Zarządzanie strachem?

Blogi / Wojciech Fułek

„Pamiętajcie, że muzyka jest polityką…” Takie sformułowanie padło z ust pisarza i poety, Tadeusza Borowskiego w apogeum odgórnie zarządzonego (i zarządzanego) socrealizmu. Udowadniał on w ten sposób, że jazz jest tajnym narzędziem imperialistów, za pomocą którego chcą oni obalić komunistyczny system.

"Partie polityczne pragną zawłaszczyć samorządy dla siebie. Jest to dla nich narzędzie do zdobycia władzy na poziomie centralnym” – powtarzano jak mantrę podczas II Ogólnopolskiej Konwencji Ruchu Samorządowego Bezpartyjni, który odbył się 19 maja w Warszawie.

Po kolejnej dekadzie narzędziem szatana-kapitalisty stał się rock and roll. Muzyka na politycznych barykadach wolności zawsze mocno akcentowała swoją  obecność, ale dziś  artyści nie są już inżynierami dusz, więc to nie oni pilnują  partyjnego interesu. System upadł, oblegane mury runęły, ale partyjny  łańcuch  nadal kołysze się nam u nóg i jakoś nikt nie chce nas od niego uwolnić.

Partie polityczne pragną zawłaszczyć samorządy dla siebie. Jest to dla nich narzędzie do zdobycia władzy na poziomie centralnym” – powtarzano jak mantrę podczas II Ogólnopolskiej Konwencji Ruchu Samorządowego Bezpartyjni, który odbył się 19 maja w Warszawie.

Trudno się nie zgodzić z tym stwierdzeniem, choć mam niedoparte wrażenie, że lokalne struktury partyjne w niektórych mniejszych miastach są na tyle słabe, że partyjni polityczni nominaci (co to wcześniej czasami z niejednego partyjnego pieca chleb ze smakiem  zjadali), nieco urwali się już z partyjnej  smyczy. Tworząc własne, lokalne komitety szachują w ten sposób swoje macierzyste partie i stwarzają jednocześnie pewne pozory niezależności i ruchu oddolnego.  Jednocześnie wyjątkowo sprawnie wykorzystują oni  lokalne struktury partyjne, lokale, finanse i szeregowych członków ugrupowania, które stanowi dla nich materialne i organizacyjne zaplecze, niezbędne  dla umacniania strefy wpływów, gwarantując przy okazji miejsca pracy i publiczne środki   dla wielu „spolegliwych” organizacji, stowarzyszeń i inicjatyw. Dlatego samorządowe wybory często zamieniają się niestety w bezpardonową walkę o zachowanie władzy,  a urzędujący włodarze wyjątkowo chętnie wykorzystują publiczne pieniądze do umocnienia przekonania, że tylko oni są w stanie zarządzać stworzonym przez siebie lokalnym imperium, stosując starą rzymską zasadę „dziel i rządź”.  Na wspomnianej konwencji padło nawet sformułowanie,  „że w Polsce nie ma prawdziwych liderów, są tylko ci którzy zarządzają strachem”. Trudno o bardziej trafną diagnozę wielu lokalnych układów, które trzymają się mocno właśnie dzięki sprawnemu „zarządzaniu strachem”.   I dzieje się tak niezależnie od barw powiewających na wietrze sztandarów politycznych , bowiem każda z funkcjonujących u nas partii tak samo skutecznie „zarządza strachem” w swoich szeregach, podsycając zarazem nienawiść i pogardę dla drugiej strony. Ten podział na arenie ogólnopolskiej jest zjawiskiem narastającym i trwałym, choć ja ciągle mam nadzieję, że na lokalnym podwórku nie tylko  można, ale nawet trzeba  się  porozumieć, niezależnie od poglądów.

Ktoś słusznie  powiedział kiedyś, że rura kanalizacyjna  nie ma wymiaru politycznego. Choć po niedawnej awarii gdańskiej przepompowni ścieków i spuszczeniu do Zatoki Gdańskiej ton ludzkich fekaliów  powiedzenie to nabrało nieco nowych (hmm… no, nie wiem, czy to w tym wypadku najwłaściwsze określenie) barw.

Zawsze bardziej ceniłem tych, którzy posiadają  umiejętność słuchania „ze zrozumieniem”  i wyciągania wniosków, niż takich, którzy są  przekonani, że tylko oni mają  rację („moja racja jest najmojsza”)  i otaczają  się wyłącznie biernymi potakiewiczami, poprawiającymi   im samopoczucie. Ale pokora i  umiejętność uważnego słuchania swoich oponentów dana jest tylko nielicznym. Bo do tego trzeba uznać, że dogmat  nieomylności może dotyczyć tylko papieża (choć  przecież i on może czasem błądzić, bo jest tylko człowiekiem). I że „lokalny cesarz”  wcale nie musi mieć przymiotów boskich, żeby sprawnie zarządzać nie tyle strachem, co podległymi mu strukturami i urzędnikami, którzy powinni zdawać sobie sprawę, że ich właściwym przełożonym są mieszkańcy. Bo prezydent, burmistrz czy wójt jest przecież  tylko wykonawcą ich woli.   Ba, czasami powinien on  nawet z własnej woli  się  ukorzyć i „zniżyć” do poziomu swoich „poddanych”, aby zrozumieć ich codzienne troski i problemy! Ale to przywilej tylko tych, którzy potrafią skutecznie przełamać w sobie lęk  przed utratą władzy i  chcą dążyć do  realnego porozumienia ponad podziałami – dla dobra lokalnej społeczności.

Wojciech Fułek