Walicki. „Ale nie dysponując lokalem , nie otrzymując żadnej pomocy materialnej, sami musimy uzyskiwać niezbędne dla klubu fundusze. Możemy to zrobić  tylko własna pracą, a ściślej – pracą własnego, dobrego zespołu rozrywkowego, na tyle popularnego i lubianego, aby mógł nam zapewnić egzystencję (…) Jest zresztą i inny powód. Z zaskakującej mieszaniny muzyki country i czarnego rhythm and bluesa powstaje nowy typ muzyki, być może trochę zwariowanej, ale odpowiadającej autentycznym upodobaniom młodego pokolenia. Czy przetrwa dłużej niż 2 miesiące? Na pewno. I choć trudno dziś przewidzieć, jakim ulegnie zmianom, ale na pewno stanie się muzyką młodych ludzi  drugiej połowy XX wieku.”

Nie pada jeszcze w tej zapowiedzi nazwa „rock and roll”. Walicki nie wymyślił jeszcze wtedy synonimu  tej nazwy – określenia „mocne uderzenie”, które było dosłownym tłumaczeniem anglojęzycznego sformułowania „big beat”.  Taka  nazwa  pojawiała  się bowiem w różnych okolicznościach (jako tytuł filmu, koncertów itp.) mniej więcej od roku 1958, a Walicki popularyzował ją w Polsce nieco później. Pojawiła się po raz pierwszy chyba w roku 1960, przy okazji  koncertów „Czerwono-Czarnych”. Ale ta językowa ostrożność jest chyba w pełni zrozumiała – dopiero co uchylono bowiem „żelazną kurtynę”,  a sam rock and roll uznawany był wtedy  za nieco ekstrawagancki taniec i sezonową  modę muzyczną, która wkrótce miała przeminąć, jak każda moda.

Wojciech Fułek

(ciąg dalszy nastąpi…)