Z polityki lub nadzoru do biznesu i odwrotnie

Gospodarka

Emily O’Reilly, Europejski Rzecznik Praw Obywatelskich
Emily O’Reilly, Europejski Rzecznik Praw Obywatelskich. Źródło: UE

Unijny ombudsman Emily O’Reilly skrytykowała Europejski Urząd Nadzoru Bankowego za udzielenie zgody na to aby były dyrektor wykonawczy EBA, Adam Farkas przeszedł do organizacji reprezentującej uczestników rynku finansowego. O tzw. drzwiach obrotowych między biznesem a instytucjami nadzorczymi pisze Jan Cipiur.

Jan Cipiur: Biuro rzecznika jest teraz zdania, że osoby na wysokich stanowiskach w #EBA powinny mieć np. dwuletni zakaz obejmowania pewnych posad po ustaniu ich pracy w Nadzorze #ZBP @uknf

Obrotowe drzwi znowu zaskrzypiały, choć coś takiego zdarza się dość rzadko. Tym razem oburzyła się europejska ombudsman Emily O’Reilly.

Adresatem krytyki ze strony unijnej rzeczniczki praw obywatelskich jest Europejski Urząd Nadzoru Bankowego (European Banking Authority – EBA), zaś powodem brak sprzeciwu władz Nadzoru na przejście dotychczasowego dyrektora wykonawczego EBA do pracy w lobby działającym na rzecz sektora bankowego.

Byłym dyrektorem EBA jest węgierski bankowiec Adam Farkas, który prosto z „policji bankowej” przeszedł do Stowarzyszenia AFME (Association for Financial Markets in Europe).

Głównym zadaniem EBA jest wyznaczanie jednolitych standardów dla bankowości w państwach Unii Europejskiej. Urząd ten ma potencjalnie wielką władzę, bo w uzasadnionych przypadkach może zmieniać decyzje nadzorów krajowych. W 2016 r Europejski Urząd Nadzoru Bankowego przeprowadził tzw. stress testy 51 banków działających w Unii.

W opisie swoich celów ACME podkreśla z kolei, że „chce być mostem łączącym w Europie uczestników rynku z decydentami…” Adam Farkas należał do grupy współprojektantów tego mostu, a teraz pilnuje wjazdów nań i zjazdów z niego.

Prawo pracy contra interes klientów sektora bankowego

Dalej idące porównania byłyby nie na miejscu, ale opinia ombudsman jest trafna: kierowanie nadzorem bankowym to pełen wgląd w całe biblioteki poufnych danych i dokumentów oraz orientacja w kierunkach chronionych dyskusji wewnętrznych, a zwłaszcza przyszłych działań. Zgodna na przejście kierownika w tych sprawach na drugą stronę bez rozsądnego okresu karencji to przynajmniej spora nieroztropność, ale nawet wielkie zaniedbanie.

Druga strona ma oczywiście swoje zdanie. Z reguły podkreśla się w takich przypadkach korzyści z połączenia dobrych praktyk z obu kręgów: urzędniczego i/lub politycznego z biznesowym, z mierzalną korzyścią dla obu stron i wszystkich innych.

Korzyść polegać miałaby np. na tym, że biznes nie pójdzie już tam gdzie mu nie wolno, bo będzie wiedział lepiej, gdzie wyznaczone zostały lżej zarysowane granice. Wierzyć w te argumenty wolno, ale niekoniecznie trzeba. Pani O’Reilly wiary im nie dała.

Rzeczniczka podkreśliła jednak, że „prawo do pracy jest istotne lecz musi być interpretowane w zgodzie z prawem społeczeństwa do zaufania do unijnego nadzoru bankowego i do posiadania administracji o najwyższych standardach, zwłaszcza jeśli chodzi o osoby piastujące wysokie stanowiska…”

O ile kręgi bankowe mające wpływ na ACME nie uznają, że szkodzi to jednak ich interesom, to Adam Farkas pozostanie szefem Stowarzyszenia. I taki zapewne będzie obrót tej sprawy. Natomiast potencjalną korzyścią na przyszłość może być ściślejsze uregulowanie przejść ze sfer polityczno-urzędniczych do biznesowych, zwłaszcza we wskazanym przez ombudsman zakresie.

Dwuletnia karencja na przejście do biznesu

Biuro rzecznika jest teraz zdania, że osoby na wysokich stanowiskach w EBA powinny mieć np. dwuletni zakaz obejmowania pewnych posad po ustaniu ich pracy w Nadzorze. Zaś po ujawnieniu przez kogoś zamiaru zmiany pracodawcy powinno się natychmiast odcinać temu komuś dostęp do informacji wrażliwych.

Praktyka przechodzenia z polityki do biznesu i odwrotnie ma długie lata. Została nazwana „obrotowymi drzwiami” (revolving doors). Narodziła się wraz z demokracją, bowiem w systemach autorytarnych i tak o wszystkim i wszystkich decydował pan i władca lub jego przyboczni.

Przypadek Gerharda Schrödera

W naszym rejonie świata najbardziej przykry i odstręczający jest przypadek Gerharda Schrödera – byłego kanclerza Niemiec, który zaraz po zakończeniu rządów poszedł na służbę do rosyjskiego Gazpromu, dla którego Niemcy to najważniejszy rynek obcy.

Zastrzeżenia etyczne budziło przyjęcie przez José Barroso posady w Goldman Sachs zaraz po zakończeniu szczególnej i dobrze opłacanej misji kierowania Komisją Europejską, ale to mniej jednoznaczny przypadek.

Przykładów otwierania i zamykania drzwi z obu stron są tysiące. Mamy ten problem także w Polsce, choć przejść z polityki do prawdziwego, tj. nie skarbowego, biznesu jest u nas trudniej, głównie z powodu takiej sobie jakości merytorycznej zarówno wąskiej, jak i szerokiej kadry politycznej.

Jak to robią w USA?

Szczególnie ciekawie jest w kolebce współczesnej demokracji. USA to raj kapitalizmu, ale także państwo z rekordową liczbą agencji rządowych, ustaw oraz regulacji na każdy możliwy temat. Wobec mnóstwa stanowisk do objęcia, okazji do przejścia z jednego na drugie podwórko tym więcej.

Z biznesu do polityki przeszło tam tylko siedmiu prezydentów, ale w drugą stronę ani jeden, bo być tam prezydentem, to jak stać się wielkim królem wielkiej monarchii –  zejść potem między gawiedź po prostu nie wypada. Inna sprawa, że prezydenci nie popadali z reguły w samouwielbienie, a

Jerzy Waszyngton po powrocie z urzędu sprawowanego w Filadelfii w budynku przy Market Street pod numerem 524-30, bo Washington D.C. jeszcze wtedy nie było, wrócił zarządzać swym majątkiem ziemskim i do swych niewolników, których tyrało u niego w 1799 roku trzystu siedemnastu.

Przez obrotowe drzwi wszedł do polityki Donald Trump, ale przed nim interesy przed wyborem na urząd prezydenta prowadził np. Abraham Lincoln. Ten jednak z bardzo marnym skutkiem, bo zbankrutował, a tysiącdolarowy dług po upadłym sklepiku spłacałby jeszcze kilkanaście lat, oczywiście tylko wtedy, gdyby go nie zabili.

Listę uzupełnia Warren Harding (wydawca prasowy z Ohio), Herbert Hoover (konsultant górniczy i właściciel kopalni srebra w Birmie), Jimmy Carter słynny z uprawy orzeszków ziemnych w Georgii, oraz dwóch Jerzych Bushów, ojciec i syn  – obaj nafciarze.

Mimo bardzo zniechęcającego przykładu obecnego prezydenta USA, przechodzenie do polityki z biznesu, zwłaszcza na koniec kariery budzi mniej zastrzeżeń, niż wędrówki w przeciwnym kierunku. Jeden z najciekawszych to przypadek Alana Greenspana, który został na ponad 18 lat szefem Fed po długiej karierze w sektorze prywatnym opartej na wielkich osobistych osiągnięciach w analizie gospodarki i jej sektorów.

Światowej sławy ekonomista Daron Acemoglu wraz ze współpracownikami (S. Johnson, A. Kermani, J. Kwak, T. Mitton) rozebrał na części i ogłosił w 2016 r. przypadek Timothy Geithnera, który został sekretarzem Skarbu w ogniu kryzysu wybuchłego na dobre w 2008 r.

W porównaniu z innymi, firmy finansowe, z którymi Geithner jako wysoki urzędnik banku centralnego miał wcześniej jakieś relacje, odnotowały nieproporcjonalnie wysokie zwroty. Potem okazało się, że Geithner miał jakieś sprawy podatkowe i wtedy „powiązane” z nim firmy zaczęły dołować bardziej niż inne, choć tu autorzy zastrzegają słabszą jakość szacunków.

Departament Skarbu rzeczywiście zatrudniał na początku kluczowy personel z banków powiązanych w jakiś sposób z nowym ministrem finansów. Acemoglu skłania się jednak wraz ze swymi współpracownikami do tezy, że przypadek Geithnera jest szczególny, bowiem dotyczył równie szczególnego czasu wstrząsów, kiedy wszyscy i wszystko jest nad reaktywne.

W przypadku trzech innych sekretarzy ich wcześniejsze powiązania nie dały o sobie znać w sprawozdaniach finansowych banków i innych firm finansowych. Więcej w „The value of connections in turbulent Times: Evidence from the United States”.

Wg starej śpiewki dotyczącej byłych polityków obejmujących posady w biznesie, zwłaszcza lobbingowym,„nieważne kogo znasz, ważne co wiesz”.

W wydaniu amerykańskim zasada ta może działać znacznie lepiej niż gdzie indziej, przede wszystkim dlatego, że mnóstwo polityków ma tam wykształcenie prawnicze, które w kraju, gdzie każdy pozywa każdego za co bądź i wszystko, przydaje się zawsze. W połączeniu ze znajomością odpowiedzi na pytania: jak?, gdzie?, z kim? taki nowy prezes lub dyrektor prosto z kongresu lub jakiejś U.S. Agency może zasłużyć z naddatkiem na swoją pensję + premie, tym sowitsze, im bardziej uległy był wcześniej lobbystom, czyli nieco bardziej po polsku – urabiaczom.

O relacjach pieniężnych między politykami a urabiaczami wiadomo bardzo mało z przyczyn oczywistych, ale jeden pan dał się złapać.

Stephen Byers był posłem i wielokrotnym ministrem w gabinetach Tony Blaira, raczej nieudolnym. Wydawcy pism pornograficznych zezwolił na zakup wpływowego brukowca Daily Express, nie radził sobie z kłopotami na kolei. Raz dał się za to nagrać mówiąc, że mógłby się zatrudnić w sektorze prywatnym jako ktoś w rodzaju taksówkarza do wynajęcia za „do pięciu tysięcy funtów dziennie”. Dzisiaj Byers jest przewodniczącym rady w dużej firmie ACWA.

W Stanach drążą każdy temat tak, aby dotrzeć do samego jądra albo jak najbliżej. Autorzy pracy pt. ‘Rovolving Door Lobbyists” (J. Blanes i Vidal, M. Draca I Ch. Fons-Rosen) podają, że w 2008 r. na urabianie przedstawicieli władz federalnych wydano w USA 3,97 mld dolarów – ponad dwa razy więcej niż 10 lat wcześniej.

Zwracają uwagę na mniej uświadamianą, a skuteczną praktykę zatrudniania w firmach lobbingowych osób zatrudnionych wcześniej w biurach kongresmenów i w bliskim otoczeniu bardzo ważnych urzędników. Oszacowali, że jeśli patron takiego lobbysty zejdzie w jakiś sposób z piedestału, to związany z nim kiedyś urabiacz traci na przeciętnie na swoich zarobkach aż 177 000 dolarów rocznie i trwa to do trzech lat. Cena utraconych koneksji politycznych może zatem wynosić w lobbingu w granicach pół miliona dolarów, a niekiedy znacznie więcej.

Świat idealny nie istnieje i nie będzie takiego w przyszłości, więc obrotowe drzwi będą się kręciły, a zaskrzypią tylko jak paznokieć po tablicy od czasu do czasu, gdy komuś się znowu zechce lub gdy przetrwa stara, dobra prasa bijąca na alarm, nawet jeśli tylko na ekranach.

W takiej np. Szkocji biją w tarabany nawet, gdy w obrotowe drzwi trafią przechodząc z polityki do lobbingu bardzo nawet skromni urzędnicy: asystent europosła, pomocnik posła do szkockiego parlamentu, czy pracownik biura prasowego.

Źródło: aleBank.pl
Udostępnij artykuł: