WŁOSY cz. II – Wojciech Fułek

Bez krawata

Na polską scenę musicalową „Hair” – pierwszy w historii musical rockowy trafił dopiero po ponad trzydziestu latach od swojej amerykańskiej premiery - w roku 1999, kiedy porwał się na jego inscenizację w reżyserii Wojciecha Kościelniaka gdyński Teatr Muzyczny. Wydawałoby się – o czym pisałem nieco wcześniej – że to właśnie podstawowa wiedza o tamtych czasach może dziś stanowić jedyny właściwy klucz do zrozumienia przesłania i prezentowanych w spektaklu wartości. Bowiem swój niebywały sukces (muzyczny, artystyczny i komercyjny) musical zawdzięczał nie tylko nowatorskim rozwiązaniom scenicznym, graniczącym z happeningiem; nie tylko żywej, współczesnej muzyce rockowej, ale i niezwykle aktualnej wówczas tematyce.

Jednak nie tylko dlatego tak wiele miejsca poświęciłem polskiej prapremierze „Hair”, znacznie wyprzedzając tok naszej opowieści o narodzinach nowego, rockowego gatunku na musicalowej scenie? Główny powód to bowiem przekonanie, że jest to do dziś jeden z największych spektakli tego właśnie gatunku. #WojciechFułek

Chyba po raz pierwszy w wieloletniej historii tego gatunku, spektakl dział się „tu i teraz”, a kolejne puenty i komentarze do libretta i poszczególnych songów dopisywały bieżące prasowe doniesienie i telewizyjne wiadomości. Polska prapremiera w Gdyni, na której spotkało się kilka pokoleń Polaków,  dowiodła jednak, że „Włosy” nie tylko się nie zestarzały, ale brzmią po latach tak samo współcześnie i nabierają wręcz  nowych wartości, żę w związku zbyt natrętne historyczne odniesienia są wręcz zbędne. To gdyńskie przedstawienie okazało się bowiem spektaklem o kondycji Polski  i współczesnych Polaków, którzy nie do końca wiedzą, co zrobić z wywalczoną wolnością. Musical okazał się w roku swojej premiery największym wydarzeniem na polskich scenach, rozbieranym na czynniki pierwsze przez krytyków i podziwianym przez wielopokoleniową publiczność. „Walka na włosy trwa!” –   donosił jeden z zachwyconych recenzentów. „… to musical, którego akcja dzieje się co prawda przedwczoraj, ale dotyka nas tak, jakby działa się dzisiaj” – relacjonował inny. „Hair dzisiaj okazuje się być przede wszystkim widowiskiem o sile młodości, która w każdej epoce chce się buntować, prowokować, a przede wszystkim marzyć” – konstatował kolejny.

            Poszukajmy wspólnie źródeł tego fenomenu pierwszej polskiej inscenizacji legendarnego amerykańskiego dzieła. Muzyka McDermota wciąż wydawała się zaskakująco świeża i oryginalna, a współczesne, doskonałe aranżacje debiutującego przy tej okazji w teatrze Leszka Możdżera jeszcze wyraźniej to podkreślały. Możdżer, wybierając wtedy do towarzyszącego wykonawcom na żywo zespołu instrumentalistów,  nie skorzystał z muzyków doświadczonych i znanych, ale poszukał ich w trójmiejskich klubach oraz wszędzie tam, gdzie grały wtedy młode zespoły rockowe. Zaprosił do współpracy m.in. gitarzystę Michała Kusza z „Bielizny”, perkusistę Jacka Stromskiego z „Apteki”, pianista Piotra Manię oraz świetnego basistę zespołu „Crew” – Patryka Stachurę. To również dzięki nim (stale obecnym na scenie, a nie w orkiestronie, dzięki czemu muzycy ci stali się niejako współaktorami całego spektaklu, co podkreślone zostało kilkoma wyeksponowanymi solówkami) Możdżer znacznie wzbogacił, ubarwił i uwspółcześnił oryginalną ścieżkę dźwiękową przedstawienia. „Aquarius”, „Good Morning Starshine” czy finałowy „Let the sunshine in” porywały  polską publiczność do wspólnego śpiewania, mimo że dla młodszego pokolenia były  to przecież piosenki niemal zupełnie nieznane, bo przecież od dawna praktycznie nieobecne na radiowej (tym bardziej telewizyjnej) antenie. Kolejny twórca sukcesu to oczywiście reżyser Wojciech Kościelniak, który nawet nie próbował – na szczęście – skopiować broadwayowskiej wersji – ale stworzył własną, autorską, oryginalną adaptację. W jednym z wywiadów, poprzedzających polską prapremierę, mówił on  m.in.: „Nie nawołujemy do tego,  żeby ludzie wyszli na łąkę i przestali pracować, tylko, żeby pracując, żyjąc normalnie, odnaleźli w tym radość. Hippisi proponują nam dziś jakieś wyjście, tylko trzeba je umieć wyczytać z tego tekstu, wydobyć dla siebie”. Nie byłem wtedy przekonany, że – jak  stwierdził  już po entuzjastycznie przyjętej gdyńskiej   premierze jeden z recenzentów –  pierwsza polska inscenizacja „Hair” skazana była na nieuchronny sukces. Ten spektakl można przecież było łatwo zepsuć nachalną dydaktyką, unikaniem kontrowersyjnych scen albo tematów czy też ogólnym „wygładzeniem i ugrzecznieniem”. 

Przed Kościelniakiem stanęło przecież niebywale trudne zadanie przemówienia do publiczności  językiem współczesnym przy zachowaniu historycznego kontekstu. Bo sama muzyka pozostała wciąż żywa i świeża, choć na pewno znacznie  pomógł jej jazzowo-rockowy lifting Leszka Możdżera. Z drugiej strony j zdewaluowała się jednak – w mniejszym lub większym stopniu – część zewnętrznych atrybutów bohaterów musicalu i pokolenia dzieci-kwiatów. Powróciły, co prawda,  wielkie rockowe spędy i festiwale,  ale przecież już nie jako symbol pokoleniowego buntu. Powróciła moda na pacyfki, kolorowe koraliki, hippisowskie ciuchy i całą estetykę generacji flower-power, ale w seryjnej, masowej  produkcji jest to raczej objaw komercjalizacji i handlowego sukcesu, niż jakikolwiek wyróżnik. Markowe, amerykańskie dżinsy nie wyszły z kolei nigdy z mody, ale dawno przestały być przecież  synonimem jakiegokolwiek buntu i obyczajowej rewolucji. Kolejne trudne pytanie, na jakie musiał odpowiedzieć – nie tylko sobie, ale i widzom – reżyser polskiej wersji,  dotyczyły sfery tabu – nagości, seksu, narkotyków. Czy dziś, kiedy swoje tragiczne żniwo zbiera  wirus HIV,  może  jeszcze kogokolwiek przekonać wezwanie do wolnej miłości i życia w hippisowskiej wspólnocie? Czy niczym nie skrępowana nagość (szokująca trzydzieści lat wcześniej mieszczańskie społeczeństwo), dziś dostępna w każdym kiosku z gazetami, wciąż ma smak zakazanego owocu i wciąż tak samo będzie bulwersować? Czy wezwanie do „poszerzenia swojej świadomości” za pomocą LSD nie brzmi już dziś zbyt złowrogo, czy wręcz szkodliwie? Wojciech Kościelniak doskonale poradził sobie z tą trudną materią obyczajowego tła, wpisując ją  we współczesny kontekst i dopisując nowe puenty.  Jeden z głównych bohaterów – George Berger, hippis wręcz modelowy,  w finale gdyńskiego spektaklu tańczy śmiertelne pogo z „Białą Damą”, symbolizującą narkotykową śmierć. Kilka zupełnie oryginalnych, świetnie wyreżyserowanych  scen (np. powtarzające się kilkukrotnie w coraz szybszych wersjach sceny walki i egzekucji czy też taniec z latarkami-motylami) stanowiły dowód nie tylko reżyserskiej inwencji, ale i doskonałego wyczucia chwili i tematu. A kolejny współtwórca ostatecznego sukcesu artystycznego to Jarosław Staniek, choreograf, dzięki któremu sceny zbiorowe pierwszej polskiej wersji „Hair” wręcz zachwycały i stanowiły   doskonałe dopełnienie błyskotliwych pomysłów Kościelniaka. Jednak  –  zwłaszcza z perspektywy czasu, jaki minął od gdyńskiej premiery  – wydaje się, że ta inscenizacja najwięcej zawdzięczała  młodemu, wyrównanemu zespołowi wokalno-aktorskiemu, starannie  dobranemu na castingach, co wtedy stanowiło pewne novum. Nikomu wtedy nie znani, niedoświadczeni wykonawcy, wśród których nie było żadnych wielkich  nazwisk, stworzyli niepowtarzalną atmosferę przedstawienia, nadając mu walor młodości, szczerości, świeżości i autentyczności. Większość z nich rozjechała się później po krajowych scenach, z sukcesami kontynuując swoje muzyczne kariery. Katarzyna Jamróz (Sheila), Justyna Szafran (Jeannie), Jakub Szydłowski (Claude Bukowsky) czy Cezary Studniak (Berger) – dziś są uznanymi wykonawcami, nie tylko zresztą musicalowymi. 

Jednak nie tylko dlatego tak wiele miejsca poświęciłem polskiej prapremierze „Hair”, znacznie wyprzedzając tok naszej opowieści o narodzinach nowego, rockowego gatunku na musicalowej scenie? Główny powód to bowiem  przekonanie, że jest to do dziś jeden z największych spektakli tego właśnie gatunku, który każde pokolenie może odczytywać na swój sposób. Gdyńska inscenizacja była doświadczeniem przełomowym również dla polskich twórców. Sięgając po teksty i muzykę sprzed lat, stworzyli oni spektakl wyjątkowo współczesny, przemawiający w sposób zrozumiały i atrakcyjny jednocześnie do kilku pokoleń, także (a może nawet przede wszystkim) do tego najmłodszego. Spektakl, będący wtedy na naszej (nie oszukujmy się, wciąż dość ubogiej scenie muzycznej) eksperymentem wyjątkowo udanym, stanowiącym jednocześnie najlepsze odzwierciedlenie rozterek, pytań i problemów, z jakimi zmagało się społeczeństwo końca XX wieku. Spektakl, który pozostawiał  bez odpowiedzi te wszystkie zadane pytania, choć jednocześnie jasno dawał  do zrozumienia, że w każdej rzeczywistości można i trzeba poszukiwać własnych dróg do wolności, miłości i prawdy, które stanowią wartości ponadczasowe. I może również w tym uniwersalnym – jak się po latach okazuje – przesłaniu należałoby szukać właściwych korzeni światowej kariery pierwszego prawdziwie rockowego musicalu, który już przeszedł do legendy, ale wciąż nie przestaje dopisywać  nowych kart do swojej bogatej historii?

(CDN)

Wojciech Fułek

Udostępnij artykuł: