Wydarzenia i Opinie | Felieton | Się liczy – ale na co?

BANK 2020/10

Obiecywałem sobie, że nie będę pisał o pandemii. Wszyscy w koło o niej mówią i  piszą, a jak zaznaczają politycy, np. poseł Marcin Horała, mamy sukces. Aż się prosi przypomnieć w tym momencie panu posłowi osiągnięcia jego komisji VAT-owskiej, spuśćmy jednak zasłonę milczenia i (chwilowego mam nadzieję) wybaczenia. Ot młody jest i głowa gorąca.

Fot. Ksenia/stock.adobe.com

Obiecywałem sobie, że nie będę pisał o pandemii. Wszyscy w koło o niej mówią i  piszą, a jak zaznaczają politycy, np. poseł Marcin Horała, mamy sukces. Aż się prosi przypomnieć w tym momencie panu posłowi osiągnięcia jego komisji VAT-owskiej, spuśćmy jednak zasłonę milczenia i (chwilowego mam nadzieję) wybaczenia. Ot młody jest i głowa gorąca.

Krzysztof MikaKrzysztof Mika

Liczenie zresztą – i to nie tylko w przypadku VAT – nie jest najmocniejszą stroną obecnie rządzących, choć chwilami odnosi się wrażenie, że to świadoma manipulacja, dokonywana zgodnie z obowiązującą narracją. Odpuszczam tu choćby kwestie rzeczywistego deficytu i sposobów jego finansowania. Skutki tych działań zostawmy sumieniom rządzących.

Obiecywałem, ale nie zdzierżyłem. Pozwolę sobie zatem na, i jednocześnie proponuję to czytelnikom, liczenie związane z koronawirusem. A ten trwa i ma w nosie różne wypowiedzi. Wręcz umacnia się. Jak długo jeszcze? Tego akurat nie wiadomo, więc może jednak warto zacząć dobrze liczyć.

Zacznijmy zatem od testów. Ministerstwo od zdrowia propaguje tezę, że liczba chorych zależy od ilości wykonanych testów. Drobny, acz zasadniczy błąd: liczba chorych zależy od zachorowalności, a testy jedynie stwierdzają ilu z przetestowanych ma objawy. „Zero” testów nie oznacza” „zero” chorych. Zresztą spece od używania statystyki w badaniu jakości produkcji są w stanie określić, ile trzeba produkowanych jednostek zbadać, żeby móc wyciągać wnioski o całości.

Wróćmy do naszych liczących: w ostatnich dniach (piszę to 28 września) testów niewiele ok. 20 tys. dziennie, a liczba zakażonych znacznie rośnie – dobrze powyżej tysiąca. Coś się chyba rozjechało i teza o ilości chorych zależnych od liczby testów zaczyna się sypać. A miało być tak dobrze…

Dodam jedynie, gwoli czystości sumienia, że Francuzi wyliczyli, iż trzeba wykonać milion testów dziennie, aby uzyskać wiarygodną informację o zachorowalności i co za tym idzie rozprzestrzenianiu koronawirusa. Wniosek – nie wiadomo tak naprawdę, ilu Polaków choruje. Wciąż jednak z uporem maniaka powtarza się, że jest ok., bo są tylko małe ogniska zakażeń.

Co znaczy małe? Jeśli ktoś zechce, to niech te 50 osób z wesela albo domu pomocy społecznej podstawi do wzoru na funkcję wykładniczą (a wedle tej właśnie funkcji epidemia się rozprzestrzenia) i wyniki mocno go zastanowią… A przynajmniej powinny.

Można też zadać proste pytanie: a ile jest tych małych ognisk? Idźmy dalej – dlaczego zaostrza się reguły tylko w powiatach oznaczonych kolorem czerwonym i żółtym? Przecież tam już „złe” się stało, należałoby zatem skoncentrować się na profilaktyce wszędzie indziej. W „kolorowych” powiatach w pewnym sensie jest „po sprawie”. Ale politycznie jest utrzymywać twierdzenie, że ogniska są małe, a powiedzieć, że duże albo jest ich dużo – o to zdecydowanie „niepolitycznie”. Zresztą to normalne, bo ludzie wrócili z wakacji i poszli do szkół i pracy. Żadnego zatem lockdownu – co to, to nie, nie i jeszcze raz nie. Ostatnie pomysły o użyciu lekarzy rodzinnych – przeciążonych i przepracowanych, a co gorsza nieprzygotowanych – skwituję tylko stwierdzeniem: to też trzeba policzyć.

Wracajmy zatem do naszej wirusowej arytmetyki. Znany specjalista od epidemiologii, często komentujący w telewizji bieg chorobowych wydarzeń, rozprawił się z kolejnym mitem o obfitości respiratorów i łóżek zakaźnych. Pretekstem była informacja o gwałtownym wzroście zapotrzebowania na respiratory – była mowa (27 września) o 124 przypadkach i wzroście liczby chorych hospitalizowanych. Nieprawdą jest, że dysponujemy ponad 800 respiratorami – bo policzono je wszystkie, nawet te z sal operacyjnych i oddziałów intensywnej terapii, które siłą rzeczy nie mogą być wykorzystane przez covidowców, bo co z innymi chorymi?

Łóżka zresztą też są wirtualne, bo tylko statystyczne, a prawdziwe zakaźne wymagają poważnego „obudowania” i wyposażenia. Może zatem być mocno nieciekawie, bo pojawia się coraz więcej chorych wymagających hospitalizacji – statystyka jest tu nieubłagana…

A teraz na koniec, tak żeby ostatecznie popsuć Państwu humor: przed nami policzenie rzeczywistego bezrobocia, i to nie wedle zarejestrowanych w urzędach pracy oraz rzeczywistych strat gospodarczych – w dochodach firm i ludności. Skuteczność kolejnych tarcz dyskusyjną jest, co najmniej. Czyli jednak „na tarczy” – zarówno jeśli chodzi o epidemię, jak i całą resztę?

Udostpnij artyku: