W śnieżnej depresji

Blogi / Przemysław Szubański

Im bardziej pada śnieg, Bim – bom Im bardziej prószy śnieg, Bim – bom Tym bardziej sypie śnieg Bim – bom Jak biały puch z poduszki.

Ta mruczanka Kubusia Puchatka przypomina mi się zawsze, kiedy widzę, że pada śnieg. Jeszcze nie marzną mi paluszki (te u nóg zabezpieczone dobrymi butami, gorzej z rękami…), ale już się boję: jakaś prognoza długoterminowa zapowiada mrozy. No niby taki mamy klimat, że co roku jest zima – wprawdzie czasem tylko kalendarzowo – i może wtedy padać śnieg, ale po co minus 20? Żeby komunikacja autobusowa miała pretekst do spóźnień czy wręcz odwoływania kursów? A śnieg też nie jest mi zbyt potrzebny. Żeby moja antena satelitarna przekazywała mi to samo, co za oknem (śnieg znaczy)? I żeby przyszedł ten straszny moment, kiedy to białe coś zacznie się roztapiać, zamarzając wieczorem albo nad ranem i gwałtownie zwiększając zużycie gipsu?

No, fajnie się czasem wyżalić nie tylko przyjacielowi w mankiet, ale wręcz na łamach. Bo wbrew pozorom cotygodniowe pisanie wcale nie jest taką łatwą sprawą. Bo to prawie jak w felietonie Jana Brzechwy “Wywiad błyskawiczny”. “W ostatnich czasach szerzy się u nas epidemia tak zwanych wywiadów błyskawicznych. Wygląda to mniej więcej w sposób następujący.

Skoro świt dzwoni telefon i w słuchawce rozlega się miły, kobiecy głos:

– Tu mówi redakcja “Nowin codziennych”. Przeprowadzamy błyskawiczny wywiad z szeregiem wybitnych osobistości na temat “Jak układają się nasze stosunki z sąsiadami”. Prosimy o krótką wypowiedź. Może być coś dowcipnego.” No i właśnie chodzi o ten dowcip. A w przypadku felietonu – fajny greps. I wymyśl coś człowieku, żeby broń Boże polityczne nie było (polityki większość ma od dawna dosyć), ale za to lekkie, łatwe i przyjemne się stało. Co gorsza, tak jak najlepsze odpowiedzi przychodzą do głowy na schodach, tak najlepsze pomysły na tekst pojawiają się (przynajmniej u mnie) albo we śnie, albo przynajmniej w nocy. A ogólna niechęć do wstawania, zapalania światła (nawet jeśli jest to ekran smartfona czy tabletu) powoduje, że “uciekają bezpotomnie Polihymnii polifonie”. W moim przypadku byłaby to Kalliope bez rylca i/albo tabliczki.

No to kończę jak Pink Floyd swój wiekopomny utwór „Time”: czas minął, piosenka się skończyła, myślałem, że mam coś więcej do powiedzenia…

Przemysław Szubański

Udostępnij artykuł: