Warto wiedzieć. Pasje i Pasjonaci: Prostota to nie prostactwo

BANK 2020/02

prof. dr. hab. Jan Miodek
Fot. Archiwum prywatne / Andreas Hubsch

Z prof. dr. hab. Janem Miodkiem rozmawiał, o języku polskim i nie tylko, Dariusz Łukawski.

Panie profesorze, co pan czuje, gdy w sytuacji publicznej słyszy pan rozmowy prowadzone piękną polszczyzną?

– Ja tej bardzo ładnej polszczyzny doświadczam. Niedawno nagrywaliśmy „Słownik polsko-polski”. Gościłem dzieci z Głuchołaz na Opolszczyźnie. To byli uczniowie siódmej klasy i dojrzałość ich języka była niezwykła. Ja byłem wstydliwy i mniej elokwentny w ich wieku. Z jednej strony widzę ciemne strony internetu i środków masowego przekazu, ale z drugiej – nie mogę nie widzieć jakichś pożytków. Młodzież, chociażby językowo, jest bardzo dojrzała. Szczerze się ich językiem zachwycam. W konfrontacji z językiem pełnym agresji, wulgaryzmów.

Kto dominuje w tym brzydkim języku, w agresji, wulgaryzmach? Politycy, ulica, czy przenikają się nam te środowiska i języki?

– To się niestety przenika. Czytam wywiady znanych: poetów, pisarzy, dziennikarzy. Przerywniki na p…, na ch…, na k…, są na porządku dziennym. Nie mają żadnych zahamowań. Przed chwilą czytałem wywiad z pewnym Amerykaninem, tłumaczony oczywiście na polski. Nie wierzę, żeby ten Amerykanin użył słowa k…wa, chyba że już cały świat wie, że to polski przecinek. Wydaje mi się, że to zrobił dziennikarz, który tłumaczył tę rozmowę.

Żeby język był bardziej emocjonalny, barwny.

– Oczywiście. Bo kiedy rozmawiam z takim dziennikarzem, to on sam przyznaje: „ja nie wykropkowuję wulgaryzmów, bo chodzi o to, żeby pokazać całą osobowość rozmówcy”. To jest dziś w najwyższej cenie.

Nie tylko w mediach.

– Moje zachowanie jest czasem trochę, nie chcę powiedzieć, że nienormalne, ale mam taką słabość, że uwielbiam sport i piłkę nożną. Często, gdy jestem na wakacjach na wsi, czy nawet tu, we Wrocławiu, gdy przechodzę obok boiska, gdzie grają w piłkę, to zatrzymam się na 5–10 minut. Kiedy słucham tego, jak oni się na boisku zachowują, to unoszą się tylko dwa słowa: k…wa, ja pier…ę. I pod tym się kryje zachwyt, jeśli coś się uda, jakieś zagranie, padnie bramka, albo dezaprobata, jeśli ktoś zawali zagranie.

To upraszcza komunikację. Na boisku nie ma czasu na poezję.

– No i są jeszcze relacje chłopcy – dziewczęta. Na boiskach coraz więcej jest też piłkarek. Dziewczyny coraz lepiej grają w piłkę. Technicznie są świetne, kiwają, strzelają. I właśnie widziałem taką sytuację, gdy dziewczynka po wymanewrowaniu kilku chłopców, zdecydowała się na piekielnie ostry strzał i trafiła w poprzeczkę. I wtedy rozległ się okrzyk podziwu u chłopców: jeb…na.

O, to tak jak na rajdach samochodowych, oznaka najwyższego uznania.

– No proszę, więc skoro tak wyrażają zachwyt, to 50% Polaków jest przekonanych, że ze słowem zajebisty można wejść na salony. Mało tego, jeszcze mi się wmawia, że ja powiedziałem, że dziś jest to słowo zupełnie neutralne stylistycznie. A dla mnie to najobrzydliwsze słowo!

A jaki jest wobec tego nasz język urzędowy, korporacyjny, biznesowy?

– Jest szablonowy, pozbawiony dynamizmu. Zdania są rozbudowane monumentalnie. Zamiast je skrócić, do zdań pojedynczych, lekko rozwiniętych z częstym użyciem czasowników, zamienia się to w takie tasiemce. Jeśli mam mówić o swoich, nie zawaham się tego powiedzieć, porażkach w pracy zawodowej, to kiedy ktoś mnie próbuje naciągnąć na wydanie ekspertyzy pisma urzędowo-kancelaryjnego – poddaję się bez walki. Jestem ostatnim, który by się zgodził na bycie ekspertem w interpretacji takiego czy innego pisma urzędowego. Czy to nie jest smutne, że jakieś pismo, jakaś decyzja kierowana do przeciętnego człowieka, nie jest czytelna? On się musi zwrócić do językoznawcy, prawnika, żeby mu podpowiedzieli, wyjaśnili, o co w tym piśmie chodzi.

Trzeba z tym walczyć. Kto jak nie pan?

– Cieszę się, że jeden z moich uczniów, o ile tak można mówić jeszcze o doktorze habilitowanym, założył w naszym polonistycznym instytucie Pracownię Prostego Pisania. Głównie z myślą o języku tekstów kancelaryjnych, urzędowych. To musi ulec uproszczeniu, jeśli nie chcemy się zapętlić.

Jakie są pana spostrzeżenia dotyczące języka bankowców, ubezpieczycieli, korpopracowników?

– Dużo jest takiego, jak to się mówi, stylu nominalnego, z rozbudowanymi okresami składniowymi. Nie bójmy się prostych krótkich zdań. Prostota to nie prostactwo. Ten język można sprowadzić do parteru, jeśli chodzi o stopień jego skomplikowania. Nie robi się tego. On jest właśnie tak jakby celowo pokrętny, zawiły, najeżony takimi jakimiś profesjonalizmami, przed którymi przeciętny użytkownik polszczyzny staje bezradny.

Nie uważa pan, że to jest element pseudonobilitacji autora takich komunikatów?

– Oczywiście. Tym mnie znajomi pocieszają. Mówią: człowieku u nas jest to samo. A rozmawiałem na ten temat z niejednym Niemcem, Anglikiem, Francuzem. Natomiast byłem parę razy w Danii. Mieszkający tam Polacy zawsze mówili mi, że jeśli chodzi o język w sprawach urzędowych, ekonomicznych, prawnych jest niezwykle prosty. W ogóle Duńczycy mają na tym punkcie pozytywnego fioła, żeby uczynić te przepisy jeszcze przystępniejszymi. Kiedy to słyszę, to trochę zazdroszczę.

Skandynawowie żyją jakby obok.

– Jeśli chodzi o społeczeństwa skandynawskie, to proszę zauważyć, że zawsze są w czołówce rankingów szczęśliwości, zadowolenia z życia, zaufania do drugiego człowieka. To jest chyba najukochańszy region świata ta Skandynawia, jeśli chodzi o szczęśliwość. To właśnie te cztery państwa prezentują największą prostotę języka urzędowo-kancelaryjnego.

Jan Miodek

Zawsze to stu­dentom powtarzam, że dzisiaj, kiedy to ubieganie się, rozmowy z szefami, kwalifikacje są na porządku dzien­nym, to klucz do otrzymania dobrej posady leży w języku. Język jest naj­ważniejszy.

Nie dlatego to mówię, że jestem językoznawcą. Gdybym był fizykiem czy geologiem, też bym to powiedział. Nie ma ważniejszej spra­wy niż język w naszym codziennym życiu. W polityce, w gospodarce, w ekonomii. Właśnie w tych rela­cjach z klientem. To jest wszystko, to jest alfa i omega.

Proste, czyli komunikatywne.

– Oczywiście. Dawno temu w „Polityce” była taka rubryka: „Uczyć się choćby od diabła”. Przecież Bałtyk to nie jest przesadnie wielkie morze. A można czegoś się jeszcze nauczyć od wspaniałej skandynawskiej szkoły. Z fińską szkołą na czele, bo jest tajemnicą poliszynela, że najlepszy system oświatowy na świecie jest w Finlandii.

Jak wypada zatem posługiwanie się np. skrótami w komunikacji?

– Trzeba mieć wyczucie generacyjne. Wro zamiast Wrocławia, cze zamiast cześć. Gdybym ja to robił, to będę groteskowy, natomiast w języku młodego pokolenia jest to naturalne. Ono ma wiele nowych określeń, często zapożyczonych.

Anglojęzyczne zwroty weszły na stałe do komunikacji.

– Sporo jest takich zwrotów, z najpopularniejszym: wow, którego ani razu w życiu nie użyłem. To jest już dzisiaj przysłówek. Odpowiadając na pytanie: Jak tam było? mówimy – wow, czyli fajnie, cudownie. Mówimy o jakimś efekcie wow, w korporacjach jest efekt wow, czyli pozytywnego zaskoczenia, pozytywnej niespodzianki.

Wow, really? Fantastic…

– Coraz więcej jest tych wtrętów, których nie muszą wszyscy rozumieć. Mój sześcioletni wnuk wie, co to jest timing, a mój rówieśnik raczej nie będzie wiedział. Jeżeli ja kogoś przypadkowo potrącę, to powiem przepraszam albo z francuska pardon. Kto dziś tak powie? Każdy, kto ma lat 10, 20, 40, powie krótko: sory. To sory jest tak popularne, że doczekało się polskich wariantów: sorka, sorki, sorewicz.

To dobrze czy źle?

– Mój stosunek do anglicyzmów jest prosty: jeśli wypełniają jakąś wyrazową lukę, mam na myśli słownictwo elektroniczne, ekonomiczne – np. joystick, leasing, esemes, e-mail, dealer – to ja marnego słowa przeciw takim anglicyzmom nie powiem.

A jakie są szkodliwe?

– Denerwują mnie te anglicyzmy, które są semantycznymi kalkami. Wkraczają na obszar, w którym dobrze funkcjonowały polskie wyrazy. Słowo agenda stało się tak powszechne, że ja już mam kłopoty ze zdefiniowaniem, o co tu chodzi. Ja przyzwyczajony do agendy jako oddziału czegoś, agendy ministerialnej, agendy przedsiębiorstwa. Teraz agenda jest wszystkim. Zaczęło się od agendy konferencji, to się domyślałem, że chodzi o porządek konferencji. Od tego się zaczęło. A teraz wszyscy powtarzają: Jaką masz agendę? To jest moja agenda. Tak mówi polityk, dyrektor szkoły, menedżer. Wszędzie jest agenda, agendą, agendy. A dlaczego teraz co drugi Polak, przytakując, nie różnicuje – np. tak, owszem, tak jest, pewnie, że tak. Wszystko jest teraz: dokładnie, dokładnie, dokładnie. To się zaczęło, gdy lepiej poznaliśmy język angielski, gdzie obok słowa yes jest również exactly. Tu jest pies pogrzebany.
– Czy Mickiewicz umarł w roku 1855?
– Dokładnie.
– Jurek się żeni?
– Dokładnie.
– Czy jedziemy jutro do Krakowa?
– Dokładnie.
Dostałem niedawno pismo, że do kontaktów ze mną została dedykowana jakaś osoba. Kupiłem śruby, dedykowane do tego typu ścian. Już żaden dyrektor czy nawet jakiś polonista nie powie: te środki przeznaczymy na rozbudowę. Powiedzą: te środki dedykujemy. Wredny anglicyzm. Po angielsku dedykowanie jest wszelkim przeznaczeniem. My dedykujemy komuś piosenkę, wiersz, wpisujemy dedykację. Nikt już nie powie o sytuacji finansowej tylko o kondycji finansowej. Czy to dotyczy stanów fizycznych, finansowych czy gospodarczych, wszędzie jest kondycja.

Czyli zamiast korzystać z bogatszego języka polskiego, upraszczamy po angielsku.

– Takich anglicyzmów nie lubię, przeciwko takim anglicyzmom protestuję. Można by się jeszcze o coś ubiegać, starać, prosić. Nie, trzeba koniecznie: aplikować.

Jaki jest pana feedback?

– A no właśnie. Ha, ha. To kolejny przykład

Ludzie pracują w korporacjach, w międzynarodowym otoczeniu. Angielski jest naturalnym językiem komunikacji, może dlatego staje się tak inwazyjny?

– To jest poniekąd nieuchronne. Nasiąkają. Tworzy się taki profesjolek, uwarunkowany ich profesją, pracą w korporacji, który bardzo ich izoluje. Natomiast tu ja się niczego nie boję. Nie przyłączam się do kasandrycznych głosów, że za 5–10 lat zdominuje nas angielszczyzna. Nie. Angielski to jest dziś najpopularniejszy język. To jest jego czas. Był czas łaciny, greki, niemieckiego, był czas francuskiego. Ostatecznie wierzę w to, że polszczyźnie z tego powodu nic złego się nie stanie. Tylko że będzie tych słów więcej i pewne grupy zawodowe tymi anglicyzmami przesycone będą. Środowiska ekonomii, bankowości, korporacji międzynarodowych.

Nie nadużywamy aby tych anglojęzycznych zwrotów, nazw, żeby się trochę lepiej poczuć?

– Ależ oczywiście. Tylko to niewiele zmienia. Kiedyś odmówiłem udziału w konferencji, ponieważ miałem tam wystąpić jako speaker, a nie wykładowca. Powiedziałem, że mam ten termin zajęty, bo zobaczyłem tam element takiego językowego snobizmu. A tego snobizmu nie lubię. Choć sam mówię swoim wnukom: uczcie się angielskiego, ale po to, by się komunikować.

Czy umiejętność pięknego posługiwania się językiem zwiększa możliwości sukcesów, kreowania kariery?

– Naturalnie, że tak. Zawsze to studentom powtarzam, że dzisiaj, kiedy to ubieganie się, rozmowy z szefami, kwalifikacje są na porządku dziennym, to klucz do otrzymania dobrej posady leży w języku. Język jest najważniejszy. Nie dlatego to mówię, że jestem językoznawcą. Gdybym był fizykiem czy geologiem, też bym to powiedział. Nie ma ważniejszej sprawy niż język w naszym codziennym życiu. W polityce, w gospodarce, w ekonomii. Właśnie w tych relacjach z klientem. To jest wszystko, to jest alfa i omega.

To jak go używać?

– Być przeciw modzie, przeciw stereotypom, przeciw konstrukcjom, które dookoła siebie słyszysz. Będziesz wtedy stylistycznie atrakcyjny. Bądź przeciw modzie. Przeciw przerostowi anglicyzmów, takich schematów stylistycznych obowiązujących w korporacji, w banku, w urzędzie. Bądź przeciw modzie.

Udostępnij artykuł: