Zniesienie konstytucyjnego limitu zadłużenia to kierunek na katastrofę

Gospodarka / Komentarze ekspertów

Nazwanie przez ministra finansów konstytucyjnego limitu zadłużenia „sztuczną barierą” to punkt zwrotny w sytuacji polskich finansów publicznych. Niestety, to zwrot transatlantykiem w kierunku góry lodowej, pisze dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP.

Dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP.
Dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP. Źródło: Pracodawcy RP

Nazwanie przez ministra finansów konstytucyjnego limitu zadłużenia „sztuczną barierą” to punkt zwrotny w sytuacji polskich finansów publicznych. Niestety, to zwrot transatlantykiem w kierunku góry lodowej, pisze dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP.

#SławomirDudek: Zniesienie konstytucyjnego limitu zadłużenia [...] to tak, jakby szef drogówki powiedział, że ograniczenie prędkości w mieście do 50 km/h to sztuczna bariera, bo jego szwagier jeździ 100 km/h i nigdy nie spowodował wypadku @PracodawcyRP @MF_GOV_PL

„Jestem zwolennikiem, żeby nie robić sobie sztucznych barier. Jesteśmy częścią globalnej gospodarki, większość krajów UE nie ma takich konstytucyjnych limitów. Wszyscy pracujemy pod stabilizującą regułą wydatkową, która jest kontrolowana przez Komisję Europejską i to powinno być raczej parametrem, jakim jesteśmy ograniczani, niż konstytucyjny limit. Jak najbardziej powinniśmy rozmawiać, czy jest dalej sens dla naszej gospodarki i czy ten poziom 60 proc. jest adekwatny” - powiedział minister finansów Tadeusz Kościński w wywiadzie prasowym.

Tę wypowiedź można skomentować słowami „maski opadły”, bo ta wypowiedź pokazuje prawdziwe intencje Ministerstwa Finansów.

Niestety równocześnie powoduje ona, że opadają ręce. Z punktu widzenia ekonomii instytucjonalnej reguły fiskalne to niezmiernie ważne instytucje. A nie sztuczne bariery.

Czytaj także: Czy opozycja zgodzi się na zmianę limitu zadłużenia państwa?

„Sztuczne bariery”, które przeszkadzają

Chronią one finanse publiczne przed "rozdrapaniem" przez polityków. Gdyby nie te zabezpieczenia, budżet zostałby ogołocony, a następnie zadłużony po uszy, byleby tylko zdobyć głosy wyborców. Nic dziwnego, że te „sztuczne bariery” politykom przeszkadzają.

Źle jednak, że minister finansów mówi jak polityk. On powinien strzec tych reguł. Finanse publiczne trzeba planować na dekady, na pokolenia. A nie patrzeć na nie z perspektywy wyborczego kalendarza.

To tak, jakby szef drogówki powiedział, że ograniczenie prędkości w mieście do 50 km/h to sztuczna bariera, bo jego szwagier jeździ 100 km/h i nigdy nie spowodował wypadku.

Retoryka Ministerstwa Finansów jest też wewnętrznie sprzeczna. Z jednej strony MF mówi, że ten limit był potrzebny w latach '90, bo wtedy potrzebowaliśmy wiarygodności.

A teraz okazuje się, że jest to sztuczna bariera. Czyżbyśmy nie potrzebowali wiarygodności? Innego zdania jest chyba agencja ratingowa Fitch, która już się przygląda naszemu deficytowi.

Limit do zmiany czy do likwidacji?

Poraża też brak spójności w słowach ministra. Twierdzi on najpierw, że limit konstytucyjny powinien zostać, ale powinien być podwyższony. Czyli zapis w konstytucji jest OK, ale być może należy dyskutować o jego poziomie.

Ale niestety, na jednym oddechu, minister dodał, że może limit w ogóle powinien być zniesiony. To jakie jest więc stanowisko polskiego ministra? Zapis ma być, ma go nie być, jest OK, jest „sztuczną barierą”?

W regułach fiskalnych, oprócz numerycznych wartości, najbardziej istotna jest dbałość o wiarygodność reguł w odbiorze publicznym. Minister finansów jej takim zachowaniem nie zwiększa. A przecież jego misją jest promowanie wśród społeczeństwa znaczenia stabilności finansów publicznych.

To pokaz lekceważenia znaczenia reguł fiskalnych. Jeżeli zostałby nawet wyższy limit w konstytucji, to dla ministra będzie to dalej „sztuczny” twór, bo publicznie podważa w ogóle istnienie tego limitu.

Czyli gdy rząd dojdzie do ściany i wyda ostatni budżetowy grosz, to albo znowu zacznie się omijanie reguł, albo nastąpi kolejna zmiana limitu. Przecież to tylko „sztuczna bariera”.

Działając w ten sposób, trafiamy na równię pochyłą. Przyjdzie kolejny kryzys i skończymy z długiem 120 proc. Następne załamanie koniunktury i będzie 140 proc.

W Polsce jak w Grecji?

Gdyby Grecja miała limit konstytucyjny, na pewno nie popadłaby w takie problemy fiskalne. Mimo, że nasze gospodarki są różne, to w scenariuszu politycznym widzę ogromne analogie. Przed latami '70 Grecja miała dług poniżej 50 proc.

Potem dwie najważniejsze partie przez kilka kadencji na zmianę licytowały się obietnicami politycznymi. Były tam m. in. 13-tki, 14-tki, bony, krótszy wiek emerytalny itd. W jednej z kampanii było hasło „Pieniądze są”.

Podobne padło niedawno zresztą i na naszym, polskim podwórku. Grecki dług po tym wpadł na ścieżkę wzrostową. A potem było kilka kryzysów. Kryzys naftowy, kryzys DotCom, kryzys azjatycki, kryzys finansowy i to wybiło dług na astronomiczne poziomy. Oczywiście nasza gospodarka jest teraz silniejsza niż grecka w okresie problemów, ale przed nami kryzys demograficzny.

Ubędzie 10 milionów Polaków w wieku produkcyjnym. Oprócz szybko rosnącej populacji emerytów, będą musieli jeszcze obsługiwać i spłacać wyższy dług. To kierunek na katastrofę.

Limit zadłużenia jest najsilniejszym, ostatecznym hamulcem dla polityków, chroniącym finanse publiczne od rozdawnictwa bez pokrycia.

Zresztą prawne limity zadłużenia są najwyżej oceniane w rankingach reguł fiskalnych (np. w indeksie reguł fiskalnych KE). Dług w odbiorze publicznym jest najbardziej czytelnym miernikiem, bo większość z nas rozumie ten miernik. Miała bowiem styczność z indywidualnym zadłużeniem bezpośrednio lub pośrednio.

Mimo że teraz na dużą skalę ten hamulec jest omijany, to jednak łatwo jest zmierzyć to omijanie. Tutaj nie da się ukryć emisji papierów skarbowych, bo prawo finansowe na to nie pozwala. I opinia publiczna zawsze się dowie o rzeczywistym zadłużeniu.

Deficyt, limit wydatkowy, deficyt strukturalny, benchmark wydatkowy to ważne i konieczne mierniki stanu finansów publicznych, ale tam pole manewru w kreatywności jest dużo większe i łatwiej jest manipulować. Ponadto te mierniki są trudne w odbiorze publicznym.

Choć należy podkreślić, że reguły długu są niewystarczające, to jest pewnego rodzaju sufit, którego nie możemy przebić. Potrzebujemy reguł, wskazówek dla polityki fiskalnej, kiedy jesteśmy poniżej tych limitów. Taką rolę wypełniają reguły wydatkowe.

Minister finansów proponuje wręcz likwidację progu konstytucyjnego i wskazuje, że reguła wydatkowa powinna być głównym parametrem.

Ale przecież reguła wydatkowa miesiąc temu została zmieniona nocną wrzutką w ustawie o pracownikach delegowanych. Ta poprawka całkowicie zniszczyła wiarygodność reguły wydatkowej.

Czy jest strażnik naszych finansów publicznych?

Kto uwierzy w regułę, którą można na kilkadziesiąt miliardów złotych rozluźnić poprawką poselską i to nawet nie w ustawie o finansach publicznych?

Co jeszcze istotne, minister finansów oraz wiceminister Piotr Patkowski w maju mówili o uszczelnieniu reguły wydatkowej. Mówili „chcielibyśmy, żeby to było przedmiotem bardzo szerokiej debaty, trwającej pewnie kilka miesięcy, w trakcie której moglibyśmy się nad tym zastanowić”. A potem nocną wrzutką zniszczyli regułę. Bez żadnych konsultacji, debat.

Czyli pan minister proponuje zamianę konstytucyjnej instytucji w postaci limitu długu na regułę wydatkową. Taką, którą można ominąć na setki miliardów i zmienić w ustawie o parkach narodowych, albo dowolnie innej.

Dla dobra naszej przyszłości próg musi być w konstytucji, a rola i wiarygodność reguły wydatkowej musi zostać wzmocniona. Takich działań bym oczekiwał od strażnika naszych finansów publicznych, którego jednak chyba nie mamy.

Źródło: Pracodawcy RP
Udostępnij artykuł: