Wysoka cena pomocy frankowiczom

Polecamy

Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych przesunęła się o 10 bps, a obligacje GNB notowane są z rentownościami typowymi dla firm pożyczkowych.

O ile w przypadku obligacji skarbowych reakcja rynku jest czytelna (w środę wieczorem rentowność 10-latek oscylowała wokół 3,0 proc., następnego dnia było to już 3,1 proc., a ekstremalnie 3,18 proc.), o tyle w przypadku obligacji GNB należałoby raczej mówić o procesie widocznym od wyborów prezydenckich, który w czwartek i piątek przybrał nieco na sile. Tym samym nieoczekiwanie hojna pomoc posłów dla posiadaczy kredytów we frankach bardzo szybko okazała się kosztem. O ile politycy mogą mówić o bezosobowych instytucjach finansowych, to finalnie koszt ponieśli już akcjonariusze, w tym także detaliczni inwestorzy, którzy brali przecież udział w prywatyzacjach np. PKO BP czy BIG Banku Gdańskiego oraz obligatariusze. Wymierne koszty ponoszą uczestnicy OFE i funduszy inwestycyjnych. Gdyby krajowy dług Polski w całości składał się z 10-letnich obligacji i miał być zrefinansowany według obecnych rentowności, to koszt jego obsługi wzrósłby o prawie 0,55 mld zł rocznie w porównaniu do środy. Można też wspomnieć o drobnych inwestorach, którzy obejmowali podporządkowane obligacje GNB z czterech publicznych programów, na łączną kwotę ok. 2 mld zł. Wyceny wyemitowanych przed rokiem papierów ponownie osunęły się poniżej 90 proc. nominału, ale ponad 8 proc. rentowność mają też serie zapadające w 2018 r.

W piątek sytuacja nieco się uspokoiła, ale po reakcji rynku (rachityczne odbicie akcji banków, spadek obrotów obligacjami GNB) można wnosić, że inwestorzy nie uwierzyli tym politykom, którzy chcą ustawę o pomocy dla zadłużonych we frankach odkręcić. Nie pomogła też zwołana naprędce konferencja GNB. Krzysztof Rosiński, prezes banku, przekonywał że skala zagrożonych przewalutowaniem kredytów zamyka się w „trochę ponad 1 mld CHF” (informacja za „Pulsem Biznesu”). Problem w tym, że analitycy i  inwestorzy nie wierzą, że sprawa na tym się zakończy.

Na rynek trafiają pierwsze raporty kwartalne i półroczne. Ronson zaprezentował się jak zwykle stabilnie, ale już np. 2C Partners ma na tyle niski poziom gotówki i zapasów, że inwestorzy martwią się o refinansowanie zapadających wiosną papierów (rentowność 23,5-34 proc.). Pomysł przeznaczenia głównie papierowych zysków z ub.r. na buy back nie może się w tej sytuacji obligatariuszom podobać. Więcej raportów dotrze na rynek w przyszłym tygodniu, przy czym spora liczba emitentów przyspiesza terminy publikacji.

Kolejną serię obligacji uplasował Robyg, który pochwalił się uzyskaniem najniższej marży dla emisji zabezpieczonej. Było to o tyle łatwe, że ostatnią emisję zabezpieczoną Robyg uplasował w grudniu 2013 r. płacąc 3,5 pkt proc. marży – więcej niż za niezabezpieczone papiery emitowane w ostatnich miesiącach. Biorąc pod uwagę fakt, że banki przestały obniżać marże kredytowe dla firm, o czym mówi opublikowana w tym tygodniu ankieta NBP, można sądzić, że Robyg dołożył zabezpieczenie, by móc finansować się po historycznie niskim koszcie, ale bez zabezpieczenia mogłoby to być trudniejsze. Wyniki ankiety NBP zdają się potwierdzać tezę stawianą przez Obligacje.pl kilka tygodni temu – w przypadku dużych firm rynek pierwotny dojechał z marżami do ściany. Trwa natomiast walka o względy małych i średnich firm, czego dowód znajdziemy w komunikacje Werth-Holz, który na przejściu z obligacji na kredyt zaoszczędzi 300-400 tys. zł rocznie. Przy kwocie 7 mln zł (tyle warte były obligacje) mówimy o oprocentowaniu niższym o przynajmniej 4,3 pkt proc.

Tytuł kuriozum tygodnia ponownie przypada właścicielom PCZ, którzy chcą wnioskować o wypłatę dywidendy (prawie 11 mln zł) ze spółki, którą sąd właśnie postawił w stan upadłości likwidacyjnej.

Emil Szweda
Obligacje.pl

Udostępnij artykuł: