Zakaz handlu w niedziele – minimalny wpływ na PKB, ale…

Prawo i regulacje / Wydarzenia

Jednym z argumentów zwolenników zamykania w niedziele dużych sklepów jest nikłe znaczenie tego posunięcia dla wzrostu gospodarczego.

Witold Gadomski: Jeżeli restrykcje wobec dużych sklepów spowodują przesunięcie zatrudnienia do małych, będzie to dobre dla właścicieli tych ostatnich, ale nie dla klientów

– Nic się nie stało – mówią – żadne statystyki nie pokażą zmian w obrotach, PKB nie będzie przez to wolniej rosło.

Na pozór argument ten ma pewne uzasadnienie. Sekcja określana przez GUS jako handel i  naprawa pojazdów samochodowych daje ok. 17 % PKB. Sam handel detaliczny to ok. 7 % PKB, a  po wyłączeniu stacji paliwowych, także zaliczanych do handlu ok. 6 %. Po wyłączeniu sklepów rodzinnych, które będą mogły pracować bez ograniczeń, piekarni, kwiaciarni, itd. pozostaje ok. 5 % PKB. Zaznaczam, że to szacunki przybliżone. Ograniczenie czasu pracy w niektóre niedziele spowoduje, że czas pracy sklepów zostanie skrócony w tym roku o ok. 7 %, ale zmniejszenie obrotów będzie mniejsze, gdyż klienci zrobią zakupy w inne dni lub w sklepach otwartych w niedziele.

Szacuję zatem, że obroty zmniejszą się o ok. 1,5 % (nie w stosunku do roku ubiegłego, ale w stosunku do scenariusza bazowego, czyli utrzymania handlu w niedziele). 1,5 % x 5 % = 0,075  %. Przy wzroście gospodarczym, który wyniesie w tym roku ok. 4 % , te 0,075 % będzie niezauważalne. Będzie wiele innych czynników, które wpłyną na przyspieszenie lub hamowanie wzrostu.

Ale zakaz pracy w niedziele (a wcześniej w święta kościelne i państwowe) to kolejny krok ograniczający wolność gospodarczą i obawiam się, że nie ostatni. Za każdym razem ich znaczenie dla wzrostu gospodarczego, a także zatrudnienia jest prawie niezauważalne, ale po pewnym czasie ze zdziwieniem stwierdzamy, że średnia dynamika naszej gospodarki, maleje.

Z zamkniętych w niedziele dużych sklepów cieszą się właściciele małych, których zakaz nie dotyczy. Na ten fakt zwracają uwagę też niektórzy politycy i związkowcy.

– Dyskretnie, nie naruszając europejskich zasad wspieramy rodzimy i rodzinny biznes – mówią.

To prawda, ale spójrzmy na liczby. Według GUS w roku 2016 było w Polsce  328 379 małych sklepów, o powierzchni do 99 m2 , dających zatrudnienie, razem z rodzinami ok. 500 tys. osób. Trzy największe sieci handlowe Biedronka, Tesco i Auchan zatrudniały w roku 2015 odpowiednio: 55 tys., 28 tys. i 19,5 tys. pracowników. Łącznie z kilkoma mniejszymi ( Kaufland,  Lidl Polska, Carrefour Polska, Netto,  Piotr i Paweł, Stokrotka) daje to ok. 150 tys. zatrudnionych.

Duże sklepy i wyspecjalizowane sieci handlowe mają wydajność pracy kilkakrotnie wyższą niż małe sklepy rodzinne. Jeżeli więcej osób pracuje mniej wydajnie, to dla dochodu narodowego nie jest to dobre.

Duże sieci mają  też niższe ceny, a konkurując ze sobą stwarzają presję na dalsze obniżki cen i poszerzanie asortymentu towarów. Jeżeli restrykcje wobec dużych sklepów spowodują przesunięcie zatrudnienia do małych, będzie to dobre dla właścicieli tych ostatnich, ale nie dla klientów.

Czytaj także:

https://alebank.pl/marx-i-zakaz-handlu-w-niedziele/

https://alebank.pl/zakaz-handlu-w-niedziele-kto-zyska-kto-straci/