Wywiady: Wspierać? Rozsądnie i konsekwentnie

FN 2015/01-03 (styczeń-marzec 2015)

Z dr. Piotrem Cyburtem, Prezesem mBanku Hipotecznego SA, Laureatem Nagrody Kwartalnika "Finansowanie Nieruchomości" Szklane Domy 2014, rozmawia Bożenna Chlabicz

Z dr. Piotrem Cyburtem, Prezesem mBanku Hipotecznego SA, Laureatem Nagrody Kwartalnika "Finansowanie Nieruchomości" Szklane Domy 2014, rozmawia Bożenna Chlabicz

Bożenna Chlabicz: W listopadzie 2014 roku mieliśmy przyjemność wręczyć Panu statuetkę "Szklane Domy". Z racji nieco bardziej niż zazwyczaj uroczystego charakteru naszej rozmowy planowałam, że więcej uwagi poświęcimy, a na pewno zaczniemy ją od Pańskich pasji, zainteresowań, osobistych refleksji - nie tylko o bankowości. Tymczasem przyszedł styczeń i nagle gwałtownie wzrósł kurs franka szwajcarskiego. Jak Pan na to zareagował? Pamięta Pan swoje pierwsze wrażenie?

Piotr Cyburt: Obawiałem się tego, co się rzeczywiście stało: że problem ten zostanie populistycznym tematem do przedwyborczych dyskusji. W istocie, zagrożeniem jest nie sam kurs franka, ale to, co robią z nim politycy.

B.Ch.: Dla człowieka, który musi spłacać kredyt, jednak właśnie to ma zasadnicze znaczenie. Dla banku, który może nie odzyskać pożyczonych pieniędzy, także.

P.C.: Mamy do czynienia z kredytem, który jest zaciągany na kilkanaście lat. Ponad 15 lat temu, kiedy tworzyliśmy BRE Bank Hipoteczny, dolar kosztował 4,20 zł. Potem było to dwa zł "z kawałkiem", a teraz kurs tej waluty sięga 3,80 zł. Stopy procentowe, jakie oferowaliśmy w pierwszych ogłoszeniach prasowych, wynosiły 14,99, po czym pani Gronkiewicz-Waltz, Prezes Narodowego Banku Polskiego, podniosła je do 17. Zaciągając kredyt długoterminowy, należy się liczyć z tym, że zarówno kurs, jak i stopy procentowe będą się zmieniać. Klienci podpisywali nie tylko umowę kredytową, ale dodatkowo także oświadczenia, że zostali poinformowani o istnieniu takiego ryzyka. Zawsze wychodziłem z założenia, że pacta sunt servanda. W dodatku wciąż, mimo wzrostu kursu franka, raty są mniejsze niż przy kredytach złotówkowych. Zagrożeniem jest fakt, że po wzroście kursu kwotakredytu może zwiększyć się nawet o 100 proc. Przykład z dolarem pokazuje jednak, że np. za 5 lat kurs franka może być na poziomie 2,20 zł.

B.Ch.: Pojawiły się bardzo emocjonalne reakcje. Trudno się dziwić, w końcu dotyczy to kilkuset tysięcy ludzi.

P.C.: Moim zdaniem, ta reakcja była nadmierna. Klientów banków jest o wiele więcej, a to dość histeryczne traktowanie tematu prowadzi do uprzywilejowania tej grupy. Mocno się temu sprzeciwiam. Z dwóch powodów. Po pierwsze, jako podatnik nie chcę, by komukolwiek dawać przywileje, bo niby dlaczego? A po drugie - jako deponent. Zapominamy, a niektórzy wręcz kwestionują, że bank jest przede wszystkim instytucją zaufania publicznego, która zbiera od klientów depozyty, by pożyczać, obciążając je w rozsądny sposób ryzykiem. Zatem jako deponent jestem zdecydowanie przeciwny, żeby moim kosztem - bo zostanie on przerzucony na klientów banku - kogokolwiek uprzywilejowywać. Ponadto, większość banków, które udzielały kredyty we frankach, to spółki giełdowe. Gdybym był akcjonariuszem takiej spółki, nie zgodziłbym się na wyróżnianie jednych klientów kosztem innych i mojej dywidendy.

B.Ch.: Jednak banki oferowały takie kredyty na dużo lepszych warunkach niż w złotówkach. Teraz wiele osób zastanawia się, czy kiedykolwiek będzie w stanie spłacić swoje zobowiązania. Może jednak szkoda, że w momencie gwałtownej zmiany kursu CHF nikt wprost nie powiedział klientom tego, co słyszę od Pana.

P.C.: Nie było sensu wywoływać dodatkowych związanych z tym emocji. Ja mogę to powiedzieć, bo nie mam kredytu we frankach i nigdy nie ukrywałem, że nie jestem zwolennikiem takiego kredytowania. Powtarzałem, że z punktu widzenia klienta jest to hazard, z czego ludzie powinni sobie zdawać sprawę.

B.Ch.: Jaki wpływ ten kryzys miał i ma na funkcjonowanie banku, którego jest Pan Prezesem? Czy mBank Hipoteczny udzielał kredyty w CHF?

P.C.: Nie, nigdy w BRE Banku Hipotecznym, ani w mBanku Hipotecznym nie udzieliliśmy żadnego kredytu we frankach szwajcarskich.

B.Ch.: A w innych walutach? Dla klientów indywidualnych mieliśmy kredyty w euro, ale szybko z nich zrezygnowaliśmy. Natomiast wracając do namawiania przez banki - czytałem ostatnio artykuł o tym, że Polacy kupują najwięcej na świecie paraleków. Tu działa podobna zasada: ktoś chciał sprzedać paralek, ktoś go kupił. A czy on zaszkodzi, to już jego sprawa. Odpowiedzialność i skutki ponosi kupujący.

B.Ch.: Szczerze mówiąc, z Pańskiej strony nie spodziewałam się opinii w stylu: klienci chcieli, więc nie mogliśmy odmówić...

P.C.: Ale ja tego nie mówię. Mieliśmy po prostu taki sam produkt, jak ci, którzy produkują paracetamol. Na pewno banki bardziej niż klienci powinny sobie zdawać sprawę z ryzyka i zagrożenia. Zgadzam się z tym poglądem, ale przedstawiam mój punkt widzenia. Nie byłem zwolennikiem kredytów we frankach. Gdy mogłem, przestrzegałem przed nimi. Wszyscy wiedzieli, że my ich nie udzielamy. Zresztą, niektóre banki zagraniczne, które się na nich sparzyły, również dziwiły się, że mamy takie produkty.

B.Ch.: Skoro wyjaśniamy tak trudne kwestie, powtórzę także pytanie sformułowane w ostatnich tygodniach przez polityków: czy banki udzielające te kredyty miały franki? Dosłownie, np. w swoich skarbcach?

P.C.: Miały. Słyszałem kuriozalną dyskusję na ten temat. Rozmawiali laicy, którzy nie rozumieją, jak funkcjonuje bank. Patrząc na to syntetycznie, mieliśmy do czynienia co najmniej z dwiema grupami banków. Te, które miały franki w sensie dosłownym, tak jak mBank, który na kredyty frankowe zaciągał za granicą refinansowanie 46w formie pożyczek. W takiej sytuacji pieniądze nie leżą w skarbcu, tylko są zapisem księgowym, zgodnie z podpisaną umową. mBank tymi środkami dysponował i dysponuje. Nie było więc tak, że franków nie było. Druga grupa banków nie miała franków, ale pożyczane pieniądze wcale nie były wirtualne. Przecież kredyt musi być czymś finansowany, w tym przypadku były to głównie depozyty złotowe, a ryzyko walutowe z nim związane zabezpieczone transakcjami pochodnymi, które należało kupić na rynku. W tym sensie, w myśl reguł zarządzania, banki dysponowały prawem do udzielania kredytów. Powtórzę - bank jest instytucją, która posiadane depozyty obciąża określonym ryzykiem, pożyczając je dalej w formie kredytów. Jedną z reguł zarządzania bankiem jest to, że nie można mieć otwartej pozycji i nadmiernie spekulować. A jeśli nawet się to robi, to w ramach ograniczonych limitów, które banku nie "przewrócą".

B.Ch.: Jak Pan ocenia dotychczasowe działania banków, propozycje ZBP, które mają złagodzić skutki kryzysu dla klientów?

P.C.: Wprost i szczerze? W ogóle nie widzę sensu. Nikt nie wymyślił perpetum mobile. Jestem przeciwny takiej pomocy. Celowo mówiłem o dywidendzie, o moim podatku, o depozycie, bo chcę, żeby był on bezpieczny. Jest jeszcze jeden aspekt tej sytuacji. Zgłaszane propozycje mogą prowadzić do podważania umów, czyli obowiązującego porządku prawnego. Ponadto: co się stanie za 3 czy 4 lata, kiedy stopy procentowe zmienią się i np. wrócą do poziomu 14,99? A to przecież możliwe, co potwierdza np. fakt, że kiedy w 1991 roku miał miejsce kryzys funta szterlinga i został on zdewaluowany o 10 proc., to stopy banku Anglii były na poziomie 18. Jeśli tak się stanie u nas, to być może klienci "złotówkowi" powiedzą: my nie wiedzieliśmy, że stopy mogą tak wzrosnąć. Pomóżcie nam. Podobnie dziś banki mogą mówić: przecież myśmy nie przewidywali, że stopy będą tak niskie. A co się stanie, jeśli teraz kredyty zostaną przewalutowane, a za 7-8 lat frank będzie po 2,20 zł?

B.Ch.: Co grozi bankom, gdy gros "frankowych" klientów zdecyduje się na przewalutowanie kredytów?

P.C.: To zależy po jakim kursie.

B.Ch.: Nie wiem. Chyba po dzisiejszym.

P.C.: To zależy od skali. Gdyby miało to charakter masowy, wpłynęłoby to niekorzystnie na wyniki banków, a zatem na bezpieczeństwo naszych depozytów.

B.Ch.: A jaka jest, czy będzie w takiej sytuacji np. praktyka w kwestii zabezpieczeń kredytów walutowych w pasywach czy w odniesieniu do innych kwestii?

P.C.: Wartość zabezpieczenia się nie zmienia. Jest ona wyrażona w złotówkach. Pojawia się jednak inny problem. Wyobraźmy sobie, że ktoś kupił w warszawskim Wilanowie mieszkanie za milion złotych i sfinansował to kredytem w CHF, gdy frank był po 2,50. Te 400 tys. franków dzisiaj to około półtora miliona zł. W dodatku, w ostatnich latach wartość mieszkania spadła. Oczywiście, jeśli zmieni się kurs franka czy stopy procentowe, to zmieni się także sytuacja tego kredytobiorcy.

B.Ch.: Na łamach "FN" od ponad 10 lat dyskutujemy, z Pańskim aktywnym udziałem, o tym, jak powinien rozwijać się rynek finansowania nieruchomości w Polsce. Nie zamierzam po raz kolejny pytać Pana np. o listy zastawne czy inne instrumenty finansowe, których wciąż nie udało się wypracować. Nie mogę jednak nie poprosić o ogólną refleksję na temat błędów, które zostały popełnione i takich, które dopiero możemy popełnić. Czegopowinniśmy unikać i co zrobić jak najszybciej, żeby sytuacja była stabilna i nie generowała ryzyka - i dla banków, i dla klientów?

P.C.: W pewnej mierze wnioski wyciągnęliśmy, ale nie wszystkie przełożyły się na konkretne decyzje. Z punktu widzenia banków lekcją jest powszechna świadomość, że "Kowalskiemu" kredyt hipoteczny należy udzielać w walucie, w której zarabia. Czyli w złotówce. Drugi wniosek jest taki, że nie można w nieskończoność finansować kredytów krótkoterminowymi depozytami. Zresztą, obecnie regulacje dla całego sektora bankowego na świecie narzucają konieczność korzystania z długoterminowych instrumentów. Niewątpliwie "przespaliśmy" 15 lat jeśli chodzi o rozwój tych instrumentów, zarówno o rynek listów zastawnych, jak i sekurytyzację, chociaż może lepiej, że nie było jej w momencie kryzysu. Jeśli chodzi o ustawę o listach zastawnych, to mimo półtorarocznych prac, projekt jakoś nie może trafić do Sejmu. Kadencja wkrótce się skończy i będziemy zaczynać od początku. Poza tym, z mojego punktu widzenia, istotny jest brak długoterminowej i stabilnej polityki mieszkaniowej państwa. Działamy od akcji do akcji, raz mamy "Rodzinę na Swoim", raz MdM...

B.Ch.: A jak, Pańskim zdaniem, państwo powinno wspierać obywateli?

P.C.: Rozsądnie i konsekwentnie. Z jednej strony to kwestia stymulowania długoterminowych oszczędności społeczeństwa, żeby młode pokolenie miało na wkład własny, a z drugiej - instrumentów polityki podatkowej państwa, ale nie takich wprowadzanych ad hoc. Są kraje, w których już od lat dobrze to funkcjonuje. Nie trzeba wyważać otwartych drzwi, tylko skorzystać ze sprawdzonych wzorców. Np. kasy oszczędnościowo-mieszkaniowe trzeba było wprowadzić 15 lat temu i dziś sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. A wracając do rozwiązań podatkowych, to wiem, że w niektórych krajach skandynawskich ulgi podatkowe na mieszkania zależą od wieku, wielkości rodziny i mieszkania. Np. dwuosobowa rodzina po studiach ma określone przywileje. Po pięciu-sześciu latach, kiedy rodzą się dzieci i potrzebne jest mieszkanie większe, ma kolejną ulgę podatkową, żeby móc kupić większe mieszkanie. U nas takich instrumentów brakuje. Długoterminowe myślenie nigdy nie było naszą mocną stroną. Działamy od przypadku do przypadku, od budżetu do budżetu.

B.Ch.: O potrzebie tworzenia w Polsce większej liczby banków hipotecznych i nowej ich roli mówi się od dłuższego czasu. Na jakim jesteśmy etapie? Na jakich zasadach będą one funkcjonowały?

P.C.: W tej chwili są dwa takie banki, trzeci wkrótce uruchomi działalność. Z tego, co mi wiadomo, w trzech kolejnych grupach bankowych trwają, na różnym etapie zaawansowania, prace nad powołaniem takich banków.

B.Ch.: Każda grupa tworzy bank hipoteczny według własnej koncepcji? Nie ma jakiejś wspólnej platformy?

P.C.: W dzisiejszych warunkach prawnych jest to niemożliwe. Z punktu widzenia rozwoju tego rynku istotne są zmiany w ustawie o listach zastawnych i związane z tym - w prawie upadłościowym oraz w przepisach podatkowych.

B.Ch.: Jak określi Pan rolę banków hipotecznych?

P.C.: W ramach grupy mBanku, mBank Hipoteczny dostarcza długoterminowe refinansowanie, emitując listy zastawne i umożliwiając naszej grupie bankowej obecność na rynku nieruchomości. Jesteśmy bankiem usługowo-emisyjnym. Myślę, że inne banki hipoteczne będą działały podobnie.

Cechą kredytu hipotecznego jest to, że skupia on jeszcze kilka innych produktów, które są sprzedawane przez sieć detaliczną banku uniwersalnego. Sieci te są różnie budowane. Jedni mają oddziały, inni działają przez brokerów czy pośredników finansowych. To zależy, jak dany bank funkcjonuje.

B.Ch.: Trochę mnie niepokoi to "obrastanie" kredytu produktami i instytucjami, które tworzą pewnego rodzaju piramidę. Czy to nie stanowi zagrożenia?

P.C.: Nie. Te inne produkty to rachunek bieżący, ubezpieczenie kredytu, karta kredytowa. Normalna praktyka i nie widzę tu jakichś zagrożeń.

B.Ch.: Nie zapominam o głównym powodzie naszego spotkania - Nagrodzie "Szklane Domy". Rzadko się zdarza, żeby osoba Laureata wywołała tak wiele pozytywnych reakcji, jak to się stało w Pańskim przypadku. Jak to się robi, żeby przez 15 lat pozostawać prezesem tego samego, dobrze prosperującego banku i cieszyć się zaufaniem, szacunkiem, sympatią?

P.C.: Młynarski kiedyś śpiewał: "róbmy swoje". Robiłem i robię swoje, i mam zasadę, że trzeba z uwagą i szacunkiem słuchać tego, co mówią inni. Można na tym wiele zyskać. To mi pomaga w życiu. Niezależnie od tego, ile daje się z tych rozmów uwzględnić, warto poznawać różne racje, argumenty, przesłanki, które inni biorą pod uwagę. Zawsze lubiłem współpracować z ludźmi, którzy nadają na tych samych falach, z takimi, którym zależy na sprawie, a nie na samym dojściu do celu.

B.Ch.: Długo się Pan tego uczył?

P.C.: Z moich doświadczeń wynika, że człowiek uczy się przez całe życie i ze wszystkiego musi wyciągać wnioski. Czasem wystarczy się poparzyć, bywa, że trzeba dostać prztyczka w nos zależy od osobowości, a pewnie i charakteru. Gdy obserwowałem moich mentorów, nabrałem przekonania, że wielu rzeczy można się nauczyć, nabyć umiejętności, ale trzeba też mieć "to coś", jakiś talent. Jeśli potrafię pracować z ludźmi w sposób, który pozwala mi skutecznie osiągać cele instytucji, z którymi byłem związany czy własne, to ten dar mi pomagał.

B.Ch.: Kiedy pierwszy raz pomyślał Pan o sobie: jestem człowiekiem sukcesu?

P.C.: Nigdy tak o sobie nie myślałem. Być może to kwestia wychowania, ale przez całe życie starałem się pamiętać, że nic nie jest dane raz na zawsze. Trzeba mieć dystans do siebie. Oczywiście, są chwile, kiedy człowiek ma satysfakcję z tego, co robi, ale nigdy nie miałem poczucia, że pora prężyć muskuły i uważać, że jestem najlepszy.

B.Ch.: Jest Pan lubiany?

P.C.: Myślę, że tak. To sprawia pewną satysfakcję. Nigdy nie lubiłem zarządzać przez konflikt, ani pracować z ludźmi, którzy stwarzali wokół siebie taką atmosferę lub zarządzali w taki sposób.

B.Ch.: Pracuje Pan z młodymi ludźmi. Oni są zupełnie inaczej wykształceni, wychowani w innym świecie. Co Pan o nich myśli?

P.C.: Bardzo dobrze mi się z nimi pracuje.

B.Ch.: Jakie cechy menedżera uważa Pan za ważne, potrzebne, gwarantujące sukces?

P.C.: W tej chwili zapewne od młodego menedżera oczekuje się czegoś innego niż kiedyś, ale pewne cechy w każdych okolicznościach są uniwersalne. Umiejętność współpracy z ludźmi, podejmowania decyzji, wskazywania priorytetów, posiada48nie wizji tego, co się chce zrobić - to dla mnie podstawowe kryteria przy wyborze dobrego menedżera. Ponadto inicjatywa. Są ludzie, którzy robią od A do Z i na tym kończą, a inni robią to samo i jeszcze więcej, bo potrafią przewidzieć następny krok. Wyróżniają się, można ich wytypować jako potencjalną rezerwową kadrę kierowniczą, sukcesorów, jak się teraz w świecie HR-u mówi.

B.Ch.: I dzielić się z nimi wiedzą oraz doświadczeniem.

P.C.: Opowiem pani historię, która miała miejsce w ciągu pierwszego miesiąca mojej pracy w sektorze bankowym. Wówczas jeszcze dyrektor Sikora i minister Kawalec zlecili firmie Arthur Andersen z Hiszpanii zbadanie bilansów polskich banków komercyjnych pod kątem dokapitalizowania. Na pierwsze spotkanie do PBK, w którym wówczas pracowałem, przyjechało siedmiu konsultantów. Kierował nimi pan w wieku lekko po sześćdziesiątce, emerytowany członek zarządu jednego z banków hiszpańskich, które przechodziły restrukturyzację 10 lat wcześniej. Było też dwóch młodszych partnerów, między czterdziestką i pięćdziesiątką, i jeszcze dwóch o dekadę młodszych i dwóch asystentów. Pomyślałem wtedy, że to wartość sama w sobie. To zdarzenie często przywoływałem. W Zarządzie mBanku Hipotecznego jest nas trzech. Różnice wieku między nami wynoszą po 10 kolejnych lat. Każdy z nas wnosi coś innego, nowego. Ja - doświadczenie, wiedzę, umiejętność radzenia sobie w różnych sytuacjach. Młodsi koledzy - dynamizm, pomysły, inicjatywę. I to dobrze funkcjonuje. A wracając do młodszych - oni są świetnie wykształceni. Są też bardzo ambitni. Może czasem za szybko i za wszelką cenę chcą robić karierę. Ja wchodziłem w świat bankowości, który się właśnie rodził, a w gospodarce trwała pokoleniowa rewolucja. Oni trafili w poukładany system i muszą umieć się w nim znaleźć, poterminować. Z przyjemnością patrzę na świetnie wykształconych ludzi, którzy często pracowali gdzieś na świecie, wrócili tutaj, robią bardzo ciekawe rzeczy, nie mają kompleksów. Po prostu z każdym rozmawiają jak równy z równym. To przyjemne, że funkcjonujemy inaczej, że u naszych kontrahentów, np. z banków zagranicznych, są Polacy, którzy z ich strony odpowiadają za Polskę. Pod tym względem wiele się zmieniło.

B.Ch.: Praca to Pańska pasja czy obowiązek? Znajduje Pan jeszcze czas na inne zainteresowania?

P.C.: Przy tak dużym zaangażowaniu, jest to trudne, ale jeśli mogę, staram się odrywać się od codziennych obowiązków. Najchętniej wsiadam do pociągu i jadę do magicznego Krakowa, a potem dalej w góry, do Zakopanego. To moja ulubiona trasa. Jednak ze względu na reorganizację banku, zmiany regulacyjne, dwa ostatnie lata były trudne. Wiele się działo. Udało się jednak znaleźć czas na obowiązkowe zimą narty, a latem na ulubione wędrówki po południu Europy.

B.Ch.: Pańscy znajomi, przyjaciele, to osoby ze sfer korporacyjnych, z którymi umawia się Pan w klubach golfowych, albo na jachtach?

P.C.: Raczej nie. Są dwa grona bliskich mi ludzi, z którymi spotykam się od lat. Pierwsze, to przyjaciele ze studiów. W tym kręgu towarzyskim razem wypoczywamy. Znajomość z nimi tuż po studiach się rozluźniła, ale potem wszystko wróciło na stare tory. Drugą grupę moich przyjaciół stanowią osoby z mojej wyjątkowej klasy liceum w Łańcucie. Tam, będąc wśród nich, w ciągu dwóch godzin "zrzucam" z siebie wszystkie stresy, czuję się bezpiecznie. Bardzo sobie cenię te spotkania.

B.Ch.: Dziękuję za rozmowę

O Laureacie Nagrody "Szklane Domy 2014"

fn.2015.k1.foto.049.a.267xDr Piotr Cyburt jest Prezesem Zarządu mBanku Hipotecznego S.A. (wcześniej: BRE Bank Hipoteczny S.A.). Funkcję tę pełni od 1999 r. W latach 1995-1998, był Wiceprezesem Zarządu Polskiego Banku Rozwoju S.A., a w latach 1993-1995 - Dyrektorem w Powszechnym Banku Kredytowym S.A. Wcześniej - Członkiem Zarządu PBK S.A.

Jest absolwentem Wydziału Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (obecnie - Szkoła Główna Handlowa). Po ukończeniu studiów był stypendystą m.in. Georgetown University, Harvard University i pracownikiem naukowym Instytutu Gospodarki Narodowej. W roku 1987 uzyskał tytuł doktora nauk ekonomicznych. W latach 2002-2006 reprezentował polskie środowisko bankowe w European Mortgage Federation, a następnie był Członkiem European Covered Bond Council.

Dr Piotr Cyburt jest osobą nieobojętną, aktywnie reagującą na zawodowe wyzwania, rozwój sytuacji na rynku bankowym oraz zmiany uwarunkowań gospodarczych. Wśród Jego zajęć, wynikających nie tylko z faktu, iż z sukcesem od wielu lat kieruje Zarządem mBanku Hipotecznego, jest zaangażowanie w działalność m.in.: Komitetu do Spraw Finansowania Nieruchomości Związku Banków Polskich, Rady Sekcji Banków Średniej Wielkości ZBP, Fundacji na Rzecz Kredytu Hipotecznego oraz licznych innych struktur powstających w celu rozwiązywania konkretnych problemów.

Dr Piotr Cyburt należy do wąskiego grona osób, które uczestniczyły - w charakterze moderatora, wykładowcy i/lub słuchacza - we wszystkich Kongresach Finansowania Nieruchomości Mieszkaniowych Związku Banków Polskich. Nie rezygnuje także z udziału w spotkaniach tego typu proponowanych przez innych organizatorów. Reprezentował swoje środowisko na licznych konferencjach międzynarodowych. A tym, co nade wszystko zasługuje na uznanie i sprawia, że dr Cyburt wyróżnia się w sposób szczególny, jest konsekwencja i upór, z jakim współtworzy nowe rozwiązania legislacyjne.

Jest Autorem wielu publikacji, m.in. poświęconych zagadnieniom restrukturyzacji gospodarki i przedsiębiorstw, polityki przemysłowej oraz artykułów na temat gospodarki światowej.

Aktywny członek Rady Programowej Kwartalnika "Finansowanie Nieruchomości".

 

 

Udostpnij artyku: