W poszukiwaniu miejsca na gospodarczej mapie świata. Banki centralne Polski i Austrii inicjatorem wielkiej debaty o przyszłości kontynentu

Tylko u nas

-Jak sprawić by Europa była bardziej konkurencyjna? - w tym lakonicznym stwierdzeniu prezes NBP, Marek Belka, zawarł całe przesłanie dwudniowego wydarzenia zorganizowanego przez banki centralne Polski i Austrii. W skład tego niezwykłego spotkania na najwyższym szczeblu wchodziły aż dwie, odbywające się równolegle, konferencje - „Future of the European Economy (Przyszłość Gospodarki Europejskiej) 2015” oraz „European Economic Integration (Europejska Integracja Gospodarcza) 2015”.

Przez dwa dni przybyli z różnych stron świata eksperci próbowali znaleźć odpowiedzi na pytania, które co najmniej od roku 2008 stanowią kluczowe wyzwanie nie tylko dla naszego kontynentu, ale również i globalnego ładu gospodarczego. Jak przypomniał przewodniczący austriackiego banku centralnego Ewald Nowotny, już wcześniej podobne spotkanie zorganizowane zostało wspólnie z fińskim bankiem narodowym – teraz przyszedł czas na Polskę, a tematyka odnosiła się również do krajów Europy Środkowo – Wschodniej oraz Południowo-Wschodniej.

– Postrzegam proces integracji europejskiej jako zapewnienie konkurencyjności długoterminowej – stwierdził w wystąpieniu inauguracyjnym Nowotny. W kolejnych sześciu panelach prelegenci próbowali znaleźć odpowiedź na pytanie: w jakim stopniu na konkurencyjność gospodarek krajów Starego Kontynentu mogą mieć wpływ takie czynniki jak wsparcie dla innowacyjnych przedsiębiorstw, zmiany na rynku pracy czy polityka strukturalna Brukseli. Sam zwierzchnik austriackiego banku centralnego uważa, że unia gospodarczo-walutowa powinna być „bardziej zdyscyplinowana i nacechowana solidarnością” – inaczej takie zjawiska jak wspomniany przez prezesa Belkę „anemiczny wzrost” unijnej gospodarki będą nam towarzyszyć przez dłuższy czas. Dodatkowy problem w tym, że „rywalem” dla państw narodowych i całej Wspólnoty coraz częściej nie są inne kraje, lecz… globalne korporacje, znacznie lepiej radzące sobie na rynku. Dane przytoczone przez Beatę Javorcik z uniwersytetu oxfordzkiego nie pozostawiają złudzeń: budżety 700 dużych spółek na działalność badawczo-rozwojową stanowią połowę kwot wydawanych na ten cel na całym świecie. Hiszpania i Szwajcaria przegrywają w tym zakresie z… Ford Motor Company, Belgia z Chryslerem, a Finlandia i Rosja z Toyotą. A przecież wymienione marki to tylko jeden z jakże licznych sektorów rynku generujących innowacje.

Jaka powinna być w tej sytuacji rola rządów poszczególnych państw i decydentów unijnych? Przede wszystkim: nie bójmy się wyzwań – to przesłanie zdaje się dedykować rządzącym profesor Uniwersytetu w Toronto, Dan Breznitz. Jego zdaniem, do sukcesu nie dojdzie się bazując wyłącznie na awersji do ryzyka i inwestując wyłącznie w pewne przedsięwzięcia. – Trzeba nadać efekt skali eksperymentom udanym i wyeliminować nieudane – uważa Breznitz, realistycznie przestrzegając przed tyleż buńczucznymi, co nierealnymi wizjami utworzenia Doliny Krzemowej w kilka lat. Niestety, głównym ryzykiem dla ambitnej drogi rozbudzania innowacyjności może okazać się głos wyborców, dla których nieuniknione w procesie finansowania innowacyjności porażki mogą być równoznaczne z wyrzucaniem publicznych środków w błoto. Niewskazana jest również przesada w drugą stronę; Uri Gabai, ekspert izraelskiego Ministerstwa Przemysłu, Handlu i Pracy przestrzega przed bezrefleksyjnym dotowaniem całych sektorów gospodarki. – Najważniejsze – to wiedzieć, kiedy rząd powinien być aktywny a kiedy się wycofać i dać innym możliwość działania – ocenia Gabai. W tym kontekście tylko cieszyć może sukcesywne zastępowanie bezzwrotnych dotacji unijnych coraz powszechniejszymi instrumentami zwrotnymi, dostępnymi chociażby w ramach programów ramowych.

Tymczasem znacznie większym zagrożeniem dla budżetów państw europejskich okazać się może utrzymywanie coraz większej grupy doskonale wykształconych… bezrobotnych. Wypowiedź przedstawiciela OECD Alaina de Serres szokuje: jeden na czterech wykwalifikowanych Europejczyków (a w przypadku takich krajów jak Włochy czy Hiszpania nawet jeden na trzech) posiada kwalifikacje całkowicie zbyteczne na obecnym rynku pracy! I nie chodzi tu wcale o wykonujących proste czynności pracowników fizycznych, ale przede wszystkim o absolwentów wyższych studiów. „Nadmierny poziom kwalifikacji w porównaniu do potrzeb rynku” – tę diagnozę eksperta OECD powinniśmy przyjąć z pokorą również my, mieszkańcy kraju nad Wisłą. Ilu zbędnych na rynku pracy socjologów, politologów, lingwistów czy choćby menedżerów wypluwają każdego roku publiczne i prywatne uczelnie – przy czym ów dyplom wyższych studiów stanowi w ich przypadku raczej namiastkę tytułu szlacheckiego aniżeli fach w ręku? Ilu z tych absolwentów trafi na zmywaki w bogatszych krajach „starej” Unii – w tym samym czasie, gdy rodzimi pracodawcy bezskutecznie będą poszukiwać osób z kwalifikacjami może mniej prestiżowymi, za to z pewnością bardziej przydatnymi? Analogiczna reguła dotyczy również samych prac badawczo-rozwojowych, które nie powinny być prowadzone bez przełożenia na potrzeby gospodarki. – Musimy wytworzyć mocne połączenie między innowacjami a produkcją – uważa Gilles Rabin z Uniwersytetu w Grenoble.

Jak na tym tle wypadają kraje naszego regionu? – Europa Środkowa dąży do dogonienia „starej” Unii – twierdzi zwierzchnik estońskiego banku centralnego, Ardo Hansson. Z drugiej strony, siłą napędową owego rozwoju przestają być już inwestycje zagraniczne; prezes narodowego banku Chorwacji Boris Vujcić ocenia, że wraz z kryzysem do przeszłości odszedł model, w którym za wzrost krajów dawnego bloku wschodniego odpowiadał zachodni kapitał. Trudno się dziwić takiemu stanowi rzeczy, skoro po kryzysie różnice między wschodem a zachodem Wspólnoty mocno się zmniejszyły. Przedstawiciel Międzynarodowego Funduszu Walutowego Bas Bakker podkreślał, że niektóre regiony krajów Europy Środkowo-Wschodniej już dziś charakteryzuje wyższy od średniej unijnej poziom PKB; do takich obszarów należy między innymi województwo mazowieckie. Zdaniem Hanssona, motorem wzrostu w najbliższych latach będzie najprawdopodobniej popyt wewnętrzny. – Należy zadać pytanie: ile można wzrosnąć na tych zasadach? – podkreślił prelegent, i jest w tym bardzo dużo racji. Według Dana Breznitza w dzisiejszym świecie proste powiązania biznesowe i klasyczne łańcuchy dostaw tracą rację bytu. Możemy raczej mówić o strukturze na kształt sieci, o wzajemnych powiązaniach pomiędzy z pozoru odległymi krajami. Pierwszym z brzegu przykładem może być, zdaniem prelegenta, produkcja zwykłego smartfona. Koncepcja urządzenie powstaje w Stanach Zjednoczonych, Tajwan dokłada technologię, w Korei powstają najbardziej zaawansowane elementy- jak wyświetlacze czy pamięci, produkt finalny zaś opuszcza fabryki w Shenzen. W takiej sytuacji dla naszego regionu pojawia się kolejna szansa: zamiast rezerwuaru taniej siły roboczej możemy – i powinniśmy – stać się zapleczem badawczo-rozwojowym dla globalnych korporacji.

Jedno wydaje się pewne: jeśli nawet niezbędne reformy wdrożone zostaną niezwłocznie, ich efekty będziemy obserwować w kolejnych dziesięcioleciach. – Pomimo, że niezbędne są reformy strukturalne nie należy spodziewać się wczesnych efektów – podkreślił Daniel Gros z Centrum Europejskich Studiów Politycznych. W podobnym duchu wypowiedział się Uri Gabai: – W polityce innowacyjnej potrzeba konsekwencji (…) To proces systematyczny, wymagający wiele cierpliwości i eksperymentowania – jednak jeżeli zachowamy cierpliwość można być optymistą – uważa ekspert. Jak widać, warto się postarać – tym bardziej, że alternatywna rola „cyfrowej kolonii USA”, o której wspominał Gilles Rabin, nie satysfakcjonuje chyba żadnego Europejczyka.

Karol Jerzy Mórawski

Udostępnij artykuł: