Wydarzenia i Opinie | Felieton | „… Ale w Grenadzie zaraza”

BANK 2020/12

Polska zaraza to nie tylko epidemia koronawirusa, ale również pandemia głupoty. Zaczyna się od uporczywej i ciągłej propagandy sukcesu, zwycięstwa nad wirusem, ale to trwa najwyżej jeden dzień… do dobowej informacji o nowych zakażeniach i ofiarach śmiertelnych.

Polska zaraza to nie tylko epidemia koronawirusa, ale również pandemia głupoty. Zaczyna się od uporczywej i ciągłej propagandy sukcesu, zwycięstwa nad wirusem, ale to trwa najwyżej jeden dzień… do dobowej informacji o nowych zakażeniach i ofiarach śmiertelnych.

Krzysztof Mika

Okazuje się, że „…słoneczko zwycięstwa nie błyska za chmur” (Okudżawa). Pisałem o tym w poprzednim felietonie, w związku z czym zostawmy tę kwestię. Dziś chciałbym się skoncentrować na trzech innych wirusach:

  • braku kontroli Ministerstwa Zdrowia nad wykonanymi testami;
  • akcji z masztami flagowymi (w pandemii!)
  • dyskusji o budżecie UE.

Jakiś czas temu ze zdumieniem wysłuchałem komunikatu, że MZ nie odpowiada za wykonywanie testów, ani za ich liczbę oraz metody gromadzenia wyników. Nie wierzyłem, ale ten komunikat powtórzył się jeszcze kilka razy. Okazało się, że najważniejsze narzędzie badania stanu epidemii jest kompletnie niekontrolowane i można powiedzieć, że informacje, które się w ten sposób uzyskuje, nie różnią się niczym od sytuacji, gdybyśmy te testy po prostu rozrzucali po ulicach i zbierali od tych, którym się chciało pobrać próbki. Rzecz tym bardziej smaczna, że szefem resortu jest ekonomista, wcześniej szef NFZ, specjalizujący się w problematyce finansowej.

Co więcej, rozwiązania prowadzące do uzyskania wiarygodności wyniku testów i możliwości ich wykorzystania do zwalczania zakażeń są bardzo proste i powszechnie znane. Zna je każdy statystyk zajmujący się np. oceną jakości produkcji, szczególnie wielkoseryjnej. Żeby test był wiarygodny, trzeba przede wszystkim dokładnie określić, jaka jest potrzebna minimalna ich liczba. A po drugie, przygotować coś, co się nazywa próbką reprezentatywną, czyli ile czego badamy. W naszym przypadku np. ile dzieci szkolnych, ile osób starszych, w jakich regionach itp. Inaczej cała zabawa nie ma większego sensu. Tym bardziej że wprowadzono zasadę badania tylko pacjentów objawowych i w dużej części robią to lekarze rodzinni. Jak wiadomo, koronawirus ma tę właściwość, że 70% chorych jest bezobjawowych, choć zarażają. A więc jeden z najważniejszych czynników pandemii po prostu jest niekontrolowany. Ale MZ zdania nie zmienia! W związku z tym można postawić tezę, że równie wartościowe byłoby robienie JEDNEGO testu na całą Polskę… Efekty równie nieistotne merytorycznie.

Akcja druga po prostu zwala z nóg, jak wirus. Chodzi o promowany ostatnio pomysł postawienia w każdej gminie masztu flagowego pod hasłem „Pod biało-czerwoną”, zresztą we wszystkich wystąpieniach przedstawicieli rządu zawsze w tle są nasze flagi. Przypomina mi się tu urocze opowiadanie Sławomira Mrożka pt. „Ucieczka na południe”, pokazująca bardzo satyrycznie i prawdziwie zarazem rzeczywistość Polski wczesnych lat 50. ub.w. Mrożek opisuje, jak bohaterowie powieści napotykają w środku gęstego lasu wysoki komin, w którym cieć pali starymi oponami, wytwarzając kłęby czarnego dymu. Nie ma tam żadnej fabryki, zakładu produkcyjnego, niczego. Pytany – po co to, odpowiada, że po to, żeby naród widział, że jest industrializacja. Dym bucha, naród się cieszy. Warto jeszcze dodać, że ów komin otaczały dziesiątki huśtawek zawieszonych na gałęziach drzew, mających służyć rekreacji pracowników, których oczywiście nie było. Za to można sobie wyobrazić, jak cudnie będzie wyglądać Polska z lotu ptaka: tysiące gmin, tysiące flag – „cuś piknego”.

A teraz wirus trzeci: negocjacji budżetowych w Unii. Tak naprawdę to ta choroba jest tak poważna, że nie da się załatwić tego problemu za pomocą, z konieczności krótkiego, felietonu. To temat na długą, dogłębną psychoterapię, i to w jakimś ośrodku zamkniętym, gdzieś na uboczu… I znowuż musimy powrócić do przeszłości, przełomu lat 40. i 50., kiedy to Polska – właśnie w ramach dumy, no i budowy socjalizmu, odrzuciła plan Marshalla, tym samym zamykając sobie drogę do rozwoju i dobrobytu. Pozostały liczne tablice okolicznościowe, pomniki Józia Słoneczko, stachanowcy i duma klasowo-narodowa. Wtedy można to było tłumaczyć stalinowską polityką. A dziś? No właśnie, czym tłumaczyć konsekwentne działania na rzecz odcięcia Polaków od środków unijnych? Warto jeszcze tylko zaznaczyć, że to ostanie tak duże pieniądze z Brukseli.

Może jedno zdanie na koniec: świadectwem jakich zaburzeń jest dążność do zaprogramowania własnej klęski? Chociaż nasuwa się pewne wyjaśnienie, przecież my kochamy przegrywać. Po prostu trzeba trochę cierpieć. A z kolan wstaniemy, trzymając się masztu…

Udostpnij artyku: