Wielki smród

Blogi / Jan Cipiur

Wskutek prowadzonej od 7 lat „nie-polityki” gospodarczej zwanej także „polityką wspak i na opak” zaczęły się dla nas bardzo ciężkie czasy. Potrwają niestety długo albo jeszcze dłużej, więc zanim skrzywimy się na dobre, coś z nienazbyt pękatej beczki dobrych i niezłych wiadomości.

Jan Cipiur
Jan Cipiur Fot. Autor

Wskutek prowadzonej od 7 lat „nie-polityki” gospodarczej zwanej także „polityką wspak i na opak” zaczęły się dla nas bardzo ciężkie czasy. Potrwają niestety długo albo jeszcze dłużej, więc zanim skrzywimy się na dobre, coś z nienazbyt pękatej beczki dobrych i niezłych wiadomości.

Wprawdzie beczka dziełem jest nie naszych bednarzy, ale to nie wadzi bowiem chodzi o to, żeby pokazać, że jednak można nie zaprzestawać lub niweczyć wysiłków poprzedników wraz z każdą zmianą rządu.

Byłem wtedy szkrab niewyrośnięty, ale pamiętam, nie wiedzieć czemu doskonale, fragment „Dziennika Telewizyjnego” z przełomu lat 50. i 60. minionego stulecia, w którym z tryumfem rzekomej przewagi naszych opisywano śmierć przepływającej Londyn Tamizy.

Tym razem nasi nie kłamali. Z powodu odprowadzania do niej ścieków i wód poprzemysłowych oraz innych zanieczyszczeń, Tamizę ogłoszono wtedy rzeką „biologicznie martwą”, bez ryb, bez żab, bez mnóstwa drobniejszych zwierzątek i roślin wodnych. Katastrofa w każdym wymiarze, także politycznym.

Wody Tamizy psute były przez stulecia, podobnie jak wszystkie jej dopływy. Wrzód nabrzmiewał, ale nie pękał. Aż do 1858 roku, który zapisano w annałach miasta pod hasłem „Wielki Smród”.

Martwa rzeka

Miasto bez kanalizacji, a liczące już wtedy dwa razy więcej mieszkańców niż dzisiejsza Warszawa nawiedziły w połowie czerwca upały. Temperatury przekraczające 30 stopni Celsjusza prześladowały stolicę imperium przez kilka tygodni.

Oszczędzę naturalistycznych opisów ze źródłami w londyńskich muzeach i ówczesnej prasie, ale uwierzcie - było strasznie. Kto mógł uciekał z miasta, byle dalej od fetoru.

Ludziom i władzom było dość. Ratunkiem miała być sieć kanalizacyjna i wodociągowa. Budowy podjął się inżynier Sir Joseph Bazelgette.

Podobnie jak ta ułożona w Warszawie przez rosyjskiego generała, ówczesnego prezydenta miasta Sokrata Starynkiewicza – sieć Bazelgette’a działa do dzisiaj.

Była oczywiście coraz rozleglejsza i modernizowana, ale ludzi i przemysłu w Londynie i wokół metropolii przybywało, zaś wody rzeki płynęły ciągle tym samym strumieniem, więc stężenie nieczystości i metali ciężkich stale rosło.

Organizmy żywe potrzebują tlenu. Ryby wymagają mniej więcej 4-5 mg tlenu rozpuszczonego w litrze wody. W latach 50. XX wieku było go w Tamizie zaledwie 0,5 mg. Później mierniki już nic nie wyczuwały. Tlenu wystarczało jedynie larwom much i komarów. Było go też w sam raz dla pijawek.

Cud nad Tamizą i smutek nad Wisłą

Niebawem ogłoszono oficjalnie, że Tamiza jest biologicznie martwa. Świetny kąsek dla propagandy z drugiej strony Żelaznej kurtyny: „Popatrzcie, u nich też się wali i to jak spektakularnie!”

Była jednak różnica. Tam rozpoczęto wielkie czyszczenie, u nas zaczynało się właśnie wielkie psucie rzek i wszelkich innych wód.

Począwszy od 1976 r. wszystkie „już nie ścieki” spuszczane do Tamizy i jej dopływów przechodziły przez oczyszczalnie. Równolegle zaostrzano przepisy dotyczące ochrony środowiska i ich egzekucję.

Dziś w Tamizie żyje ok. 125 gatunków ryb. Jeśli liczyć od zera absolutnego w połowie XX wieku – wielki sukces

Margaret Thatcher sprywatyzowała firmy dostarczające wodę, ale jednocześnie utworzyła państwowy organ ochronny pn. Narodowy Urząd Rzeczny (National Rivers Authority). Za jej kadencji rozpoczęto też systematyczne monitorowanie wód pod względem cech biotycznych, tj. głównie zawartości tlenu w wodzie.

Okazywało się, że wysiłki są do pewnego stopnia płonne – poziom tlenu w Tamizie był ciągle za mały. Zaczęto więc rzekę natleniać używając do tego tzw. „bulgotów” (Thames bubblers), tj. pływających po rzece barek z urządzeniami wytwarzającymi bańki powietrza wtłaczane pod wodę.

Pierwszym gatunkiem ryb, który wrócił do Tamizy już w 1967 r. były flądry. Z nimi podążyło 19 innych gatunków ryb słodkowodnych oraz 92 morskie. W rzece pojawiły się m.in. węgorze i okoniowate bassy.

Ale największym wydarzeniem był powrót łososia co nastąpiło jakieś 40 lat temu. Dziś w Tamizie żyje ok. 125 gatunków ryb. Jeśli liczyć od zera absolutnego w połowie XX wieku – wielki sukces.

Bardzo dobrze jednak ciągle nie jest, choć Tamiza jest prawdopodobnie najczystszą rzeką świata przepływającą przez wielkie miasto. Dno rzeki zalegają metale ciężkie, których cząsteczki sklejają się z lepką gliną z jej koryta. Problem są mikrocząsteczki tworzyw sztucznych, a także leki rozpuszczalne w wodzie, tam zwłaszcza metforminy ordynowane cukrzykom.

System wodociągowo-kanalizacyjny Londynu miał służyć mniej niż pięciu milionom ludzi, a korzysta z niego 10 milionów mieszkańców metropolii. W 2025 r. gotowy ma być wielki nowy kanał ściekowy o długości 25 km, ale to nie wystarczy, konieczne są kolejne inwestycje. Zostaną podjęte, bowiem czysta rzeka to dobre zdrowie ludzi.

Z całą pewnością można znaleźć lepsze przykłady solidarnego rozwiązywania przez dekady palących problemów bez względu na podziały polityczne i partyjne.

U nas przez lata panowała zgoda, że budowa nowej, zdrowej gospodarki wymaga oparcia wysiłków na najzdrowszym ze zdrowych modelu wolnorynkowym, z państwem silnym kompetencją korpusu urzędników, mądrą legislacją, zdrowymi sądami chronionymi przed polityczno-kumoterską ingerencją oraz aktywnością obywateli uwolnionych od lęków przed represją.

Nie wiem skąd się to wzięło, ale gdy czytałem w serwisie thecoversation.com o cudach z Tamizą wróciłem nad dzisiejszą Wisłę i Wartę, i słabiej mi się na duszy zrobiło.

Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: